Logo Przewdonik Katolicki

Dobrowolnie skromni

o. Stanisław Jaromi OFM CONV

O tym, że ruch ekologiczny w Kościele nie zaczął się od papieża Franciszka, o nieufności katolików wobec „zielonych” i o motywach dla chrześcijańskiej ekoascezy z o. Stanisławem Jaromim OFM CONV , rozmawia Monika Białkowska

Przeczytałam niedawno komentarz pod informacją dotyczącą kwestii ekologicznych w Kościele: „Zajmijmy się nawróceniem i zbawieniem, a nie odwracajmy uwagi takimi głupotami”. Ekologia odwraca uwagę od zbawienia?
– Przez ekologię możemy też wzywać do nawrócenia, do pracy nad sobą, do troski o królestwo Boże w nas i wokół nas. To jest misja Kościoła: troska o zbawienie, o duszę, ale też troska o ciało i o cały świat. Jan Paweł zdefiniował to mówiąc, że człowiek jest drogą Kościoła – człowiek, czyli również świat, w którym człowiek żyje. Kiedy Bóg skierował do nas swoje słowo w Biblii, na początku czytamy w niej opowieść o stworzeniu świata. Ten świat jest przez Boga pobłogosławiony i ofiarowany nam jako najlepsze miejsce do życia. Kościół mówi dziś: wśród wszystkich trosk, którymi zajmują się chrześcijanie, obok troski o ubogich w świecie, troski o głoszenie Ewangelii, liturgię, misje, jest również troska o Boże stworzenie. To kwestia naszej odpowiedzialności za dar, który dostaliśmy od Boga.
 
To oznacza, że zajmowania się ekologią nie można przeciwstawiać nawróceniu – bo jest ona raczej jednym z elementów nawrócenia?
– Nawrócenie oznacza korektę, zmianę życia i postępowania. Ma ono różne wymiary, o których mówi nam ostatnia encyklika papieża Franciszka Laudato si’: relację do Boga, relację do bliźniego, relację człowieka do samego siebie i relację do świata stworzonego. W każdym z tych czterech wymiarów mogę zrobić pewną korektę. Możemy się zastanawiać, jaka ona powinna być, żebyśmy lepiej realizowali swoje cele duchowe i religijne, ale też cele społeczne, żebyśmy troszczyli się o swoje zdrowie, o rozwój swoich talentów, o realizację swojego powołania, w tym również o środowisko, w którym wszyscy razem we wspólnocie Kościoła pielgrzymujemy przez świat.
 
Ruch ekologiczny w Kościele kojarzymy mocno z papieżem Franciszkiem, ale to przecież nie jest prawda. Kościół spotkał się z ekologią dużo wcześniej.
– Kiedy w 1984 r. wstąpiłem do franciszkańskiego seminarium duchownego w Krakowie, była tam już grupa, która zajmowała się ekologią. Był w niej między innymi błogosławiony już dzisiaj Zbigniew Strzałkowski. Grupę tworzyli młodzi franciszkanie, którzy zastanawiali się, co dla nich oznacza fakt, że w 1979 r. papież Jan Paweł II ogłosił naszego ojca duchowego i założyciela, św. Franciszka, patronem ekologów. Ważny był wtedy również kontekst. Początek lat 80., powstanie „Solidarności”, ale również ujawnienie skali kryzysu ekologicznego, które w Krakowie i okolicy wybrzmiało szczególnie mocno. To właśnie wtedy rodził się polski ruch ekologiczny, powstawały pierwsze społeczne inicjatywy, wtedy z franciszkańskiej inspiracji powstał też istniejący do dzisiaj Ruch Ekologiczny św. Franciszka z Asyżu. 
Wcześniej, w latach 60., oprócz wszystkich przemian kulturowo-obyczajowych ujawniono też skalę kryzysu ekologicznego w świecie. W USA ukazała się słynna książka Silent Spring, szybko przetłumaczona na język polski. Rachel Carson pisała w niej o „cichych łąkach”, na których nic już nie brzęczy i nic nie śpiewa, bo pestycydy, wymyślone zresztą na potrzeby wojska i później użyte w rolnictwie, zniszczyły całe życie biologiczne. Ujawniono wtedy również wpływ pestycydów na zdrowie ludzkie, zwłaszcza kobiet w ciąży i noworodków. To były dane, które wstrząsnęły opinią publiczną. W 1969 r. sekretarz generalny ONZ U’ Thant przedstawił raport, mówiąc po raz pierwszy o czymś takim, jak kryzys ekologiczny. W 1972 r. w Sztokholmie odbyła się konferencja ONZ na temat ochrony środowiska naturalnego człowieka, na którą ówczesny papież Paweł VI wysłał swojego delegata i napisał specjalny list, w którym sformułował katolicki punkt widzenia w tym temacie. Do tego listu dołączony był również watykański raport, który jest pierwszym tak dużym i w całości poświęconym ekologii dokumentem w Kościele. Potem był oczywiście Jan Paweł II – jego myśli ekologicznej poświęciłem całą monografię, to jest ponad sto tekstów. Wiele z nich w ogóle nie było tłumaczonych na język polski, sam je tłumaczyłem.
 
Ekologiczne nauczanie Jana Pawła II? Sto tekstów? Dlaczego to się do dziś nie przebiło do powszechnej świadomości w Kościele w Polsce?
– Oczekiwaliśmy wtedy od papieża innych treści, na inne tematy byliśmy wyczuleni. W latach 80. to były hasła sprawiedliwości społecznej, wolności, suwerenności. W latach 90. wsparcia dla polskich aspiracji, ale wtedy katecheza społeczna Jana Pawła II była już w Polsce odbierana różnie, często negatywnie. Polacy zachwycili się innymi projektami społecznymi, związanymi z liberalizmem i kapitalizmem, uwierzyli w niewidzialną rękę rynku i tym podobne. To była wówczas porażka chrześcijańskiej pedagogiki i chrześcijańskiej formacji społecznej w Polsce. Opamiętanie przyszło około roku 2000. Potem był 11 września, który spowodował zmianę atmosfery społecznej w świecie, była nasza aneksja do Unii Europejskiej, która również kazała nam myśleć w szerszej skali. Jan Paweł II już wówczas chorował, więc jego wypowiedzi z tego czasu jest mniej. Nam natomiast ciągle brakowało solidnej recepcji jego społecznego nauczania. Podjął się tego następca Jana Pawła II, Benedykt XVI, między innymi w swych mocnych orędziach na Światowy Dzień Pokoju. Ale tak, jak na Zachodzie szybko dostrzeżono to wyraźne przesłanie, tak w Polsce znowu nie chciano słuchać o ekologii po katolicku, a papieskie nauczanie traktowano bardzo wybiórczo. A przecież na Zachodzie Benedykta okrzyknięto „Green Pope”, zielonym papieżem! Kiedy więc papież Franciszek inaugurował swój pontyfikat i mówił o trosce o stworzenie, o ekologii duchowej, czyniąc z tych tematów jeden z głównych motywów tego pontyfikatu, to było podsumowanie tego, co w Kościele działo się już od 40 lat. Na jednym z seminariów, które robiliśmy jako franciszkanie razem z jezuitami, odkryliśmy, że jesteśmy w stanie udowodnić, że niemal 90 proc. myśli Franciszka z Laudato si’ pojawiało się w nauczaniu papieży już wcześniej.
 
Nie słyszymy tego, odrzucamy ekologiczne nauczanie Franciszka, bo nie usłyszeliśmy ekologicznego nauczania Jana Pawła II? Stąd ta nasza nieufność – bo niesłusznie wydaje nam się ono nowe? Wciąż w Kościele zdarza mi się słyszeć głosy: „Nie wierzę w ocieplenie klimatu”.
– Jana Pawła II nie usłyszeliśmy choćby wtedy, kiedy mówił, że „wiara i rozum są jak dwa skrzydła, na których duch ludzki unosi się ku kontemplacji prawdy”. W encyklice Fides et ratio pisał, że jeśli domagamy się szacunku dla spraw wiary (fides), to musimy również z szacunkiem przyjmować dane nauki (ratio). Kwestia zmian klimatycznych to nie jest kwestia wiary. To kwestia nauki, konkretnych naukowych raportów poważnych instytutów badawczych.
Ale ta nieufność, o której pani mówi, może się brać z jeszcze innej rzeczy. Po latach 80., bardzo dobrych dla współpracy kościelno-ekologicznej, gdzie wiele grup działających na tych polach rozwijało się w salach parafialnych, przyszły lata 90. Wtedy to napłynęły do nas bardzo różne idee, ekologie neopogańskie, lewackie, radykalnie polityczne, domagające się również zmian obyczajowych. To wszystko sprawiło, że to, co ekologiczne – „zielone” – zaczęto traktować zgodnie z metaforą arbuza: jeśli na zewnątrz jest „zielone”, to w środku na pewno „czerwone”. Od „czerwonego” natomiast mocno się odżegnywaliśmy, wszyscy mieliśmy żywo w pamięci PRL, kojarząc go ze wszystkim, co najgorsze. Ale połączenie zadziałało i dziś wielu, również duchownych, nie potrafi się od niego uwolnić. Tymczasem nie ma jednej ekologii czy jednego ruchu ekologicznego, są w tych ruchach kwestie, których jako katolicy nie akceptujemy, ale to nie zwalnia nas z odpowiedzialności za Boży świat i za stworzenie.
 
Próbuję zrozumieć jednak i tę drugą stronę. Jeśli ktoś słyszy, że ekologiczne jest posiadanie jak najmniej dzieci albo powtarza mu się, że ekolodzy walczą o drzewa, a popierają aborcję, trudno się dziwić, że jest nieufny…
– I słusznie: wiele takich postulatów to fanaberie zachodniego człowieka, który żyje w dostatku i poucza wszystkich, jak ten świat powinien wyglądać od lat eksploatując go niemiłosiernie. Jeśli zaś chodzi o dzieci nienarodzone, zauważyłem ciekawą rzecz. Kiedy mieszkałem we Włoszech, obserwowałem tamtejsze ruchy pro-life. Dla nich oznacza to po prostu „za życiem” – każdym. Polski „pro-life” wykluczył troskę o świat stworzony z kręgu swoich zainteresowań, redukując wszystko do dzieci, głównie nienarodzonych. W swoim czasie w Krakowie próbowaliśmy współpracować – bezskutecznie, aktywiści pro-life nie byli zainteresowani. Tymczasem w innych krajach grupy ludzi troszczących się o życie mówią również o środowisku rodzinnym, o środowisku społecznym, o zdrowym świecie, w którym te dzieci i ich rodziny mają żyć. To szczególnie mocne jest w Ameryce Południowej. U nas – zupełnie w narracji ruchów pro-life nieobecne. Wielki temat troski o życie został u nas zredukowany do jednego z zagadnień, bardzo ważnego, ale nie jedynego.
 
Z głosów płynących zwłaszcza z Ameryki Południowej wynika, że tamtejsi ludzie cierpią, bo chcemy więcej jeść, więcej mieć, więc ktoś to dla nas produkuje – kosztem ich domów, ich wody, ich życia. Jeśli tak na to spojrzeć, to ogromna szansa dla duszpasterstwa: pokazać, że możemy mieć mniej.
– Tymczasem w potocznym rozumieniu ekologia to wciąż segregacja śmieci czy wymiana żarówek na energooszczędne. Ostatnio doszło jeszcze nieużywanie foliówek i transport zbiorowy. To wszystko cenne, ale sedno tematu jest głębiej. Na fali zachwytu kapitalizmem zachwyciliśmy się również bogaceniem się – bez patrzenia na koszty owego bogacenia, jakie ponosimy my sami i jakie ponoszą inni. Nie pomagała w tym katecheza. Niemal nieobecna była i jest refleksja ludzi, którzy na co dzień widzą, jak ktoś za nasze bogactwo płaci – czyli naszych misjonarzy. Zbyt często misyjność traktujemy w kategoriach paternalistycznych, oto my, bogaci, coś tam damy tym biedakom – a kiedy papież mówi, że zagrożeniem dla świata jest konsumpcjonizm, uważamy, że nas to nie dotyczy. A jednak dotyczy. Fachowcy wyliczyli, że w tym roku już 30 lipca zużyliśmy zasoby ziemi odnawialne i nieodnawialne przeznaczone dla nas na cały rok. Konsumując dalej bez umiaru, komuś zabieramy. Bo świat jest jeden i tort do podziału dla wszystkich jego mieszkańców też jest jeden. Proszę zauważyć, z jakimi protestami społecznymi zderzył się swego czasu kard. Glemp, kiedy próbował walczyć o świętowanie niedzieli i przyhamowanie naszej niedzielnej konsumpcji. Teraz się to trochę udało, ale nadal nie jesteśmy jako społeczeństwo tym zachwyceni. Priorytety nadal mamy w konsumpcji.
 
Można się z nich wyleczyć? Jak pracować nad ich zmianą, pewnie najpierw w sobie?
– Przypomnieć sobie to, co w myśleniu chrześcijańskim było zawsze oczywiste, a my gdzieś to zgubiliśmy: że marnotrawstwo, czy to żywności, czy energii, czy zasobów to jest grzech. Po prostu. Że wstrzemięźliwość, asceza to jest coś wartościowego, na czym korzysta nie tylko świat, ale i ja sam. Że post to jest samoograniczenie, dobrowolna skromność: bo nie chodzi w nim przecież o to, żeby odmawiać sobie kiepskiego mięsa, a jeść świetne sery czy drogie ryby, ale o to, żeby wybrać prostotę. Że mniej naprawdę może oznaczać więcej, że modny dziś minimalizm może być wartością duchową. To wszystko zresztą od wieków było obecne w zakonach czy w ascecie chrześcijańskiej, dziś po prostu dochodzi do tego nowy argument, argument ekologii globalnej.
 
Święty Franciszek pozostaje tu patronem wciąż aktualnym?
– Franciszek chciał być bratem wszystkich ludzi i stworzeń, bo wiedział, że mamy jednego wspólnego Ojca. Jego propozycja powszechnego braterstwa zachęca nas, aby przemyśleć i nasze kręgi braterstwa, w jakich funkcjonujemy. One mogą się poszerzać i obejmować oprócz rodziny, sąsiadów czy znajomych również tych, którzy są daleko. Także tych, którzy poprzez katastrofy ekologiczne, klimatyczne, społeczne czy polityczne stracili swój własny dom. Jeśli mamy budować jeden świat – jeden i jedyny dom, innego przecież nie mamy – to musimy w nim odkryć, budować i realizować braterstwo uniwersalne. Kwestia klimatyczna pokazuje nam, że obojętnie, czy ktoś jest biedny, czy bogaty, czy wierzący, czy niewierzący, skutki katastrofy odczuje tam samo. Budowanie braterstwa i branie na siebie odpowiedzialności za cały świat jest więc zwyczajnie rozsądne. I tego właśnie uczy nas św. Franciszek.
 
 
Stanisław Jaromi OFMConv, filozof i ekolog, od ponad 30 lat zaangażowany w chrześcijańską aktywność ekologiczną, wieloletni delegat franciszkanów ds. sprawiedliwości, pokoju i ochrony stworzenia, przewodniczący Ruchu Ekologicznego św. Franciszka z Asyżu - REFA i szef portalu www.swietostworzenia.pl. Laureat kilka nagród w tym Medalu Polskiej Niezapominajki przyznawanej przez przyrodników i kościelnej nagrody im. bp. R. Andrzejewskiego. Człowiek Polskiej Ekologii Roku 2016. Inicjator kampanii „Czyńcie sobie Ziemię kochaną”, projektu Ogrodów Brata Franciszka oraz Szkoły liderów ekologii integralnej. Ostatnio wydał zbiór tekstów o Patronie Ekologów (Wyd. Bratni Zew, Kraków 2019) i Boską ziemię (Wyd. Znak, Kraków 2019).
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki