Jeden Kościół, dwie wiary. Czy Bractwo Kapłańskie św. Piusa X powróci do jedności?

Sprowadzenie sporu z lefebrystami – zostańmy przy tym określeniu – wyłącznie do kwestii użycia języka łacińskiego podczas mszy św. oraz kierunku jej odprawiania jest oczywistym uproszczeniem.
Czyta się kilka minut
fot. Wojciech Olkuśnik/East News
fot. Wojciech Olkuśnik/East News

I jedno, i drugie jest tylko znamieniem określonej teologii mszy św. (bo nawet nie napiszę Eucharystii, gdyż nazwa ta dla tradycjonalistów może zabrzmieć zbyt modernistycznie), a ta jest integralnym elementem ściśle skonstruowanej wizji ściśle połączonych ze sobą soteriologii, eklezjologii czy antropologii, a nawet myśli społecznej. To jest projekt integralny. Projekt bez luk, niedopowiedzeń i wątpliwości. I nie ma w nim miejsca ani na reformy Soboru Watykańskiego II, ani na całą posoborową teologię. 

Warunki powrotu

Czy w tej sytuacji pojednanie jest możliwe? Tak, choć wydaje mi się to coraz bardziej niemożliwe. Warunki ewentualnego powrotu do jedności z Rzymem określają dokumenty wydane przez Dykasterię Nauki Wiary bezpośrednio po wyświęceniu bez mandatu papieskiego 1 lipca w Ecône czterech biskupów, co uznano za akt schizmatycki, a więc zrywający wierność z biskupem rzymskim. Warunkiem powrotu do pełnej łączności jest uznanie prawowierności soboru i zbawczej wartości tzw. „nowej mszy”, czyli tej, która od dziesięcioleci odprawiana jest w naszych parafiach i co do której wierzymy, że jest skutecznym źródłem łaski. Warunek ten dotyczy faktycznie wszystkich: biskupów, kapłanów i wiernych świeckich, którzy popadli w schizmę. Dlaczego to takie ważne? Ponieważ ewentualne nieuznanie za konieczną takiej deklaracji ze strony powracających (choć oczywiście lefebryści twierdzą, że oni nigdzie nie odeszli) oznaczałoby pośrednie zakwestionowanie całego posoborowego Kościoła: zarówno jego teologii, jak i jego dyscypliny. Teologowie bractwa utrzymują, że prawdziwa doktryna zakończyła się przed Soborem Watykańskim II. Wszystko co po nim to błąd.

Zgodnie z wytycznymi dykasterii prezbiter będący dotychczas członkiem Bractwa Kapłańskiego św. Piusa X (popularnie mówiąc: lefebrystą), a który chce powrócić do jedności z papieżem, musi najpierw znaleźć sobie ordynariusza, biskupa albo wyższego przełożonego zakonnego, który zechce go przyjąć, a następnie zobowiązany jest skierować do papieża odręczny list zawierający dwa akty: doktrynalny i dyscyplinarny. Akt doktrynalny to Professio fidei (Wyznanie wiary), a dyscyplinarny to Formula adhaesionis (Formuła przylgnięcia).

Zakres wyznania wiary został przez Rzym ściśle określony. Prezbiter musi zaakceptować naukę zawartą w punkcie 25. Konstytucji dogmatycznej Lumen gentium Soboru Watykańskiego II w sprawie religijnego posłuszeństwa, jakie winien okazać Magisterium Kościoła. Musi również oświadczyć, że uważa odprawianie mszy świętej według obrzędów promulgowanych przez papieży Pawła VI i Jana Pawła II, czyli tzw. „nową mszę”, za ważne oraz że będzie przestrzegał norm Kodeksu prawa kanonicznego ogłoszonego przez papieża Jana Pawła II w roku 1983. Z kolei w Formule przylgnięcia prezbiter obiecuje wierność papieżowi i zobowiązuje się, że nie będzie atakował publicznie ani jego, ani jego nauczania.

Komunikacja, a nie teologia

Jak dobrze wiemy, w ogromnej większości ruchy tradycjonalistyczne gromadzą ludzi, którzy „starej mszy” nigdy nie znali z autopsji, ponieważ zbyt późno się urodzili. To zasadniczo nie jest nostalgia za Kościołem dzieciństwa. Zresztą, jest dzisiaj wielu ludzi pamiętających jeszcze czas zmian posoborowych, którzy są mocno zdziwieni, że młode pokolenia sięga do tego, co oni z chęcią pozostawili za sobą. 

Moja nieżyjąca już mama z dużym przejęciem opowiadała o radykalnej zmianie, jaka nastąpiła po przejściu od „starej mszy” do „nowej”. Nie była to jednak dla niej – i dla większości – zmiana teologiczna, ale jedynie komunikacyjna. Wprowadzenie języka ojczystego oraz nawiązanie przez celebransa stałego kontaktu z ludem, który zastąpił ministranta recytującego po łacinie odpowiedzi, było dla tamtego pokolenia zmianą radykalną. Pozwalało na nowy sposób uczestnictwa, dzięki któremu nie byli już „jak obcy i niemi widzowie”, o co zresztą już apelował papież Pius XII w encyklice Mediator Dei, a co potem powtórzy Sobór Watykański II w Konstytucji o liturgii świętej. 

Jest w moim posiadaniu książeczka do nabożeństwa z roku 1898, zatytułowana Bóg z Tobą, w której znajdujemy Nabożeństwo przy Mszy Świętej, a które to nabożeństwo metodą alegorezy, czyli rozbudowanej metafory, obrazowo interpretowało poszczególne etapy liturgii. Wierny czytał sobie te rozważania podczas sprawowania mszy św. I tak, gdy kapłan czytał po cichu lekcję, wierny rozważał, jak to Chrystus został oskarżony przed Piłatem, a gdy kapłan wypowiada Dominus vobiscum, wierny rozważał, jak to „Chrystus spogląda na Piotra i pobudza go do skruchy”. Można powiedzieć, że toczyły się równolegle dwie narracje: celebransa i wiernych, które łączyły się w odpowiednich momentach. Kapłan sprawował ryt, a wierny w wyobraźni sobie go inscenizował.

Wybór, a nie nostalgia

Zdaję sobie sprawę, że współcześnie aktywność ludu na mszy św. rozumiana jest w starej liturgii zasadniczo inaczej, ale wówczas to naprawdę była zmiana radykalna. Czy wierni odebrali zmianę „starej mszy” na „nową” jako zmianę teologiczną? Trudno mi jednoznacznie na to pytanie odpowiedzieć. Wydaje się, że ten proces przebiegał w zróżnicowany sposób. W Polsce księża sprawowali „nową mszę” z dawną, bo na wskroś ofiarniczą mentalnością. Ciekawe, że nawet w nowych kościołach wciąż budujemy boczne ołtarze, a przygotowanie darów to wciąż w naszej powszedniej nomenklaturze ofiarowanie. Taka płynna zmiana liturgii, w której jednak więcej było kontynuacji niż zerwania, nie prowadziła do resentymentu. W świadomości ludu i kapłanów dominowało przekonanie, że w wyniku reformy liturgicznej niczego nie stracono, a wiele zyskano. 

Wiemy jednak o tym, że w wielu krajach dochodziło do zmian o wiele bardziej dalekosiężnych, „nowa msza” coraz mniej przypominała „starą”, a mentalność pokolenia ’68 wdarła się także w sferę kapłańskiej tożsamości. W tych okolicznościach wołanie o „mszę przedsoborową” pojawiło się w wielu krajach Europy Zachodniej i krajach Ameryki dużo wcześniej niż w Polsce i było dużo głośniejsze i częstsze. Dzisiaj obecność na mszy św. w nadzwyczajnej formie rytu rzymskiego, jak to określił papież Benedykt XVI, nie jest kwestią odziedziczonej nostalgii, ale świadomego wyboru. To jest Najświętsza Ofiara, która jest wybierana, ponieważ prawdziwie wyraża dzieło zbawcze Jezusa. Tak utrzymują tradycjonaliści. Czy wyraża ona dzieło zbawcze jako jedyna prawowierna, czy też może robi to identycznie jak msza odprawiana po nowemu? Czy obie formy mszy św. są źródłem łaski w takim samym znaczeniu? I to jest właśnie sedno sprawy. Do jedności z Rzymem mogą powrócić jedynie ci, którzy nie negują zbawczej wartości „nowej mszy”. Tradycjonaliści spod szyldu Bractwa św. Piusa X twierdzą jednak, że „nowa msza” jest wadliwa, niewystarczająco bowiem wyraża jej aspekt ofiarniczy. Dodajmy, taką mszę odprawia także papież, co raczej nie wzmaga u nich posłuszeństwa.

Jedna wiara, dwie formy modlitwy

W Liście apostolskim w formie motu proprio Summorum pontificum z roku 2007 papież Benedykt XVI tak pisał o mszy przedsoborowej i posoborowej, które nazwał nadzwyczajną i zwyczajną formą rytu: „Te dwa wyrazy zasady modlitwy (Lex orandi) Kościoła nie mogą w żaden sposób prowadzić do podziału w zasadach wiary (Lex credendi). Są to bowiem dwie formy tego samego Rytu Rzymskiego”. Mówiąc inaczej: tak samo wierzymy, choć różnie się modlimy. Czy to możliwe? W języku łacińskim brzmi to nawet konkretniej: duo usus unici ritus romani, dwie praktyki, dwa uzusy, dwa użycia tego samego rytu. 

Warto zauważyć przy okazji, że podnoszony argument o obrządkach nie jest trafny. Prezbiterzy tamtych obrządków, którzy są birytualistami, bez przeszkód koncelebrują rzymską liturgię. Prezbiterzy od św. Piusa – nie. Byłby to dla nich udział w nieważnej z ich punktu widzenia liturgii. Tu nie jest różnica duchowości, tradycji, języka. To fundamentalna różnica teologiczna, inny sposób wierzenia. 

Niestety, historia – przynajmniej częściowo – negatywnie zweryfikowała zasadę „dwóch uzusów tego samego rytu rzymskiego”, dwóch różnych form wyrażenia tej samej wiary. I tu jest właśnie różnica między tradycjonalistami katolickimi a schizmatyckimi. Dla tradycjonalistów katolickich ta „podwójność rytu” co do zasady jest do przyjęcia: ich kapłani i wierni nie negują zbawczej wartości „nowej mszy” i sami czasami z niej korzystają. W mojej diecezji dla wszystkich chyba kapłanów, którzy sprawują opiekę nad wiernymi tradycji łacińskiej i odprawiają im liturgię, pierwszą i codzienną mszą jest ta nowa, a nie stara.

Zatrzymanie i zerwanie

Schizma dotyczy tych, którzy nie aprobują tej formuły dwoistości form jednego rytu. Nie umiem powiedzieć, czy Summorum Pontificum sprowokowało powrót tzw. lefebrystów do pełnej jedności z Kościołem, mimo gestów, które wobec nich podejmowali papież Benedykt i papież Franciszek (np. udzielenie upoważnienia do sprawowania sakramentu pokuty i pojednania). Myślę, że nie, przynajmniej nie masowo, skoro frakcja ta raczej liczebnie rośnie niż maleje. Przybywa im wiernych, seminarzystów i kapłanów. 

Dlaczego tak się dzieje? Ano dlatego, że według nich Kościół posoborowy błądzi (ekumenizm, dialog międzyreligijny, wolność religijna, synodalność, prawa człowieka), a „nowa msza” ma – jak już wspomniałem – nieusuwalną wadę teologiczną. Według teologii Bractwa św. Piusa X dwie msze – stara i nowa – nie tylko stanowią dwie odmienne praktyki tego samego rytu, ale ostatecznie wyrażają dwie różne perspektywy teologiczne, by nie powiedzieć – są wyrazem wiary dwóch różnych Kościołów. Jeden wyznaje teologię zatrzymaną (oczywiście z posoborowego punktu widzenia), drugi – teologię, która zerwała z Tradycją (oczywiście z tradycjonalistycznego punktu widzenia). Nie wiem, jak się teologicznie dogadać.

Dopiero w tej perspektywie zrozumiała – choć nie usprawiedliwiona – staje się decyzja Bractwa Piusa X o święceniu nowych biskupów ze względu na stan wyższej konieczności. Bractwo jest przekonane, że wierni, którzy są z nim powiązani, nigdzie indziej nie znajdą prawdziwego, niezatrutego liberalizmem i modernizmem źródła łaski, a przecież nie ma wyższej zasady w Kościele niż salus animarum, czyli dobro dusz. Święcenie nowych biskupów, co umożliwi następnie święcenie nowych kapłanów, jest konieczne, by to dobro dusz zrealizować. Zbawienie powierzonego im ludu Bożego jest bowiem zagrożone. Taka jest linia argumentacji. Pojednanie z Rzymem oznaczałoby przecież przyznanie, że zbawienie jest możliwe także poza ich wspólnotą. A skoro to oni są prawowiernym Kościołem, poza nim nie może być zbawienia.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Wybierz dostęp na cały rok i korzystaj z pełni treści w najlepszej cenie — bez przerw i bez ograniczeń.

Co otrzymujesz w subskrypcji?

- Nieograniczony dostęp do wszystkich nowych wydań online oraz bogatego archiwum numerów

- Możliwość czytania aktualnych komentarzy i analiz jeszcze przed wydaniem papierowym

- Dostęp do pełnej zawartości tygodnika w wersji internetowej

- Ekskluzywne materiały publikowane wyłącznie online

- Wygodne korzystanie na telefonie, tablecie i komputerze — w domu, pracy i podróży

- Dodatkowo: e-wydanie każdego numeru w wygodnym formacie PDF

Najlepsza cena

Wybierając płatność roczną z góry, otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł względem rozliczenia miesięcznego.

- Standardowy koszt w skali roku (płatność miesięczna): 239 zł
- Cena po rabacie przy płatności z góry: 173 zł

↺ Subskrypcja odnawia się automatycznie — możesz zrezygnować w dowolnym momencie.

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 28/2026

W druku ukazał się pod tytułem: Jeden Kościół, dwie wiary