W sensie geopolitycznym nasz kontynent położony jest pomiędzy trzema wielkimi „płytami tektonicznymi” globu: Stanami Zjednoczonymi, Rosją i Chinami. Sam mógłby być czwartą – pod względem demografii i ekonomiki ma po temu wszelkie dane – jednak brakuje mu siły militarnej. Dlatego trzymaliśmy się dotąd „silniejszego brata”, USA, bo innego wyboru nie było dla formacji zwącej się „wolnym światem”. Obecnie jednak trzy wielkie płyty zaczynają trzeszczeć, dryfować i wzajemnie się o siebie ocierać. Stawia to nas, zachodnich Europejczyków – od 2004 r. jesteśmy przecież częścią wzmiankowanej formacji – przed koniecznością wyboru, nowego i w dodatku przeprowadzonego w przyspieszonym tempie. Jeśli nie zdobędziemy się na odwagę, powiązaną z wyrzeczeniami, czeka nas los rozbitków stojących na kruszejącej krze. Wtedy nie będzie innego wyjścia niż skok na jedną z trzech potężnych i stabilnych gór lodowych. Jeżeli zaś odważymy się być silnymi, trzeba nam będzie zredefiniować kwestię europejskiego przywództwa. Bo ktoś przecież musi ową silną Europą dowodzić.
To wszystko jednak dopiero przed nami. Tutaj, poniżej, krótka historia powojennego europejskiego przywództwa.
Dzieło Lotaryńczyka
Wszystko zaczęło się od Roberta Schumana. Parady jego imienia, organizowane corocznie w Warszawie, pełne kolorowych bibułek i odgórnie sterowanej spontaniczności, przypominają raczej znane nam z czasów PRL-u pierwszomajowe masówki. W dodatku zabarwione są lewicową ideologią, dlatego nie postanie tam noga „uczciwego, prawicowego Polaka”. A przecież sam Schuman był gorliwym katolikiem – od dawna toczy się jego proces beatyfikacyjny, zaś Kościół nadał mu tytuł czcigodnego sługi Bożego. Co więcej, Schuman z pewnością nie pochwaliłby Europy, którą sam stworzył, a która dzisiaj, głosami francuskich deputowanych, stawia prawo do aborcji w rzędzie podstawowych praw człowieka. Żeby skończyć już z wytykaniem palcami, powiedzmy jeszcze, że marny los warszawskich parad jest symbolem niezrozumienia idei Europy – zarówno przez lewą, jak i prawą stronę polskiej sceny politycznej.
Niemiecko brzmiące nazwisko, płynnie opanowane języki niemiecki i francuski, francuskie obyczaje – to modelowy przykład współczesnego Europejczyka. Pełno takich na korytarzach brukselskich urzędów. I wbrew pozorom zjawisko to ma bardzo starą genezę. Kiedy 1200 lat temu rozpadło się imperium Karola Wielkiego – ostatni udany akord koncertu zjednoczonej Europy – jego następcy podzielili między siebie władztwo ojca. Jeden król wziął Francję, drugi Niemcy, trzeciemu zaś przypadł wąski pasek pomiędzy – ni to francuski, ni niemiecki. Tym to paskiem rządził król Lotar, stąd nazwa Lotaryngia.
Lotaryńczykiem był właśnie Schuman. Kraj, w którym się urodził, jako Alzacja-Lotaryngia od 1871 r. był częścią Rzeszy Niemieckiej. Jego mieszkańcy, chociaż mówili po niemiecku, uważali się jednak za Francuzów. A raczej za Europejczyków, choć wtedy jeszcze nikt tego tak nie definiował. Po zwycięstwie Francji nad Niemcami w 1918 r.,
zgodnie z własną wolą, wrócili pod władzę Paryża. Po II wojnie światowej Schuman został francuskim premierem, będąc też w latach 1948–53 ministrem spraw zagranicznych. Wtedy udało mu się wcielić w życie jego własną wizję Europy. Kontynentu, którego środek podzieliła wielka rana: od klęski Francji w wojnie z Prusami 1871 r., poprzez rzeź na polach Verdun 1916 r., aż po walki – w 1940 r. na Linii Maginota, w 1944 r. w Normandii i w 1945 r. w belgijskich Ardenach. Intuicja podpowiadała mu, że budowanie na nowo tego, co kiedyś zbudował Karol Wielki, zacząć trzeba od zagojenia tej właśnie rany.
W słynnym przemówieniu, wygłoszonym 9 maja 1950 r., w piątą rocznicę zakończenia wojny, Schuman powiedział: „Europa nie powstanie od razu ani w całości: będzie powstawała przez konkretne realizacje, tworząc najpierw rzeczywistą solidarność”. W rok później powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, zalążek przyszłej Unii Europejskiej. Jej osią były dwa państwa – Francja i Niemcy.
Koniec kłopotów… i początek kolejnych
Kolejny plaster na ranę, gojoną przez Schumana, przyłożyli francuski prezydent Charles de Gaulle i niemiecki kanclerz Konrad Adenauer. 22 stycznia 1963 r.
mocą tzw. Traktatu Elizejskiego zawiązali trwały sojusz ekonomiczny i polityczny pomiędzy Francją a Republiką Federalną Niemiec, wtedy jeszcze pomniejszoną, bo bez NRD. Sojusz ten był jednocześnie fundamentem formacji, którą nazwano Europejską Wspólnotą Gospodarczą, a która w 1992 r. przybrała nazwę Unii Europejskiej.
W tym tandemie warto zwrócić uwagę na Adenauera, przed wojną nadburmistrza Kolonii, który podobnie jak Schuman był katolikiem, działał w partii chadeckiej. Adenauer był mile zaskoczony, gdy de Gaulle, tuż po złożeniu podpisów w Pałacu Elizejskim, z galijską werwą ucałował go z dubeltówki – w oba policzki.
Finalnym aktem pojednania było złożenie wieńców na grobach poległych pod Verdun żołnierzy francuskich i niemieckich. Uczynili to w 1984 r. prezydent Francois Mitterrand i kanclerz Helmut Kohl – ten sam, który w pięć lat później, w Krzyżowej na Dolnym Śląsku, uczynił podobny gest pojednania, tym razem z polskim premierem Tadeuszem Mazowieckim.
Już wtedy jednak na wizerunku francusko-niemieckiej idylli zaczęły się rysować pierwsze pęknięcia. Zaczęło się od kontrowersji pomiędzy de Gaulle’em a Adenauerem. Ten ostatni uważał, że jednocząca się Europa powinna mieścić się w ścisłym sojuszu NATO, czemu z kolei stanowczo był przeciwny de Gaulle. Zaowocowało to wycofaniem się Francji z programu militarnego Paktu Północnoatlantyckiego – do dzisiaj kraj ten jest członkiem NATO jedynie w sensie politycznym, na francuskim terenie nie stacjonują żołnierze tego wojskowego sojuszu. Adenauer chciał włączyć do wspólnoty Wielką Brytanię, z czym nie zgadzał się de Gaulle, pytając swego niemieckiego partnera: z kim właściwie trzymasz – z nami czy z Anglikami? Niemcy wreszcie chcieli budować Europę ściśle zjednoczoną politycznie, sfederalizowaną na wzór RFN z jej landami, tymczasem de Gaulle był zwolennikiem „Europy ojczyzn”, związku suwerennych państw.
Nie sposób w jednym krótkim tekście opisać dalszej historii francusko-niemieckich kontrowersji. Przypominają one walkę buldogów… nie tyle pod dywanem, ile pod stosami brukselskich, unijnych dyrektyw. Co ciekawsze epizody spróbujemy wydobyć w następnej części tej opowieści.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








