Pogranicze w ogniu

Czy wojna Pakistanu z Afganistanem to „nie nasza wojna”? Paradoksalnie im więcej egzotycznych nazw w militarnych raportach teraz usłyszymy, tym bardziej będziemy zagrożeni.
Czyta się kilka minut
Mieszkańcy pakistańskiego miasta Lanti Kotal, leżącego nieopodal granicy z Afganistanem, oglądają ruiny domu zniszczonego po uderzeniu afgańskiego pocisku, 5 marca 2026 r. fot. Hijrat Ali Afridi/ Anadolu/Getty Images
Mieszkańcy pakistańskiego miasta Lanti Kotal, leżącego nieopodal granicy z Afganistanem, oglądają ruiny domu zniszczonego po uderzeniu afgańskiego pocisku, 5 marca 2026 r. fot. Hijrat Ali Afridi/ Anadolu/Getty Images

Wyobraźmy sobie, że pływamy w dużym basenie, który w odległym kącie ktoś nagle odkorkował. Nas to na razie nic nie obchodzi, bo nie słyszymy bulgotu opadającej wody. Ale niebawem i my opadniemy na dno. A poziom wody w przypadku tej metafory to poziom światowego bezpieczeństwa.

Interwencja w „bandyckim państwie”

Ta wojna wybuchła w przeddzień izraelsko-amerykańskiego ataku na Iran. I to dosłownie w przeddzień: 27 lutego siły zbrojne Pakistanu uderzyły na sąsiedni Afganistan. Atak przeprowadzono wzdłuż całej granicy, operacji lądowej towarzyszą bombowe naloty, sięgające nie tylko pogranicza, lecz także dużych afgańskich miast, z Kabulem i Kandaharem na czele.

Militarna operacja jest odpowiedzią na wzmożone ataki – także terrorystyczne – jakie w ostatnim roku pozbawiły życia 450 osób na terenie Pakistanu. Szczególnie drastyczne było wysadzenie w powietrze szyickiego meczetu w stołecznym Islamabadzie (6 lutego) oraz napad, w dziesięć dni później, na pograniczną placówkę Bajaur.

Ataki prowadzone są ze strony Afganistanu, lecz – przynajmniej w teorii – nie przez afgańskie państwo, lecz podziemne organizacje wojującego islamu, częściowo walczące także z talibańskim rządem w Kabulu. Pakistan jednakże oskarża hurtem afgańskie władze o faktyczne szerzenie destabilizacji na pograniczu obu państw. Afganistan bowiem nie uznaje wspólnej z Pakistanem granicy, ponadto jego graniczne posterunki, co oczywiste, odpowiadają ogniem na ostrzał ze strony pakistańskiej armii. Tak czy inaczej, w oczach Islamabadu i jego rządzącej 260-milionowym krajem ekipy, Afganistan jest „bandyckim państwem”, więc samo jego istnienie stanowi dla Pakistanu zagrożenie.

Za bardzo czy za mało islamskie?

Wojna afgańsko-pakistańska ma tło religijne. Dlaczego, skoro oba państwa są krajami sunnickiego islamu, w obu też ów islam jest religią państwową? Różnice polegają na stopniowaniu radykalizmu. W rządzonym przez talibów Afganistanie szariat, muzułmański kodeks, jest prawem państwowym, jednak nawet to stanowi zbyt mało dla aktywistów Islamskiego Państwa Chorasanu. Przykład: do lokalnych władz afgańskich dopuszczeni są także miejscowi szyici, a to stanowi kamień obrazy dla ekstremistycznie sunnickich „chorasańczyków”. Chorasan to nazwa historyczna, kraina, która niegdyś obejmowała nie tylko Afganistan, lecz także kraje Środkowej Azji oraz większą część Pakistanu. I w tym momencie mamy już afgańsko-pakistański problem międzynarodowy.

Z kolei Pakistan, państwo o wybitnie islamsko-sunnickim obliczu, jest formalnie demokratyczną republiką, respektującą wielopartyjność i rządy parlamentarnej większości. Problem w tym, że ta przygniatająca muzułmańska większość w praktyce stanowi opresyjne prawa dla względnie nielicznych hinduistów, sikhów i chrześcijan. Rząd wprowadza więc elementy szariatu (głównie w prawie karnym i w sprawach obyczajowych). Jednak radykałowie chcą, by szariat panował w Pakistanie w całej rozciągłości. Niektórzy kwestionują też samo istnienie republiki i chcą jej zastąpienia kalifatem.

Innym problemem jest fakt, że sunnicki islam jest tam jedynym spoiwem dla licznych i różnorodnych wspólnot etnicznych. Pakistan, w rasowym sensie część indyjskiego subkontynentu, powstał w latach 1947–1949 jako oddzielony od hinduistycznych Indii „kraj czystych”, czyli muzułmanów. I żeby to państwo utrzymać w jedności, trzeba albo silnej teokracji (jak w Iranie), albo silnej armii. Pakistańczycy postawili na drugi z tych modeli, ale nie wszystkim się to podoba.

Płonący lont Pasztunistanu

W tym miejscu porzućmy rozważania ogólne i zejdźmy na poziom terenu. Bez tej małej turystycznej wycieczki nie posuniemy się dalej w zrozumieniu pakistańsko-afgańskiego fenomenu.

90 proc. ludności Pakistanu skupia się w dolinie Indusu – rzeki, która dała nazwę hinduskiej cywilizacji. Lecz zaraz za tą doliną, patrząc w kierunku Afganistanu, rozciągają się trudno dostępne i rzadko zaludnione półpustynne wzgórza. Choć zajmują one, bagatela, niemal połowę powierzchni państwa, mieszka tam zaledwie kilka procent jego ludności. I te kilka procent stanowi dla Islamabadu stałe źródło poważnego problemu.

Pakistan, mimo że jako państwo trwa już trzy czwarte stulecia, nawet nie wprowadził tam jeszcze cywilnej, opartej na samorządzie administracji. Obszar ten obejmują Terytoria Plemienne Administrowane Federalnie (FATA). W rzeczonej nazwie nie ma przesady: w terenie naprawdę rządzą, jak przed wiekami, poszczególne plemiona i klany. W dodatku granica afgańsko-pakistańska w dużej mierze jest linią teoretyczną, oddzielającą pobratymców z takich samych plemion. I jedni, i drudzy mają we krwi anarchiczne poczucie wolności i nic sobie nie robią z faktu, że formalnie podlegają czy to Kabulowi, czy Islamabadowi.

Linię graniczną, przecinającą na pół niepokorny rejon Pasztunistanu (od Pasztunów, największej grupy etnicznej), wytyczył jeszcze w 1893 roku brytyjski pułkownik Mortimer Durand. Tereny obecnego Pakistanu były wtedy częścią kolonialnych Indii, z kolei Afganistan reprezentował izolowane i zacofane królestwo. Wiadomo więc było, na czyją korzyść przeprowadzona została linia, nazwana Linią Duranda. Jednak nowo powstający Pakistan, choć formalnie zerwał z kolonialną przeszłością, uznał ją za swoją zachodnią granicę. Kabul nie znał tej decyzji aż do dzisiaj – i trzeba przyznać, że z etnograficznego punktu widzenia racja leży po stronie Kabulu.

Na tej pasztuńskiej anarchii połamali sobie zęby najpierw Sowieci, po nich Amerykanie, teraz zaś biedzą się z nią sami Pakistańczycy.

Dolina Swat

Największą z prowincji FATA jest Waziristan, a najsilniejszym plemieniem Waziristanu są Mehsudowie. W toku kilkudziesięcioletniej wojny z każdym otaczającym ich państwem okrzepli oni jako muzułmańscy radykałowie i koledzy terrorystycznych ugrupowań z całego świata, które w tutejszych jaskiniach i bunkrach nie raz znajdowały swoje ostatnie przytulisko. Z czasem Mehsudowie importowali wojujący model islamu na sąsiednie regiony.

Jednym z nich jest kraina Swat, leżąca już poza terytorium FATA. To 200-kilometrowej długości dolina wrzynająca się głęboko w góry Hindukuszu. Wymarzone miejsce dla eksperymentatorów dżihadu, zważywszy, że dolinę zamieszkuje aż trzy miliony górali. Stała się ona więc siedliskiem Tehrik-i-Taliban Pakistan, wbrew nazwie – antypakistańskiego stronnictwa pakistańskich talibów. Wojujący emirowie z plemienia Mehsud stworzyli tam faktyczne niepodległe państewko. Islamabad, by utrzymać Swat w jedności, pozwolił im nawet na nieskrępowane rządy szariatu. Nic to nie dało: radykałów nie da się przekonać, oni bowiem z definicji żądają zawsze więcej niż im się oferuje.

Był czas, gdy talibowie ze Swat w krwawy sposób zwalczali „niewiernych”: pogan, szyitów i chrześcijan. To wtedy, w 2009 roku, bohatersko zginął, nie wyrzekłszy się chrześcijaństwa, porwany polski geolog Piotr Stańczak. Został ścięty. Teraz jednak kolejny władca doliny (poprzednich wybiły amerykańskie drony), Nur Wali Mehsud, stara się dbać o gospodarczy rozwój swojego państwa, a nawet promować zagraniczną turystykę. Kłopot w tym, że turyści jakoś boją się tam przyjeżdżać.

To Nur Wali Mehsud odpowiada za lwią część ostatnich ataków na państwowe struktury Pakistanu. A jako talib, w oczach Islamabadu jest częścią agresywnej polityki Kabulu.

Beludżowie – lustrzane odbicie Kurdów

Inną częścią fatalnego pakistańskiego pogranicza jest pakistański Beludżystan. Pakistański – bo jak w przypadku sąsiedniego Pasztunistanu, połowa Beludżystanu należy do Iranu.

Beludżystan jest krainą jeszcze bardziej izolowaną, i bardziej nawet od Pasztunistanu zacofaną. Dawniej był to matecznik rozbójników, teraz zaś bastion różnej maści radykałów. To właśnie beludżyjski desperat w samobójczym ataku wysadził szyicki meczet w Islamabadzie, w wyniku czego zginęło kilkadziesiąt osób, kilkaset zaś odniosło rany.

Beludżyjscy bojownicy są antyszyiccy, bo jako sunnici walczą głównie z irańskim reżimem ajatollahów. Z rasowego punktu widzenia są Irańczykami, można ich więc porównać do Kurdów, bliskich Persom pochodzeniem, lecz różniących się wyznawanym sunnizmem.

Tak jak Kurdowie stanowią problem turecko-irański, Beludżowie, różniący się krwią od hinduskiej większości Pakistanu, stanowią też jednak problem dla Islamabadu. I ten problem nie będzie malał, raczej przeciwnie, zważywszy ogólny wzrost napięcia na całym Bliskim Wschodzie. Tak jak Pasztunowie i górale z doliny Swat, małe zbuntowane narody są osobno pozornie małym zagrożeniem dla świata. Dopóki ktoś nie wyciągnie korka z basenu globalnej stabilizacji.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 12/2026