Logo Przewdonik Katolicki

Popielcowe pokusy

Monika Białkowska

Przeżywamy go po raz trzydziesty albo pięćdziesiąty w życiu. Co roku mamy nadzieję, że coś zmieni. Jakie oczekiwania wobec Wielkiego Postu są realne – a jakie mogą być niebezpieczną pokusą?

Wielki Post nie zmieni nas, jeśli od niego i siebie oczekiwać będziemy zbyt dużo albo zbyt mało. Jeśli ma nas przemienić, nie możemy uwierzyć w żadną z pokus, o które w tym czasie bardzo łatwo. Jeśli ma nas zmienić, my musimy coś zmienić: może być mało, ale musi być konkretnie.

Niemożliwe
Pierwsza pokusa Wielkiego Postu brzmi: zmiana jest niemożliwa. Przecież tak wiele rzeczy nie zależy od nas. Coś zabrnęło za daleko, żeby się wycofać. Przecież zmienić musieliby się też ludzie, którzy utrudniają nam lepsze życie: rodzina, sąsiedzi, współpracownicy. W nawróceniu przeszkadzają nam okoliczności życia, nie ta praca, za małe pieniądze. Gdyby one się zmieniły, to pewnie tak. Na razie cóż – nie da się, nie dziś, nie w tym warunkach. Ta pokusa jest niebezpieczna, bo nie pozwala nawet wyjść na drogę nawrócenia. Człowiek nią ogarnięty wróci w Środę Popielcową do domu i nie zrobi nic więcej – nawet nie spróbuje.  

Wszystko
Druga pokusa Wielkiego Postu brzmi: zmienić się musi wszystko! To przeciwieństwo pierwszej pokusy. Ten, kogo ogarnie, przekonany będzie, że oto dziś rozpoczyna zupełnie nowe życie. Już nigdy nie pokłóci się z teściową, nigdy nie warknie na dzieci, ubogim będzie dawał jałmużnę. Cały Wielki Post przeżyje bez papierów, bez słodyczy, bez internetu. Będzie modlił się więcej i bardziej gorliwie. Nie opuści drogi krzyżowej ani gorzkich żali. Nie upadnie, a jeśli się zdarzy, to najpóźniej następnego dnia będzie klęczał przy konfesjonale. Ta pokusa jest niebezpieczna, bo prowadzi do zniechęcenia, kiedy „wszystko” jednak w życiu się nie zmieni.

Dużo czasu
Trzecia pokusa Wielkiego Postu brzmi: mam jeszcze dużo czasu! Wielki Post trwa czterdzieści dni, więc może poczekam do pierwszej niedzieli? Teraz się nie udało, ale na następną drogę krzyżową już pójdę na pewno. Tak, oczywiście, że dam jałmużnę! Jak tylko będzie po pierwszym albo po dziesiątym, jak pensja wpłynie na konto, jak zapłacę rachunki, jak zrobię zakupy. Jakieś wyrzeczenie? Spokojnie, coś wymyślę, przecież Wielki Post jest długi. Ta pokusa jest niebezpieczna, bo zanim się człowiek obejrzy, już z palmą idzie do kościoła i szybko liczy dni, żeby zdążyć dotrzeć do konfesjonału. Szansa na nawrócenie przeciekła gdzieś między palcami.

Mało czasu
Czwarta pokusa Wielkiego Postu brzmi: mam za mało czasu. W całym tym zabieganiu między pracą i domem, katarem dzieci i wymaganiami szefa, spóźniającym się autobusem i cieknącą lodówką, gdzie tu jeszcze znaleźć czas na modlitwę? Czego sobie odmówić, żeby nie paść na nos z wycieńczenia? Pewnie, że chciałoby się świętości. Pewnie, że jakoś tęskno do życia w spokojnej bliskości Boga. Ale i spraw tyle do uporządkowania, i tych na zewnątrz, i wewnątrz, w sercu, że i trzy lata by nie wystarczyły, a co dopiero czterdzieści dni… Nie warto nawet zaczynać. Wszystkiego nie posprzątam, więc po co robić sobie nadzieję – i  przegrać?
Ta pokusa jest niebezpieczna, bo zatrzymuje serce, które wyrywa się do góry i pragnie więcej: człowiek uparcie trzyma je na uwięzi, na łańcuchu powszednich spraw.

Mogę sam
Piąta pokusa Wielkiego Postu brzmi: mogę wszystko. Tak naprawdę moje nawrócenie zależy tylko ode mnie. Jeśli będę miał wystarczająco silną wolę, jeśli się zawezmę, to nic mnie nie złamie. Udźwignę każdą trudność. Odeprę każdą pokusę. Nie ma znaczenia, kogo spotkam na swojej drodze, kto i czego będzie ode mnie potrzebował, co się niespodziewanego wydarzy. Twardo będę się trzymał swojego planu, żeby zwyciężyć, żeby w Wielkanoc powiedzieć, że nie uległem, że wygrałem.
Ta pokusa jest niebezpieczna, bo zamyka na Jezusa, który chce być potrzebny i który sam upadał i umarł. Zamyka człowieka w wykonywaniu pobożnych ćwiczeń, daleko od pragnienia Miłosierdzia. Jest niebezpieczna, bo człowieka, który pości, czyni swoim własnym bogiem.

Nic nie mogę
Szósta pokusa Wielkiego Postu brzmi: nic nie mogę. Moje grzechy są już tak wielkie, że Bóg na pewno o mnie zapomniał. Nie jestem w stanie nawet mówić do Niego, a co dopiero marzyć o tym, żeby odpowiedział i ogarnął mnie miłością. Żaden mój krok nie będzie wystarczająco dobry. Żadne moje słowo nie będzie wystarczająco godne. Wszystkie moje starania są na nic. Może kiedyś sam Bóg zechce wyciągnąć po mnie rękę, ale ja już nie mam w tej grze żadnego ruchu. Niech On wszystko zrobi sam, jeśli mnie chce. Ta pokusa jest niebezpieczna, bo pogrąża człowieka w obojętności i pozwala żyć w przekonaniu, że aby okazać swoje miłosierdzie, Bóg nie potrzebuje współpracy człowieka.  

Praktyki na otwarcie
Być może w każdej z tych pokus jest trochę prawdy. Przecież całkowita zmiana życia w krótkim czasie jest niemal niemożliwe. Przecież jest duże prawdopodobieństwo, że zmieni się mało albo bardzo mało, choć przecież chciałoby się zmienić wszystko. Przecież człowiek jest jednakowo silny i bezsilny wobec swoich słabości. Wielki Post trwa jednak wystarczająco długo, żeby zebrać siły i wyrobić w sobie nowe, dobre nawyki. Trwa wystarczająco długo, żeby uważnie przyjrzeć się swojemu życiu i zobaczyć, która jego część domaga się naprawy.

Jak? Nie ma tu prostych recept. To, co najważniejsze między Bogiem a ludźmi i między ludźmi, między sobą dzieje się w sercach. Wszystkie praktyki przygotowują tylko grunt, otwierają człowieka, sprawiają, że jest gotowy pójść dalej.

Post i modlitwa
Jak się modlić? Regularnie i dbając o to, żeby nie wpaść w rutynę. Na taką modlitwę nigdy nie ma „za mało czasu”. Wystarczy każdego dnia znaleźć sobie jeden akt strzelisty i powtarzać go przez cały dzień: kiedy coś ucieszy i chce się podziękować, kiedy coś zdenerwuje i potrzeba pomocy, ze zmęczenia, z bezsilności, ze smutku, z dumy z jakiegoś sukcesu – aż wejdzie w nawyk i zwyczajnie będzie się chciało „z Bogiem pogadać”. Taka modlitwa naprawdę przenika życie, zaprasza Boga we wszystkie kąty codzienności, uczy oddychania niebem.

Jak pościć? Najprościej rezygnując z tego, co dziś byłoby dla mnie przyjemnością. Nie o to przecież chodzi, żeby zrezygnować z mięsa, będąc fanem ryb i owoców morza. Chodzi o to, żeby mówić: „nie, dziękuję” kiedy ktoś proponuje wyjście na piwo, może jakiś film, może urodzinowy tort. Żeby przy obiedzie nie nałożyć sobie tego, co się lubi najbardziej. I żeby – co najważniejsze! – decydować o tym świadomie, każdorazowo z myślą o Jezusie. Pułapką wielkich wielkopostnych postanowień może być automatyzm, zgubienie sensu podjętego wyzwania. Wielki Post drobnych, codziennych rezygnacji każe każdego dnia szukać – czego dziś dla Ciebie sobie odmówię? W czym dziś mogę żyć prościej? Co dziś będzie moim postem?

Jałmużna miłości
Jak dawać jałmużnę? Dziś. W momencie, kiedy o tym pomyślisz. Tu znów trzeba znaleźć swój sposób. Może każdą dwuzłotówkę, którą wydadzą nam przy kasie, odkładać do kubka w kuchni? A jeśli wydadzą dwuzłotówkami większą kwotę, to trudno – te monety należą do ubogich? Może każdego dnia schować jakąś monetę do pudełka? To łatwiejsze: w Wielkim Tygodniu oddać komuś wielkopostne oszczędności, niż między zakupem baranka z masła a malowaniem jajek usprawiedliwiać się, że znowu na pomoc nie wystarczyło. A może kupić kilka puszek porządnego mięsa i przejść się z nimi główną ulicą miasta, rozdając tym, którzy gdzieś żebrzą? A może przełamać swój strach, iść na dworzec, usiąść przy bezdomnym i zapytać, czy nie napije się ze mną kawy? Jałmużna to nie jest słowo o pozytywnych konotacjach, ale chodzi w niej tylko o to, żeby nie ignorować łez drugiego człowieka, żeby go spotkać w jego cierpieniu i w miłości.
W Wielkim Poście chodzi o to, żeby wyruszyć w drogę. Nawet, jeśli w życiu nie nastąpi żadna rewolucja, żeby zrobić choć jeden krok w nowym kierunku: bliżej Boga. Nie ku własnej doskonałości, ale ku Jego Miłości.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki