Logo Przewdonik Katolicki

Jak przeżyć stratę?

Ks. Krzysztof Grzywocz
Fot. Simone Golob /Getty Images

Doświadczenie strat wpisane jest w nasze życie. Korzystne wydaje się przyjęcie ich jako czegoś pozytywnego – chociaż niełatwego. Od czego zależy, w jaki sposób strata przyczyni się do naszego rozwoju?

Dwa miesiące po śmierci Piotra Czajkowskiego zmarła Nadieżda von Meck. Gdy zapytano Annę Dawydową von Meck, jak jej teściowa przeżyła jego śmierć, ta odpowiedziała: „Nie przeżyła jej”.
Życie dane jest nam po to, aby je przeżyć. Doświadczenie straty może to przeżycie zakłócić, przerwać albo umocnić. Zawsze jest zwiastunem śmierci. Jednym jawi się ona jako przerażające monstrum, które bezlitośnie i bezpowrotnie odbiera wszystko. Innym – jako siostra albo dobry anioł, który zwiastuje to, co nowe, i to, co nieutracalne.
 
Wyrzeźbić swoją tożsamość
Doświadczenie strat wpisane jest w nasze życie. Umiejętność ich przeżywania przynależy do zakresu dojrzałości człowieka. Korzystne wydaje się przyjęcie doświadczenia straty jako czegoś pozytywnego, sensownego – chociaż zapewne niełatwego. Tylko to, co przyjęte jest z ufnością, pokazuje swoje bogactwo. Celem życia nie jest unikanie strat, lecz rozwój, który w kulturze greckiej porównywany był do kształtowania postaci – figury – z cennej bryły marmuru. Aby z tej bryły wydobyć kształt – postać – musi odpaść wiele kawałków kamienia. Jeżeli ktoś nie chciałby niczego stracić, straci postać – nie wyrzeźbi swojej tożsamości. Kto w życiu niczego by nie stracił, ten nie miałby twarzy. Na naszych „twarzach” (miejscach odsłonięcia naszej tożsamości, wewnętrznej postaci) wypisana jest także historia naszych strat.
Istnieją straty, które są konieczne na drodze ludzkiego rozwoju. Ich brak zakłóca albo przerywa proces dojrzewania. Do tej grupy należą: opuszczenie łona matki, zakończenie okresu dzieciństwa, odejście dzieci z domu, przejście na emeryturę, śmierć itp. Istnieją i takie straty, których zasadniczo można by uniknąć: przedwczesna śmierć matki, alkoholizm ojca, ciężka choroba, poważny wypadek samochodowy, bankructwo firmy budowlanej, rozwód, śmierć dziecka, powódź itp. Są ludzie, którzy nigdy nie byli z nimi konfrontowani. Część tych strat może być zawiniona, część nie. Istnieją straty, które w pierwszej chwili wydają się sprzeczne z zaplanowaną figurą i nie ma wątpliwości, że okaleczą wyłaniającą się postać (np. ciężki wypadek samochodowy, który przerywa studia). Z drugiej strony oszpecić mogą straty, których nie można wykluczyć z „rzeźbiarskiego” procesu (np. przejście na emeryturę może u kogoś wywołać depresję). Od czego więc tak naprawdę zależy, w jaki sposób strata przyczyni się do naszego rozwoju? Zapewne jest wiele czynników. Jednym z nich jest umiejętność przeżycia straty. Szwajcarska psycholog Verena Kast zauważa, że nawet przedwczesna śmierć kogoś bliskiego (jeżeli się ją dobrze przeżyje) może uszlachetnić człowieka – wzmocnić i upiększyć jego „wewnętrzną figurę”.
To, co się dzieje w człowieku przed stratą (jeżeli stratę można przewidzieć) i po stracie, nie jest krótką chwilą, lecz procesem, który ma swoje etapy. Każdy z nich wymaga czasu – jego długość jest czymś indywidualnym, zależnym od człowieka i jego konkretnej sytuacji. Skracanie tego czasu grozi uwięzieniem na jednym z etapów, co negatywnie może rzutować na dalszy rozwój człowieka. Ten, szeroko tu rozumiany czas żałoby, pojawia się przed i po stracie, jest jak czyjeś opiekuńcze dłonie, które otulają człowieka i pomagają mu przeżyć.
Ci, którzy zajmowali się doświadczeniem straty i badali zjawisko żałoby, rozróżniają wiele jej etapów. Wspólnym mianownikiem wielu badań są cztery następujące fazy: negacji, uczuć, szukania i oddzielenia oraz integracji.
 
Zaprzeczenie
Charakter etapu negacji zależny jest od wielkości straty i wielu innych okoliczności. Wyrażać się może poprzez eksponowane zaprzeczenie: „Ta strata nie ma dla mnie znaczenia, nie ma o czym mówić itp.” (chociaż w rzeczywistości tak nie jest). Ta negacja może wychodzić poza granicę realności – np. ktoś nieuleczalnie chory zaprzecza chorobie. Chory, któremu pozostało kilka godzin życia, zapytany, czy myśli o śmierci, odpowiada: „Nie”. Jeżeli związek z osobą, która odchodzi, albo rzeczą, którą się traci, był bardzo silny, ta faza może być swoistym „współumarciem” (osoba sprawia wrażenie, jakby się nic nie stało). W czasie jednego z trzęsień ziemi ratownicy wydobyli spod gruzu żyjącą kobietę, która straciła całą najbliższą rodzinę. Uratowana siedzi w milczeniu i „spokojnie” patrzy przed siebie. Ratownicy (błędnie interpretując) komentują: „Ta to ma nerwy”. Kobieta, która przeżyła ze swoim mężem blisko pięćdziesiąt lat, po jego śmierci zwierzyła się najbliższym: „Czuję się, jakby mnie ktoś przeciął”. To „współumarcie” w najtragiczniejszej postaci może się zakończyć samobójczą śmiercią.
Na tym etapie ważna jest obecność innych osób. Nie jest to najlepszy czas, aby próbować zrozumieć to, co się stało, wydobyć sens, zbyt szybko pocieszać i zapewniać, że wszystko się jakoś ułoży. Przy tej osobie należy BYĆ. Należy przywrócić ją życiu. Dokonuje się to poprzez „proste” czynności: spacer, podaną dłoń, przytulenie, gorącą herbatę, wymianę ciszy i spojrzeń, rozmowę o rzeczywistości utraconej itp. W kulturze żydowskiej okres żałoby otwiera „tydzień smutku” (sziwa), wtedy przebywa się w domu zmarłego, wspólnie się modli, rozmawia się o umarłym, odciąża się najbardziej cierpiących od ich obowiązków, daje się im odczuć ciepło i troskę.
Złe przeżycie tej fazy może doprowadzić do „uwięzienia” rozwoju na tym etapie: ktoś może pozostać osobą skłonną do izolowania się albo przyjąć postawę otoczonego murem „twardziela”, którego już nic nie wzruszy – nie pamięta, kiedy ostatni raz płakał. W najgorszym wypadku może to doprowadzić do myśli samobójczych albo wręcz do samobójstwa (może się to także dokonać po kolejnej stracie w życiu).
 
Dopuścić uczucia
Na tym etapie przeżywania straty dochodzi do odsłonięcia uczuć. Doświadczeniu straty towarzyszą specyficzne emocje: żal, lęk, agresja, poczucie winy itp. Należą one do tej grupy uczuć, które przeżywa się trudniej, których się wręcz nie akceptuje. Z tego pewnie powodu nazywa się je terminem „uczucia negatywne”. Tymczasem pełnią one bardzo pozytywną rolę.
Żal przypomina o wartości tego, co tracimy. Im większa wartość, tym większy żal. Strata jest ostatecznym – może najbardziej wiarygodnym – osądem rzeczywistości. Pewien mężczyzna zwierzał się: „Zobaczyłem w pełni wartość dzieciństwa, gdy ono odeszło”. Często wartość danej osoby widzimy w pełni dopiero wtedy, gdy już jej nie ma. Poprzez żal rzeczywistość utracona czyni nas spadkobiercami swojej wartości.
Uczucie lęku ostrzega o niebezpieczeństwie, jakie wiąże się z nową sytuacją po stracie. W świecie ludzi dorosłych, do którego, po stracie okresu dzieciństwa i wczesnej młodości, wchodzi mężczyzna, nie ma automatycznie zagwarantowanego bezpieczeństwa. Wraz z lękiem pojawia się zawsze agresja – jest ona energią, mocą potrzebną, aby przedrzeć się przez wszystkie trudności, związane z budowaniem nowej rzeczywistości. Młoda kobieta, której zmarł mąż, będzie potrzebowała dużo energii, aby zintegrować swoje życie.
Poczucie winy pełni – podobnie jak poprzednie uczucia – wiele funkcji. Pojawia się wraz z doświadczeniem straty, aby sprawdzić stopień pojednania z rzeczywistością, która odchodzi. Chwila straty każe uporządkować swoją relację do tego, co odchodzi – także uznać i oczyścić popełnione zło. Rzeczywistość, z którą nie jesteśmy pojednani, nigdy nie odchodzi. Nieuporządkowane dzieciństwo pozostaje ukryte w formie infantylizmu. Nieuporządkowana relacja do zmarłego dziecka może ujawnić się w rozpieszczaniu następnego. Nieuporządkowany stan „wolny” może sprawić, że młody małżonek nieświadomie będzie się uwalniał od swojej żony, aby wrócić do stanu „wolnego” i pojednać się z tym, co niepojednane. Z tego także względu zachęca się ludzi konfrontowanych ze stratą do starannego odbycia sakramentu pokuty i pojednania.
Aby dobrze przeżyć ten etap, należy dopuścić do siebie uczucia. Pozwolić im spokojnie przepływać i nie tamować ich oceną czy skracaniem czasu ich przeżywania. Uwięzienie w tej fazie przeżywania straty objawić się może poprzez powroty zlekceważonych uczuć. Kobiecie tłucze się filiżanka, a jej płacz jest wysoce nieproporcjonalny do sytuacji. Nauczycielowi dzieci utrudniały przeprowadzenie lekcji, a jego smutek graniczy z rozpaczą. Człowiek świadomie albo nieświadomie może stać się niewolnikiem tych uczuć. Wszystko wydaje mu się smutne, niebezpieczne, a czegokolwiek by nie zrobił, to i tak czuje się winny. Pójdzie do teatru – czuje się winny, że wydał pieniądze. Nie pójdzie – czuje się winny, że nie dba o kulturę i osobisty rozwój.
 
Domknięcie relacji
Kolejny etap przeżywania straty (faza szukania i oddzielenia) objawia się poprzez swoiste poszukiwanie rzeczy albo osoby utraconej. Wyobraźnia, marzenia, sny stają się miejscem szukania i spotkań. To czas odwiedzania miejsc związanych z rzeczywistością utraconą, osób, które ją pamiętają. Szuka się jej podobieństwa w innych osobach czy rzeczach. Plany związane z przyszłością naznaczone są często dynamiką tego poszukiwania.
Ta faza ma swój głęboki sens. To szukanie i specyficznie pojęte spotkanie może pomóc w „domknięciu” wzajemnej relacji. Może to być czas pożegnania z ojcem, który nagle umarł; czas zobaczenia prawdziwego oblicza swoich dzieci, które odchodzą w samodzielne życie, albo żony, która zmarła; czas uznania wyrządzonej krzywdy. Szukamy tak długo, aż odnajdziemy prawdę. W tym spotkaniu rzeczywistość utracona przekazuje nam swój testament i obdarowuje nas tym wszystkim, czego być może nie dostrzegaliśmy przed stratą. Pewien mężczyzna po latach odnalazł swoje przedszkole i spotkał tam „chłopca”, który obdarzył go zaufaniem, wrażliwością, uczciwością. Siostra, która zginęła w wypadku samochodowym, w tak rozumianym spotkaniu przynosi bratu swoją delikatność, poetyckie spojrzenie na świat, zmysł realności. Nie chce odejść, jeżeli wpierw jej dar nie zostanie przyjęty. Mężczyzna, który zakochał się w kobiecie, którą musi stracić, nie przestanie jej szukać, dopóki nie zobaczy i nie uzna bogactwa, jakim go obdarowała. W takich spotkaniach rzeczywistość utracona do głębi obdarowuje nas swoim bogactwem, które teraz może stać się niejako częścią naszej tożsamości – podobnie jak muzyka Mozarta ubogaca nas po jego śmierci. Dopiero po takich spotkaniach może nastąpić oddzielenie od rzeczywistości utraconej.
Zaniedbanie tego etapu może spowodować, że nie przestajemy szukać rzeczywistości utraconej. Kobieta w mężczyznach może szukać swojego ojca, siostra zakonna w klasztorze bezpiecznego dzieciństwa. Mężczyzna, który wpada w konflikt z każdym szefem czy innym autorytetem, szuka ojca, przed którym wykrzyczy wreszcie prawdę o wyrządzonej mu krzywdzie. Ten, który zbytnio troszczy się o innych, szuka być może siebie kiedyś nadmiernie zaniedbanego.
 
Posiadamy to, co oddaliśmy
Przy każdej stracie – nawet tej w sposób oczywisty wpisanej w rozwój człowieka – dochodzi do dezintegracji. Opuszczenie domu rodzinnego burzy dawny sposób życia. Śmierć kogoś bliskiego przynosi przekonanie, że ta samotność nigdy już się nie zakończy, że nie będzie można już zbudować nowego życia. Utrata pracy, ciężka choroba, trwałe kalectwo, depresja wprowadzają w dotychczasowy model życia poważny chaos.
Aby doszło do integracji, należy dobrze przeżyć poprzednie trzy fazy. Faza integracji ma na celu wykorzystanie straty dla uszlachetnienia swojego życia – do upiększenia „wewnętrznej postaci”. Na tym etapie, jak pisze Verena Kast, zauważamy, że strata nie tylko zabrała, lecz także obdarowała. Ten etap wymaga pomocy rozumu, obecności wewnętrznego „mędrca”, który pomoże przemienić stratę w oddanie. W stracie rzeczywistość utracona całkowicie odchodzi, w oddaniu pozostaje jej wewnętrzne bogactwo, niczym cenny spadek po rzeczywistości, która odeszła. Posiadamy jedynie to, co oddaliśmy. Można stracić młodość, można ją też oddać, zachowując do późnej starości młodzieńczą fantazję, zainteresowanie światem, spontaniczność. Można stracić ukochaną osobę, można też oddać, zachowując jej wrażliwość, czułość, umiejętność słuchania i dialogu, chęć budowania więzi. Ci, którzy są blisko, poczują się ubogaceni w spotkaniu z człowiekiem, który w taki sposób przeżył śmierć kogoś bliskiego. Ludzie, którzy wielkie straty zamienili w oddanie, stają się bardziej wrażliwi, wyczuleni na to, co istotne; mają pragnienie uproszczenia życia, cenią sobie bardziej to, co jest, niż to, czego nie ma. Dostrzegają nieocenione bogactwo więzi, spotkań, głębokich rozmów. Budują nowe, często dojrzalsze więzi. Stają się wyczuleni na to, co duchowe.
Amerykański psycholog Erik H. Erikson uważał etap integracji za ostatnią fazę w rozwoju człowieka. Jest to czas, kiedy człowiek w tym życiu więcej już ma za sobą, niż przed sobą. Ci, którzy oddali życie, są wdzięczni, pogodni, zainteresowani światem ludzi młodych. Spokojnie patrzą na świat, a w ich głębi jest dużo radości, dumy i nadziei. Ubogacają innych swoją mądrością, doświadczeniem i wiedzą. W ich obecności czujemy się zakorzenieni i bezpieczni.
Ci, którzy stracili, są apatyczni, zamknięci, jakby umarli jeszcze przed śmiercią. Patrzą na wszystko przez pryzmat bólu bezsensu, a ich nieufność i podejrzliwość utrudnia budowanie więzi. Odizolowani często popadają w rozpacz, niszczy ich własny smutek i beznadziejność. Swoją dezintegracją zatruwają życie innym. Pojawiają się jak prorocy dotknięci psychozą zagłady. Wychwalają czasy swojej młodości, w których wszystko było lepsze. Uwięzieni na etapie dezintegracji rujnują własne życie i życie najbliższych.
 
Nieutracalny
Aby stratę przemienić w oddanie, konieczna jest konfrontacja z pytaniem: „Komu oddać?”. Przy stracie takie pytanie wydaje się nie mieć sensu. Strata zamyka w obszarze własnego nieszczęścia. Oddanie otwiera na innych – zachowuje i uszlachetnia relacje.
Często osoby konfrontowane ze stratą zachęcane są do oddania Bogu tego, co straciły. Ta mądra rada powinna pojawić się na czwartym etapie przeżywania straty! Zbyt pospieszne, natychmiastowe obdarowywanie nią może spowodować uwięzienie na którymś ze wcześniejszych etapów. W każdej stracie można usłyszeć szept Nieutracalnego. Ten szept przypomina o ograniczoności ludzkiego życia, oczyszcza z iluzji – pokusy – „będziecie jak Bóg”. Jedynie Bóg jest nieutracalny i „bez Niego nic nie możemy uczynić” (J 15, 5). Gdy oddajemy nasze straty (niezależnie od ich rodzaju) w „ręce” Nieutracalnego, wtedy On przemienia je w dar, którym można ubogacić innych. Nawet wtedy, gdy strata wiązała się z grzechem, jej oddanie Bogu, może zaowocować, na przykład lepszym zrozumieniem „paradygmatu zła”. To zrozumienie może pomóc innym – uchronić ich przed złymi decyzjami. Nawet taka strata może uszlachetnić. William Szekspir włożył w usta Eskalusa z Miarki za miarkę słowa: „Grzech wznosi jednych, innych cnota traci”.
W Bogu nie ma straty, jest tylko oddanie. Chrystus umierając na krzyżu, nie stracił życia, lecz je ofiarował – oddał. Chrystus jest „Barankiem jakby zabitym” (Ap 5, 7) – oddał życie i w pełni je posiada. Ukrycie swego życia w Nieutracalnym może zaowocować przemianą naszych strat w oddanie. Nieuleczalnie chory ksiądz mówił: „Ja nie straciłem swojego zdrowia, ja je oddałem. Wierzę, że ktoś dzięki mojemu oddaniu odzyskał zdrowie”.
Pozostaje pytanie: czy można utracić Nieutracalnego? Czy można stracić Boga? Czy rzeczywiście Bóg jest nieutracalny? Nieutracalna jest miłość Boga do człowieka. Bóg nie chce stracić człowieka. Wolność człowieka naznaczona jest dramatem wyboru. Człowiek może powiedzieć Bogu: „Nie”. Ta strata wprowadza człowieka (niezależnie czy tego chce, czy nie) w nurt procesu żałoby – neguje potrzebę osobistej więzi z Bogiem, neguje ostatecznie jego istnienie. Jego życie jest coraz bardziej kierowane przez smutek, żal, niepojęty lęk i agresję. Być może jednym z powodów „epidemii” depresji w naszych czasach jest odejście człowieka od Boga. Ten, który odszedł, szuka Boga poprzez niezliczoną liczbę bożków naszej kultury. Szuka Go, oczekując od człowieka tego, co może dać tylko Bóg. Jego nieustanne rozczarowanie prowadzi do rozpaczy. Życie ulega coraz bardziej dezintegracji, apatia paraliżuje twórczość i inicjatywę, którą coraz bardziej wypiera korupcyjna, nieuczciwa aktywność, jeszcze bardziej utrudniająca życie.
Na dworcu w Opolu ktoś na murze napisał: „Jestem Bogiem”. Co za strata, jaki uszczerbek w pedagogicznych wysiłkach wychowawców! Ale przecież w każdej stracie można usłyszeć napomnienie Nieutracalnego. Może zbyt szybko zamalowano ten objaw tzw. wandalizmu. W jakiś sposób nieustannie przedziera się poprzez dramat historii Ten, który pozostawił dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, aby szukać tej jednej, która się zagubiła. On to nieustannie przypomina o stracie, która nigdy nie przemieni się w oddanie, która zdezintegruje każdego człowieka, każde społeczeństwo. Gdy człowiek traci więź z Bogiem, traci wszystko. Przejęty możliwością tej straty św. Paweł pisał: „I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana naszego” (Flp 3, 8).
 
 -----
Tekst pochodzi z kwartalnika „Zeszyty Formacji Duchowej” (nr 24/2004 „Śmierć”) Wydawnictwa Salwator. Śródtytuły pochodzą od redakcji.
 
KS. KRZYSZTOF GRZYWOCZ
Jeden z najbardziej cenionych polskich rekolekcjonistów i kierowników duchowych. Wniósł wielki wkład w docenienie znaczenia uczuć dla życia duchowego. W sierpniu 2017 r. zaginął w Alpach.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki