Logo Przewdonik Katolicki

Medytacja to lekarstwo

Grzegorz Zbiorczyk, ks. Mirosław Tykfer

Społeczeństwa europejskie zmęczyły się komercyjną konsumpcją. Dobrobyt miał być szczęściem, okazał się pustką. Ten kryzys może okazać się jednak szansą.

Pierwsze skojarzenie z medytacją? Skrzyżowane nogi i ręce, specyficzny pomruk, ciało ułożone w kwiat lotosu. Chyba każdy, wychowany w kulturze europejskiej, ma podobne skojarzenia. I nie są to zazwyczaj skojarzenia pozytywne: kulturowa obcość czy wręcz zdrada modlitwy chrześcijańskiej. Nie byliśmy wyjątkiem również my, autorzy tego tekstu, i dziś, z perspektywy czasu, możemy się przyznać: mieliśmy kiedyś podobne uprzedzenia. Przez długi czas przeszkadzały nam one w podjęciu choćby próby zrozumienia modlitwy medytacyjnej. A może powinniśmy raczej napisać: próby odkrycia doświadczenia, które ona ze sobą niesie. Bo właśnie owo doświadczenie, które wypełnia wewnętrzną pustkę zabieganych ludzi, wydaje się dzisiaj tak bardzo potrzebne.
 
Usiądźmy i pomedytujmy
No dobrze, takie są skojarzenia, a jak wygląda rzeczywistość? Niektórzy w sali siedzą na krześle, inni korzystają z małych stołeczków – takich jak w Taizé, jeszcze inni mają specjalne poduchy. Prosty kręgosłup i brak ruchu – na ile się uda. Takie są początki. Najpierw ważna jest forma. Zaraz za tym przychodzi jednak treść. Wezwanie modlitewne, czyli zdanie lub słowo powtarzane wraz z oddechem. Może nim być na przykład modlitwa Jezusowa: powtarzane „Jezu Chryste, zmiłuj się nade mną grzesznikiem”. Można również ograniczyć się do powtarzania samego imienia Jezus. Choć i to jeszcze nie jest sedno medytacyjnej modlitwy. To na razie tylko słowa. Można je wypowiadać na głębszym poziomie ich rozumienia, powtarzać je z większą świadomością tego, co rzeczywiście dla nas znaczą. Nadal będzie to jednak poruszanie się w przestrzeni własnego umysłu, żonglowanie treściami intelektualnymi. A to nie jest jeszcze duchowe doświadczenie.
W książce Medytacja. Droga Miłującej Obecności Dariusz Hybel z o. Maksymilianem Nawarą proponują powrót do źródeł modlitwy medytacyjnej. Dariusz Hybel do modlitwy zachęca krótko: „usiądźmy i pomedytujmy”. Jej treścią nie jest bowiem tylko to, co się pomyśli. Nie chodzi o to, co można nowego przeczytać i intelektualnie przeanalizować, nawet jeśli są to bardzo głębokie treści – przekonuje Dariusz, który sam od dwudziestu lat praktykuje tzw. medytację monologiczną. Jej sercem jest „praktyka miłosnego przylgnięcia”. Bo tym różni się „droga miłującej obecności” od innych praktykowanych w chrześcijaństwie medytacji, że nie jest ona zastanawianiem się nad czymś, ale byciem z Kimś. To zupełnie co innego niż tzw. medytacja dyskursywna, która bazuje na fragmencie tekstu, zazwyczaj biblijnego, i każe poruszać się w świecie wyobraźni, która ten tekst pomaga lepiej zrozumieć. Taki jest fundament chociażby ćwiczeń duchownych św. Ignacego Loyoli, choć i one mają w końcu do spotkania z Bogiem prowadzić. Medytacja monologiczna natomiast stawia sobie od początku inny cel. „Przestań analizować i rozmawiać w swojej głowie, a zacznij naprawdę być – być przed Bogiem i przed samym sobą” – zachęca Dariusz Hybel.
 
Myśleć to za mało
Koncentracja na byciu z Bogiem jest o tyle ważna, że właśnie w czasach, w jakich żyjemy, coraz silniejsza staje się pokusa przesadnej aktywności: zróbmy coś konkretnego, po co nam bezproduktywne czuwanie. Wolimy rzeczywistość nieustannie kontrolować. Chcemy być „rozsądni”, czyli wszystko świadomie poukładać i oczekiwać założonych rezultatów. I choć często nie jesteśmy tego świadomi, dotyczy to również życia duchowego. Tylko że w ten sposób tracimy coś bardzo istotnego: doświadczenie spotkania.

Pełna treść artykułu w Przewodniku Katolickim 28/2019, na stronie dostępna od 06.08.2019

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki