Logo Przewdonik Katolicki

W poszukiwaniu nowych relacji

ks. Mirosław Tykfer
FOT. AGNIESZKA ROBAKOWSKA

Czy kolęda ma sens? Czy nie udajemy, że jest dobrze: przecież ani księża, ani większość parafian jej po prostu nie lubi. A może jest zupełnie inaczej: chcemy tych spotkań – ale nie w takiej formie?

Nie wierzę, że ludzie świeccy nie chcą się spotkać z księżmi. Nawet ci, którzy do kościoła nie chodzą. Bywa, że relacje z miejscowym proboszczem są na tyle napięte, że każda wizyta księdza w domu kojarzy się źle. Tak chyba jednak nie jest zbyt często. Co więc zrobić, gdy i ksiądz, i parafianie mają dobrą wolę, ale kolędy w takiej formie jak obecna zwyczajnie nie lubią? I co zrobić, aby rzeczywiście odpowiedzieć na chęć spotkania z księdzem tych, którzy żyją na obrzeżach Kościoła?
 
Podglądanie Zachodu
Wiele osób kolędę naprawdę sobie ceni. Wciąż spotykam osoby, które pozbawione w danym roku tej wizyty proszą proboszcza, aby przyszedł pobłogosławić ich dom. Badania socjologiczne pokazują jednak, że to jest znaczna mniejszość, nawet wśród chodzących do kościoła. Większość deklaruje jakąś emocjonalną trudność w spotkaniu z księdzem. Czy da się to zmienić? Pewne praktyczne podpowiedzi podsunęła już w swoim artykule Monika Białkowska. Ja chciałbym podzielić się kilkoma doświadczeniami z krajów zachodnich, gdzie laicyzacja znacznie już postąpiła. Bo wbrew pozorom jest co podglądać.
 
Żeby pogadać
Tradycyjna kolęda we Włoszech nigdy dla mnie inspiracją nie była. Ksiądz idzie szybko od domu do domu, ponieważ ogranicza się do błogosławieństwa. Ludzie dają pieniądze, ale zazwyczaj niewiele. Szybka kolęda, czyli wiele rodzin jednego dnia, powoduje jednak, że na potrzeby Kościoła można zebrać pokaźną sumę. To jest jakieś rozwiązanie. Ludzie nie obawiają się niezręcznych rozmów, a zarazem każdego roku mają okazję do poświęcenia swoich mieszkań. Tylko że w kontekście duszpasterskim takie spotkania wnoszą naprawdę niewiele. Po takiej kolędzie – przynajmniej ja miałem takie odczucie – pozostaje posmak ograniczonej wizji Kościoła: bez głębszych relacji. Zazwyczaj byłem bardziej zmęczony, chodząc na kolędę we Włoszech niż w Polsce.
Włoski model bazuje jednak na innym założeniu i ono jest ciekawe: relacje z ludźmi ksiądz buduje przez cały rok. Między innymi dlatego, że rada parafialna przejmuje znaczą część obowiązków proboszcza. Ale nie jest to model niemiecki, w których rady parafialne często przejęły decyzyjność proboszcza, i to nie tylko w sprawach materialnych. We Włoszech model rady w relacji do proboszcza jest zrównoważony. Ale to oznacza też, że ksiądz naprawdę może być dla ludzi. I często jest. Byłem zachwycony, widząc, jak w jednej z parafii niedaleko Wenecji młody proboszcz przygotowuje dzieci do spowiedzi: jak dobrze się do tych spotykań przygotował, jak starał się rozmawiać indywidualnie z niektórymi, szczególnie tego potrzebującymi dziećmi. Urzekło mnie kiedyś bardzo, gdy zobaczyłem jego listę odwiedzin konkretnych domów w parafii, o których wiedział, że są w nich jakieś problemy. Jeździł do ludzi „pogadać”. Tak stopniowo budował na nowo wspólnotę wiary tam, gdzie wydawało się, że już Kościół umiera.
 
Ciao, Padre!
Efekt? W bardzo już zlaicyzowanych Włoszech miałem nieraz okazję jechać w autobusie w koloratce. Młodzież wpadająca na mnie przy wsiadaniu nagle zatrzymywała się z szacunkiem, ale też z uśmiechem: Ciao, Padre! Bardzo to zawołanie polubiłem. I naprawdę trudno było wyczuć jakiś młodzieżowy antyklerykalizm, z którym mamy paradoksalnie częściej do czynienia aktualnie w Polsce. Ciao, Padre! nie jest może naszym „Niech będzie pochwalony…”. Może jest mniej formalne, a nawet lekko poufałe. Ale czy nie jest jakoś piękne? Czy nie oddaje bardziej istoty relacji, której w Kościele szukamy? Czy nie jest przygotowaniem na odrodzone chrześcijaństwo w Europie, które będzie bardziej pokorne i bliższe ludzkich codziennych spraw? A dodam tylko, że pierwszy raz w Rzymie miałem okazję spotkać kard. Josepha Ratzingera idącego pod kolumnadą Berniniego, który zauważył z daleko, że się mu przyglądam. Podszedł i z uśmiechem zawołał: „Tak to ja, Ratzinger! Ciao, Padre!
 
Bez skojarzeń z piramidą
Ciekawą rzecz odkryłem w Portugalii. Nie wiem, jak tam wygląda kolęda, ale widziałem, jak wygląda model życia księdza wśród ludzi. Zresztą podobne przykłady widziałem też we Włoszech. Otóż duszpasterzem nie jest po prostu proboszcz, ale wspólnota prezbiterów. Biskup powierza opiece takiej wspólnoty kilka parafii i to oni organizują jej życie. Zadania ustawiane są według możliwości i zainteresowań. Ale to, co jest najważniejsze w takim życiu wspólnym – i księży, i ludzi z księżmi – to rozumienie Kościoła w kontekście relacji. Nie ma już on posmaku piramidalnej struktury feudalnej, ale bliższy jest temu, co Ewangelia nazywa pierwszym znakiem rozpoznawczym chrześcijan: „miłości wzajemnej”. Tomáš Halik powiedziałby: „Bóg nie jest już tylko przedmiotem miłości, ale wydarzeniem miłości, która łączy ludzi”. Tak, w duszpasterstwie, które nazwałbym „wspólnotowym” Bóg wydaje się przychodzić głównie przez relacje, a przez to staje się On jakoś bardziej dotykalny. W ten mniej więcej sposób opisują swoje doświadczenie księża portugalscy. Bo przychodzący Bóg w relacjach jest bardziej przekonywający dla ludzi żyjących w „świecie jakby Boga nie było” od katechetycznych argumentacji, które wciąż niektórzy uważają za najważniejsze lekarstwo na laicyzację. To zresztą jest chyba zasadnicze przesunięcie akcentów między Benedyktem XVI a Franciszkiem, które polega właśnie na przejściu od modelu intelektualnego do relacyjnego. Choć oba się jakoś dopełniają.
 
Ubóstwo, ubóstwo
Jeszcze inny model zaobserwowałem w Wiedniu, wśród sióstr dominikanek. Nie będzie więc to przykład parafialny. Nie będzie dotyczył księży. Pokazuje jednak możliwość nowego modelu relacji z ludźmi w Kościele. Nowego, a jakże klasycznego. Otóż mieszkając z siostrami, zauważyłem, że każdego dnia przygotowują one dla mnie inny posiłek niż dla siebie. Dlaczego? Okazało się, że ich sposób odżywiania jest bardzo prosty, wręcz ubogi. Nie chciały być niemiłe dla gościa. Mieszkałem tam przez miesiąc i przecierałem oczy: ubóstwo, ubóstwo, ubóstwo. Wszędzie: w żywieniu, w sposobie zamieszkania i… i jakoś też we wzajemnych relacjach. Wszystko zakryte klauzurą. Na zewnątrz ogromny ośrodek edukacyjny. Nowoczesny, świetnie wyposażony. W niczym nieprzypominający tego, co zobaczyłem w środku. I co najważniejsze: kiedy wieczorem wracałem do sióstr do klauzuli, kilka z nich zwykle było ze mną przy posiłku. Nigdy nie pomyślałbym, że będzie przy takiej okazji tyle śmiechu. Chyba nigdy się w życiu tyle się nie naśmiałem. Dzisiaj wiem, że to nie przypadek, ale… owoc ubóstwa. Siostry stopniowo pozbywały się bagażu tego, co je na co dzień mogło niepotrzebnie pochłaniać: dbałości o przesadną jakość codziennego życia. Trzeba było się nieźle napracować we wspólnocie, żeby stworzyć atmosferę oddawania innym tego, co wydaje się, że się komuś należy: od rzeczy materialnych po nobilitujące zadania. Pamiętam siostrę profesor, która nie dała mi przez kilka tygodni odczuć, że wykłada na uniwersytecie: po prostu taka sama, prosta, uboga, myjąca talerze i… uśmiechnięta. Ludzie do sióstr lgnęli, przeczuwając pewnie, że zasłoną klauzuli kryje się jakiś szczególny świat dobrze ustawionych priorytetów. I to one, przywrócone przez materialne i duchowe ubóstwo, budowały wiarygodność wspólnoty, która chciała być blisko ludzi. I jest. Bez potrzeby wyspecjalizowanych i przegadanych programów duszpasterskich.
 
Najwyższy czas
Chciałbym pomnożyć te przykłady, dające moim zdaniem nadzieję na nowe relacje w Kościele. A że one są nam niezbędne, widać gołym okiem tam, gdzie powstają niepotrzebne napięcia między świeckimi i duchownymi. Tylko dlatego, że zamiast szukania przestrzeni i sposobów do bliskich spotkań i budowania głębszych relacji, wciąż upieramy się, że Kościół zbawić może ustawione prawo państwowe i przychylność władzy. Że zbawcza dla chrześcijaństwa będzie właściwie uregulowana przestrzeń polityczna. A w samym duszpasterstwie, że zbawi nas wzmożone nauczanie i napominanie o współczesnych zagrożeniach. Wątpię szczerze, że państwo z jednej strony i model intelektualny duszpasterstwa z drugiej będą w stanie rzeczywiście ocalić naszą wiarę. Wierzę raczej w to, co powiedziała Chiara Lubich, odpowiadając na pytanie o to, jaka powinna być postawa księży wobec ludzi w społeczeństwie zlaicyzowanym: „Zapomnijcie, że jesteście księżmi. Waszym ideałem nie może być kapłaństwo, ale Bóg. Bóg, który jest miłością. Pamiętajcie o swoim powołaniu, kiedy służycie w Kościele, ale przede wszystkim kochajcie ludzi, kochajcie, a zobaczycie, że wszystko zacznie się układać lepiej”. Czy istnieje lepszy, bardziej chrześcijański model relacji duchownych ze świeckimi? Czy nie nadszedł czas, żeby bardziej intensywnie szukać innych form spotkań, które zastąpiłyby tradycyjną kolędę?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Piotr
    08.01.2019 r., godz. 12:32

    Widzę, księżę, że wszędzie ci się podoba, tylko nie w Polsce. Zgodnie z zasadą "tam dobrze gdzie nas nie ma". Więc czegu tu szukasz? Idź sobie wydawać swoją lewicową broszurę gdzieś na zachodzie Europy. A "Przewodnik katolicki" niech prowadzą katolicy.

  • awatar
    alex
    05.01.2019 r., godz. 16:37

    W dawnej, dużej mojej (poznańskiej) parafii kolęda w naturalny sposób odbywała się co drugi rok. Bo co rok niewykonalne czasowo. W nowej parafii co jest od lat co roku, zaczyna się już 10 grudnia (!) a wizyta księdza to "popędzane 5 minut. Trochę bez sensu - bez skupienia, chyba męcząca i niecelowa dla obu stron.

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki