Logo Przewdonik Katolicki

Gotujemy się na wolnym ogniu

Michał Lewandowski
fot. Alex/Adobestock, Sergiy Serdyuk/Adobestock

W nauce prawda „nie leży pośrodku”, ale „tam, gdzie leży”. Dla klimatologów nic nie jest bardziej jasne od stwierdzenia, że Ziemia z każdym rokiem jest coraz bardziej gorąca, a kolejne lata są najcieplejsze w historii pomiarów.

Procesy, które odpowiadają za coraz szybsze ogrzewanie się naszej planety, nie są widoczne gołym okiem. Ale nawet to gołe oko widzi, że od pewnego czasu coś jest nie tak: dziwnie ciepłe zimy, od kilku lat brak śniegu na Boże Narodzenie, wiosna, która bardziej przypomina wczesne lato, długie susze i wysokie temperatury, który utrzymują się do końca października.
Od XIX w. regularnie badamy temperaturę na Ziemi. Kiedyś lokalnie, dzisiaj – w skali całego globu za pośrednictwem czujników umieszczonych na lądach i w oceanach.

2020 to rok nie tylko pandemicznych rekordów
Uczonych ubiegły rok w ogóle nie zaskoczył. Choć wiemy, że 2020 nie był najcieplejszym w historii pomiarów, to plasuje się w ścisłej czołówce (wyprzedziły go tylko 2016 i 2019). W skali dekady wygląda to jeszcze dobitniej, bo wszystkie lata po 2014 r. są najcieplejszymi w historii pomiarów. „Średnia globalna temperatura w 2020 r. ma wynieść około 1,2 st. Celsjusza powyżej poziomu sprzed rewolucji przemysłowej. Istnieje co najmniej 20 proc. szans na to, że do 2024 r. tymczasowo zostanie przekroczony próg 1,5 st. Celsjusza” – napisał w oświadczeniu sekretarz generalny Światowej Organizacji Meteorologicznej (WMO), prof. Petteri Taalas. I choć ubiegły rok został zdominowany przez pandemię i jej skutki, to równolegle do dramatycznych wydarzeń dochodziło na polu zmian klimatu.
W 2019 r. władze Skierniewic ogłosiły, że w mieście zabrakło wody i jasno wskazały, że jest to skutek nadchodzącej klimatycznej zmiany. W 2020 r. przez kilka miesięcy w Polsce panowała susza, która sprawiła, że rolnictwo poniosło kolosalne straty. A to tylko wierzchołek góry lodowej i skutków wysokich temperatur, które na dobre zapanowały na świecie. „Rok 2020 był niestety kolejnym niezwykłym rokiem dla naszego klimatu. Widzieliśmy ekstremalne temperatury na lądzie, morzu, a zwłaszcza w Arktyce. Pożary pochłonęły ogromne obszary Australii, Syberii, zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych i Ameryki Południowej, wysyłając smugi dymu dookoła globu. Widzieliśmy rekordową liczbę huraganów na Atlantyku, w tym bezprecedensowe huragany czwartej kategorii (…). Powodzie w niektórych częściach Afryki i Azji Południowo-Wschodniej doprowadziły do masowych przesiedleń ludności i podważyły bezpieczeństwo żywnościowe milionów osób” – podkreśla prof. Taalas.

Zmiana nie do powstrzymania coraz bliżej
Temperatury i dane naukowe to tylko teoria. Jak w praktyce odczujemy zmieniający się klimat na Ziemi? Zdaniem naukowców, którzy zajmują się modelowaniem klimatu, jeśli przekroczymy próg średniej rocznej temperatury o kilka stopni Celsjusza, doprowadzimy do uruchomienia klimatycznych mechanizmów, których nie da się zatrzymać. Więcej – ich dramatyczne następstwa tylko przyspieszą proces i pojawienie się kolejnych, jeszcze groźniejszych anomalii na Ziemi.
O jakich zmianach mowa? Już dzisiaj następuje znaczące pustynnienie niektórych regionów planety, a za kilkadziesiąt lat ich natężenie sprawi, że tereny te nie będą nadawały się do życia. Tak jest np. z subsaharyjską częścią Afryki. Brak możliwości życia na terenach, gdzie średnie dobowe temperatury będą przekraczały termiczną tolerancję człowieka i skrajny brak wody, doprowadzą do masowych, wielomilionowych migracji na tereny, gdzie jeszcze będzie dało się żyć. Jednym z takich kierunków będzie Europa, której klimat w całości przypominać będzie dzisiejsze regiony śródziemnomorskie. Skala społecznych wyzwań i politycznych przetasowań, jaka wiąże się z kolejną wielką wędrówką ludów, jest trudna do oszacowania.
Kolejne kryzysy związane będą z podtopieniami spowodowanymi topiącymi się lodowcami, globalnym kryzysem rolniczym, który doprowadzi do braków w niektórych produktach (zagrożone są m.in. uprawy winorośli, kawowca i herbaty), przerwami w dostąpienie energii elektrycznej przez brak wody, wymieraniem gatunków czy roztopieniem się wiecznej zmarzliny na Syberii, która – uwalniając magazynowany tam od setek tysięcy lat metan – sprawi, że procesy destabilizacji klimatu przyspieszą jeszcze bardziej.
„Większość ludzi słyszała już o zmianach klimatu, ale nie zdaje sobie sprawy z powagi sytuacji – mówił w wywiadzie dla portalu Teraz Środowisko prof. Szymon Malinowski, fizyk atmosfery. – Przeciętny człowiek mało przebywa na świeżym powietrzu, zapasy żywności czerpie ze sklepu, a woda leje mu się z kranu – i nie doświadcza całego skomplikowanego łańcucha lokalnych i globalnych powiązań. Nie widzi związku między kurczeniem się pokrywy lodowej na Grenlandii, pożarami w Australii a suszą w Polsce; nie rozumie, że klimat to system podtrzymywania życia na naszej planecie. Kiedy zmienia się klimat, wszystko musi się zmienić. Jedynym sposobem na zapewnienie nam przeżycia jest ograniczenie zmian – a do tego konieczna jest dogłębna edukacja, obejmująca sfery polityczne i gospodarcze oraz obywateli. Cała nadzieja w rozumie”.

2021 rokiem nadziei?
Choć w kwestii walki z koronawirusem z nadzieją patrzymy na nowy rok, to jeśli w kwestii klimatu nie zmienimy swojego kierunku (patrząc w skali całej cywilizacji), na przyszłość trudno będzie patrzeć w kolorowych barwach. Fakt, że globalna emisja dwutlenku węgla wpływa na zmianę klimatu i przegrzanie planety, nie jest jedynie naukową hipotezą, ale uwodnionym faktem, co do którego wśród naukowców panuje konsensus.
Ratunkiem dla Ziemi, która cierpi na skutek nadmiernej emisji CO2 przez człowieka, jest ograniczenie, a następnie ścięcie do zera rocznej produkcji tego gazu. To trudne zadanie. Dwutlenek węgla jest wypuszczany do atmosfery nie tylko wtedy, kiedy wytwarzamy energię elektryczną z węgla lub gazu, ale także wtedy, kiedy latamy samolotami, transportujemy produkty na duże odległości czy produkujemy mięso.
Choć zmiana naszych codziennych nawyków nie odwróci ogólnoświatowego trendu, to służy edukowaniu innych i wywieraniu presji na wielkie korporacje i rządy państw w sprawie redukowania emisji CO2. A to konieczne, by za kilkadziesiąt lat temperatura przestała rosnąć w tak dramatycznym tempie.
„Uważam, że warto zrobić co w naszej mocy – nie dlatego, że w skali globalnej zredukuje to w zauważalny sposób zużycie paliw kopalnych, ale że wpływa to na świadomość otoczenia, stymuluje zmiany kulturowe wokół nas – pisze na łamach portalu Nauka o klimacie Marcin Popkiewicz, klimatolog, fizyk jądrowy i analityk megatrendów. – Traktując priorytetowo efektywność energetyczną, zamiast kupować samochód, kupisz rower, a zamiast domu w «typowym standardzie energetycznym» – dom autonomiczny. Nie tylko wesprzesz swoimi decyzjami finansowymi jasną stronę mocy, ale też dasz przykład innym”.
Choć może to brzmieć absurdalnie, to jedyna nadzieja dla zachowania planety w takim stanie, jaki znamy dzisiaj, leży w zaprzestaniu masowej produkcji dwutlenku węgla. Czy walkę z tym niewidzialnym zagrożeniem podejmiemy tak samo intensywnie, jak z niewidocznym okiem wirusem?

Co z tym dwutlenkiem węgla
Najwięcej dwutlenku węgla przedostaje się do atmosfery na skutek spalania paliw kopalnych. Te wykorzystywane są głównie przy produkcji energii elektrycznej (węgiel, gaz ziemny) i transporcie (ropa naftowa). Odpowiada to za prawie trzy czwarte wszystkich emisji na świecie.
Jeśli chcemy zredukować emisję CO₂ do atmosfery, musimy postawić na nieemisyjne źródła energii takie jak odnawialne źródła energii i energetykę jądrową. W przypadku transportu wyjściem jest produkcja elektrycznych silników, które nie emitują gazów cieplarnianych (ale wprowadzona masowo tylko wtedy, kiedy prąd potrzebny do ich zasilenia będzie pochodził z nieemisyjnych źródeł).


 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki