Logo Przewdonik Katolicki

Górski Karabach: nadzieja na pokój

Jacek Borkowicz
fot. Sergei Grits/AP East News

Świat nigdy jeszcze nie żywił tak dużych nadziei na pokój między Armenią a Azerbejdżanem. 29 marca w Wiedniu prezydenci obu krajów, Nikol Paszynian i Ilham Alijew, zapowiedzieli zwrot w kierunku wypracowania realnego porozumienia, które zakończyć ma trwający już od ponad 30 lat zbrojny konflikt o Górski Karabach.

Odmrożenie konfliktu
Konflikt wybuchł w 1988 r., w chwili gdy zaczynał rozpadać się ZSSR. Można nawet powiedzieć że był sprężyną, która ten rozpad uruchomiła. Azerbejdżan i Armenia były wtedy oficjalnie „bratnimi” republikami sowieckimi, rozgraniczonymi w sposób skomplikowany, na zasadzie narodowościowej większości. Terytorium Nachiczewanu od macierzystego Azerbejdżanu odgradzał – i nadal odgradza – pas ziem należących do Armenii. Z kolei zamieszkały w znaczącej większości przez ludność ormiańską Górski Karabach odgradzał od Armenii podobny pas ziemi azerbejdżańskiej. Zarówno Nachiczewan, jak i Górski Karabach były częściami Azerbejdżanu, jednak ten drugi stanowił autonomiczny, w praktyce ormiański okręg narodowościowy.
Rozpad ZSSR oznaczał ożywienie zamrożonych tam od lat konfliktów narodowościowych. Ormiańsko-azerski wybuchł jako pierwszy, od razu przybierając gwałtowne formy. W Górskim Karabachu miejscowi Ormianie, którzy przejęli tam realną władzę, wypędzili swoich azerskich sąsiadów. Azerowie w odpowiedzi urządzili w Baku pogrom tamtejszych Ormian. Zaostrzająca się sytuacja nie mogła nie mieć wpływu na stosunek Erewanu do władz Azerbejdżanu. Obie republiki wybijały się na niepodległość obciążone poważnym wzajemnym konfliktem.
Gdy w 1992 r. azerski parlament skasował autonomię Górskiego Karabachu, jego mieszkańcy zareagowali zbrojną interwencją. To określenie jest trafniejsze niż słowo „powstanie”, gdyż zbuntowani Ormianie z Karabachu dysponowali o wiele lepszym uzbrojeniem niż azerska armia. Prym wiedli tam byli oficerowie armii sowieckiej, którzy – korzystając ze starych znajomości – ściągnęli na swój teren sprzęt z posowieckiego demobilu. Azerowie takich możliwości nie mieli, więc batalię przegrali. Karabascy Ormianie wyeliminowali azerskie władze nie tylko z Karabachu, ale też z pasa otaczających go dookoła ziem, zyskując w ten sposób łączność terytorialną z Armenią. Z wszystkich miejscowości zdobytych przez karabaskie wojsko wypędzono ludność azerską.
 
Moskiewski języczek u wagi

To zwycięstwo oznaczało jednak początek długotrwałego kryzysu. Armenia, mimo że sprzyja rodakom z Karabachu, nigdy nie zdecydowała się na radykalny krok, jakim byłaby jego aneksja. W ten sposób, obok ormiańskiej Armenii, od 30 już lat funkcjonuje podobnie ormiański Górski Karabach – niepodległy, choć o nieuregulowanym statusie. Z kolei Azerbejdżan, mimo że w ciągu tego trzydziestolecia znacząco poprawił stan swojego uzbrojenia, a nawet odnotował kilka lokalnych sukcesów, odbijając niewielkie skrawki okupowanych terytoriów, nigdy nie podjął ofensywy zmierzającej wprost do odzyskania całego Karabachu. Paradoksalnie każda kolejna ekipa w Erewanie i w Baku zdaje sobie sprawę, że radykalny i zwycięski ruch w kierunku nielubianego sąsiada przysporzyłby jej olbrzymiej popularności wśród rodaków. Jednak zarówno Erewan, jak i Baku mają ręce związane sytuacją międzynarodową.
W pierwszej kolejności oznacza to stosunki z Moskwą. Ta, pozornie angażując się w działania pokojowe, faktycznie przez cały czas pomagała utrwalać nierozwiązany status Karabachu, gdyż konflikt pomiędzy Armenią i Azerbejdżanem był jej na rękę. Chodzi o to, by w dłuższej perspektywie trwale związać oba państwa z moskiewską centralą, która w tym modelu pełniłaby rolę jedynego gwaranta pokoju. Przez długie lata to Armenia uchodziła za protegowaną Rosji, Azerbejdżan zaś – kulturowo związany ze światem tureckim – za jej mniej kochanego pasierba. Ostatnio jednak sytuacja zaczęła się zmieniać; Azerbejdżan, z jego obfitymi złożami ropy i gazu, zaczął być przez Rosjan traktowany jako poważny partner. Kluczowy wpływ na tę zmianę stosunku ma ocieplenie relacji Moskwy z Ankarą, a konkretnie z prezydentem Erdoganem, w krajach tureckojęzycznych uznawanym za nieoficjalnego patrona całej wspólnoty.
Nitka budowanego właśnie gazociągu, łączącego Azerbejdżan i Turcję, przechodzi przez terytorium Gruzji, omijając Armenię od północy. Armenia, w której dla odmiany sprawy gospodarcze rozwijają się niepomyślnie, stanęła więc przed groźbą podwójnej marginalizacji – politycznej i ekonomicznej. A przecież i ona mogłaby czerpać zyski w stabilnym regionie. Wystarczy tylko podpisać pokój…
 
Zmęczeni wojną trzydziestoletnią
Nowy impuls na rzecz porozumienia przyniosła „aksamitna rewolucja”, która rok temu dokonała się w Erewanie. W jej wyniku na prezydenta wybrany został Nikol Paszynian, zwolennik kompromisowego rozwiązania problemu Karabachu. Z nastaniem jego rządów pojawiła się perspektywa, której dotąd nikt sobie w Armenii nie wyobrażał – historyczna zgoda z Baku, za cenę uznania jego zwierzchności nad Górskim Karabachem. Ze strony Azerbejdżanu ten ostatni punkt jest jedynym twardym warunkiem wstępnym rozmów pokojowych.
Erewan oczywiście będzie równie twardo obstawał za daleko idącą autonomią karabaskich Ormian. Ale i tak wielu rodakom Paszyniana trudno się będzie pogodzić z faktem, że ormiański prezydent „oddaje odwiecznym wrogom” dużą połać historycznie ormiańskiej ziemi. Podobnie trudno przyjdzie wielu Azerom, dobrze pamiętającym upokorzenie militarną klęską 1992 r., uznać lokalną władzę Ormian w Stepanakercie, stolicy Górskiego Karabachu. Jedyną nadzieją na porozumienie jest fakt, że coraz więcej Ormian i Azerów jest tą trzydziestoletnią wojną zwyczajnie zmęczonych.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki