Męczeństwo w samotności

Wydarzenia Czerwca 1976 roku uczyniły ks. Romana Kotlarza jedną z najbardziej symbolicznych postaci robotniczego protestu przeciwko władzy komunistycznej. Nie dlatego, że stanął na czele demonstrantów, lecz dlatego, że jako jeden z nielicznych publicznie okazał solidarność z upokorzonymi i prześladowanymi.
Czyta się kilka minut
Protestujący robotnicy wokół podpalonego budynku KW PZPR w Radomiu, 25 czerwca 1976 roku. Ks. Roman Kotlarz solidaryzował się z brutalnie pacyfikowanym tłumem i zapłacił za to najwyższą cenę | fot. Wikipedia
Protestujący robotnicy wokół podpalonego budynku KW PZPR w Radomiu, 25 czerwca 1976 roku. Ks. Roman Kotlarz solidaryzował się z brutalnie pacyfikowanym tłumem i zapłacił za to najwyższą cenę | fot. Wikipedia

W historii polskich zmagań o wolność istnieją postacie, których znaczenie nie wynika z zajmowanych stanowisk ani z politycznej aktywności. Nie organizowały strajków, nie tworzyły programów opozycyjnych, nie przewodziły demonstracjom. Ich siła płynęła z czegoś innego: z moralnego autorytetu, z odwagi pozostania wiernym własnemu sumieniu w chwili próby. Do takich osób należał bez wątpienia ks. Roman Kotlarz, proboszcz parafii w Pelagowie pod Radomiem. Wydarzenia Czerwca 1976 roku uczyniły go jedną z najbardziej symbolicznych postaci robotniczego protestu przeciwko władzy komunistycznej. Nie dlatego, że stanął na czele demonstrantów, lecz dlatego, że jako jeden z nielicznych publicznie okazał solidarność z upokorzonymi i prześladowanymi. Historia ks. Romana Kotlarza jest zarazem opowieścią o spotkaniu dwóch światów: Kościoła i robotniczego buntu. Spotkania, które miało ogromne znaczenie dla kształtowania się późniejszej opozycji demokratycznej i etosu „Solidarności”. Jest też opowieścią o bezkompromisowym proroku, któremu własna niezłomność przyniosła cierpienie i samotność.

Pisałem już na łamach „Przewodnika” o wydarzeniach Czerwca 1976 roku, pozwolę sobie zatem pominąć szczegółowy ich opis. Bohaterem tego artykułu będzie ks. Roman Kotlarz, którego los miał oczywisty związek z tamtym dramatem.

Prorok

Był człowiekiem nieuznającym kompromisów, szczególnie w kwestiach wiary i moralności, a jednocześnie prostym i przystępnym. Akceptowany przez parafian, nie zawsze znajdował wsparcie wśród swych braci w kapłaństwie. Latami prześladowany przez władze i aparat bezpieczeństwa, zapłacił za to cierpieniem fizycznym i psychicznym. Nie oszczędzał słów, a był kaznodzieją nieukrywającym emocji, piętnował grzechy swoich parafian, raczej nie w duchu miłosierdzia. Narażał się tym władzy, ale również zwierzchnikom kościelnym. Wielokrotnie zmieniał parafie, popadając w konflikty z proboszczami. Gdy zauważył, że wielu parafian nie stosuje się do kościelnego zakazu urządzania zabaw w czasach zakazanych, wykrzyczał z ambony: „Wy bałwochwalcy, po co tu przychodzicie – wierzycie w bożki jak państwo, naród, życie, materializm. Łamiecie przykazania i idziecie do oberka w czasie zakazanym, wy bezduszni, bezmyślni, nie zastanawiacie się nad jutrem”. Biskup sandomierski Jan Kanty Lorek wezwał księdza do siebie i surowo upomniał, polecając: „Jeżeli ksiądz istotnie użył takich wyrazów, to upominam go i polecam, by na przyszłość w kazaniach czy przemówieniach z ambony głosić jedynie słowo Boże, powstrzymując się od wszelkich wycieczek osobistych”.

Bezkompromisowość i emocjonalność ks. Kotlarza nie podobała się wielu przedstawicielom Kościoła, którzy chcieli raczej pewnego modus vivendi w relacjach z państwem. Księża tacy jak Kotlarz, czy później Jerzy Popiełuszko, byli niekiedy wewnątrz Kościoła postrzegani jako problem. Niemałe znaczenie miała tu pogłębiająca się niestabilność psychiczna i dolegliwości fizyczne trapiące ks. Romana. Prowadziły one do konfliktów z proboszczami parafii, w których pracował jako wikariusz. Jeden z nich tak opisywał go w korespondencji z biskupem: „Dziwny to człowiek. Nie powiem, pracowity, zapalony, lecz swoim uporem doprowadził do tego, że dalej tu w Żarnowie pracować nie może. […] Błagam go: Księże, opanuj się na ambonie. Nie, wpadał po prostu w jakiś nieludzki trans, krzyk, jeszcze raz krzyk”. Oczywiście treść jego kazań budziła złość i kierowane do hierarchii protesty władz. Ksiądz zaś życia swoim zwierzchnikom nie ułatwiał. Gdy w kazaniu do młodzieży powiedział: „nie wierzcie w to, co wam mówią w szkołach, że Boga nie ma i nie było na ziemi. Bóg był, jest i będzie, a historia jest zmienna. Jaki by nie był rząd, który prześladuje Kościół katolicki, długo nie powojuje. [...] Państwo, które wojuje z Bogiem, upaść musi tak jak Hitler”, pozbawiono go prawa nauczania religii w szkole.

Był zatem ks. Kotlarz typem proroka, a któż bardziej niż prorok drażni tych, którzy niosą na sobie brzemię odpowiedzialności za całą instytucję, jej stabilność i trwałość? Historia jak wyjęta z Legendy o wielkim inkwizytorze Fiodora Dostojewskiego.

Błogosławił demonstrantów

Życie ks. Kotlarza dopełniło się latem 1976 roku, które przyniosło jeden z najpoważniejszych kryzysów społecznych w dziejach Polski Ludowej. Ogłoszona przez rząd Edwarda Gierka gwałtowna podwyżka cen żywności wywołała falę protestów w wielu zakładach pracy. Szczególnie gwałtowny przebieg miały wydarzenia w Radomiu, gdzie 25 czerwca tysiące robotników wyszły na ulice miasta. W reakcji na to Milicja Obywatelska i oddziały ZOMO przystąpiły do bezwzględnej pacyfikacji miasta. Setki osób zatrzymano, tysiące poddano represjom. Symbolem tamtych wydarzeń stały się tzw. ścieżki zdrowia, przez które prowadzono zatrzymanych robotników, bijąc ich pałkami i kopiąc. Państwo, które deklarowało reprezentowanie klasy robotniczej, wystąpiło przeciw własnym obywatelom z niezwykłą brutalnością. W tym właśnie momencie na scenie wydarzeń pojawił się ks. Roman Kotlarz, sprawujący posługę proboszcza w podradomskim Pelagowie.

W dniu protestów ksiądz był w Radomiu. Pojechał tam w godzinach przedpołudniowych, by – zgodnie ze swoim zwyczajem – zjeść obiad w stołówce dla księży, prowadzonej przez siostry michalitki. Gdy szedł ul. Żeromskiego w samym centrum Radomia, natknął się na pochód robotników zmierzający w stronę Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Ksiądz zareagował emocjonalnie, ze schodów Kościoła Trójcy Świętej pobłogosławił robotników znakiem krzyża. Miał przy tym powiedzieć: „Matko Najświętsza, któraś pod krzyżem stała, pobłogosław tym dzieciom, które pragną chleba powszedniego”. Chwilę później opuścił demonstrantów. Widziano go jeszcze jakiś czas potem na Placu Konstytucji i ul. Kościuszki, gdzie najprawdopodobniej znów natknął się na manifestujących. Tak o swoim udziale w proteście mówił sam ksiądz w prowadzonych na bieżąco – i odnalezionych dopiero niedawno – zapiskach. Wynika z nich, iż duchownego przywiózł do Radomia jeden z radomskich księży, który rano, jeszcze w Pelagowie, poinformował go o strajkach w mieście. Ksiądz, początkowo wraz z nim, a potem już sam, towarzyszył robotnikom najpierw w okolicach Zakładów Metalowych, następnie na ul. Żeromskiego. Był wówczas bardzo podekscytowany, mijanych demonstrantów błogosławił znakiem krzyża, a oni go pozdrawiali. Dla wielu uczestników demonstracji był to moment niezwykle ważny. Władza przedstawiała protestujących jako chuliganów i awanturników. Tymczasem ksiądz swoim autorytetem potwierdzał ich godność. Pokazywał, że są przede wszystkim ludźmi, których nie wolno pozbawiać prawa do szacunku.

Po zjedzeniu posiłku w stołówce przy kościele farnym św. Jana Chrzciciela znów wyszedł na ulicę i znów pozdrawiał kolejne grupki robotników. „Strajk trwa – notował ksiądz – idę ul. Żeromskiego, tłoczno, ogonki długie za kupnem, bo od 20 podwyżki, idę aż do skrzyżowania z ul. 1 Maja, wracam, a oto około Prezydium] Wojewódzkiego – widzę koło placu Konstytucji biało-czerwone sztandary – wózki fabryczne oblepione, śpiew »Jeszcze Polska« – zbliżam się, wychodzę na asfalt – błogosławię ich znakiem Krzyża dłonią – żegnają się – dziękują [...] wołają: »Kościół z nami – niech Ks[iądz] idzie razem«. Byłem, wracam [...] jestem u Fary – obiad, wychodzę po raz kolejny [...] idę na plac Trójcy św., ulice wylotowe wszędzie zablokowane – w całym Radomiu – stoję chwilę na placu – idą młodzi i wznoszą okrzyki: »Niech żyje nasz ksiądz proboszcz«”. Przekaz ten ksiądz streścił kilkanaście dni później w brulionie listu do prymasa Polski Stefana Wyszyńskiego pisząc, że 25 czerwca 1976 roku, w piątek, o godz. 9.35 znalazł się „świadomie i dobrowolnie w ogromnej rzeszy strajkujących z Zakładów Metalowych Waltera [...]. Przez kilka chwil, w sutannie, maszerowałem środkiem ulicy, raz po raz pozdrawiano mnie: Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Dziękujemy księdzu! Bóg zapłać! Odpowiadałem: Na wieki wieków! Szczęść Boże!”.

Pewne znaki zapytania wiążą się z dalszym pobytem księdza w Radomiu w dniu 25 czerwca 1976 roku. Według Kazimierza Rybskiego, jednego z represjonowanych robotników, duchowny znalazł się tego dnia w godzinach wieczornych w gronie zatrzymanych i trafił do aresztu śledczego przy ul. Malczewskiego. „Stłoczyli [nas] wszystkich w jednej małej celi i kazali spać na podłodze z betonu. Leżeliśmy jeden na drugim, bo nie mogliśmy się pomieścić. Między nami znajdował się ksiądz z Pelagowa. Później księdza odłączyli, a nam zrobili »ścieżkę zdrowia«”, wspominał.

Świadek

Ksiądz wrócił do swojej parafii mocnym postanowieniem świadczenia prawdy o tym, co wydarzyło się w Radomiu. Czynił to, jak zawsze, bez kompromisów. O represjach stosowanych przez władze wobec robotników w dniach następujących po 25 czerwca 1976 roku odważyło się powiedzieć podczas kazań raptem kilku księży, ale żaden nie zrobił tego tak bezpośrednio jak ks. Kotlarz. 11 lipca 1976 roku ksiądz wygłosił swoje najsłynniejsze kazanie, wprost już odnoszące się do niedawnych wydarzeń w Radomiu. Kaznodzieja powiedział m.in.: „Lud pracy, lud robotniczy miał słuszne prawa i słusznie postąpił, choć niektórzy ludzie włączyli się w sposób niekulturalny do pewnych spraw, ale Bóg jest z nami. Najmilsi, razem z wami byłem obecny na ulicach miasta Radomia, błogosławiłem wasze szeregi, wasze trudy, wasze słuszne prawa. [...] Ukochani, jesteśmy zobowiązani wobec tych naszych braci Polaków, którzy w tej chwili ogromne cierpią katorgi. Nie wolno nam milczeć, nie wolno nam nie modlić się za nich. [...] Chleba naszego powszedniego daj nam – tak wołał Radom, tak wspólnie wołaliśmy razem – ja z wami”.

Księdzem zainteresowała się prokuratura, ale najgorsze miały się okazać nie te oficjalne działania, ale to, co zaczęło się dziać nocami na pelagowskiej plebanii. „Nieznani” osobnicy, którzy wieczorami, często w nocy, podjeżdżali pod budynek plebanii, dostawali się do jej wnętrza i następnie katowali księdza. Pogłoski te na dodatek korespondowały z obserwowanymi u ks. Kotlarza oznakami załamania nerwowego i pogarszającym się gwałtownie stanem zdrowia. Ksiądz chwilami nie kontrolował swojego zachowania, nie poznawał najbliższych sobie osób, mylił je z prokuratorami i milicjantami. A jakby tego było mało, w nielicznych chwilach powrotu do psychicznej równowagi nie chciał dzielić się szczegółami tego, co go spotyka. Mówi o tym wiele relacja świadków, np. męża gospodyni księdza Kotlarza, Stanisława Stancla, który wspominał, że ksiądz dygotał, wzywał swoją nieżyjącą już matkę i machał rękami. Sprawiał wrażenie przerażonego. Jedna z parafianek zapytała, czy go coś boli. Wówczas wskazał na brzuch. Stancel wtedy rozebrał księdza i zobaczył, że jest od kolan do pasa całkiem siny. „Jak potem ubierałem księdza, to płakał z bólu” – mówił Stancel.

Ofiara

Los ks. Kotlarza był tylko jednym z wielu przykładów bardzo represyjnych działań władz wobec tzw. radomskich warchołów. Co było przyczyną tej irracjonalnej, bezmyślnej wręcz polityki? Najpewniej postawa samego Edwarda Gierka, który robotnicze bunty uznał za cios wymierzony w swój osobisty prestiż i już 26 czerwca, podczas telekonferencji z I sekretarzami KW PZPR zażądał, by ich uczestnicy zostali potępieni na wielkich wiecach organizowanych w całej Polsce. Gierek nie krył przy tym, że największa anatema powinna spaść na mieszkańców Radomia. Jak sugerował I sekretarz KC PZPR, Radomianie mieli usłyszeć – zacytujmy: „Jak my ich nienawidzimy, jacy to są łajdacy, jak oni swoim postępowaniem szkodzą krajowi. Uważam, że im więcej będzie słów bluźnierstwa pod ich adresem, a nawet jeśli zażądacie wyrzucenia z zakładów elementów nieodpowiedzialnych – tym lepiej dla sprawy [...], to musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami, że w ogóle po świecie chodzą”. W realiach państwa autorytarnego takie słowa, pochodzące od osoby numer jeden w hierarchii partyjno-urzędniczej, musiały stać się rodzajem apelu czy instrukcji skierowanej do aparatu państwowego, by przystąpił do rozprawy z „chuliganami” w sposób wyjątkowo bezwzględny.

16 sierpnia ks. Kotlarz zgłosił się do Wojewódzkiego Szpitala dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Krychnowicach. Był w tragicznym stanie. Lekarz dyżurny zapisał: „Do szpitala zgłosił się w stanie silnego rozstroju nerwowego, napięty psychoruchowo, w gabinecie nie mógł usiedzieć na jednym miejscu, tremory kończyn, drżenia nerwowe na całej twarzy, blady, wyniszczony, słaniał się przy chodzeniu, w wypowiedziach trudności w skoncentrowaniu myśli, niepokój i niepewność przyczyn swego stanu”. W następnym dniu stan się pogarszał, a 18 sierpnia rano znaleziono go martwego w łóżku. Tak dopełnił się tragiczny los Romana Kotlarza. Był człowiekiem boleśnie bezkompromisowym, głęboko wierzącym, surowo piętnującym słabości ludzkie, ale wymagającym także od siebie. Choroba, którą został dotknięty, uczyniła go nadwrażliwym i lękliwym. Przez dwa ostatnie miesiące życia nie otrzymał potrzebnego wsparcia, był sam. Nie ma relacji, aby parafianie pilnowali go nocami, gdy przychodzili oprawcy, nie ujął się za nim jasno i szczerze biskup. Był raczej męczennikiem mimo woli, zamęczonym w samotności.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 25/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Męczeństwo w samotności