Logo Przewdonik Katolicki

To już było i nie wróci więcej

Paweł Stachowiak
fot. ASSOCIATED PRESS East News

Na włoską scenę polityczną po ćwierćwieczu wraca chadecja, która kształtowała życie polityczne Italii od końca II wojny światowej, ale później rozsypała się jak domek z kart. Czy ma szansę powodzenia? Nie sądzę.

We Włoszech powstała nowa partia, która pragnie reprezentować katolików kraju i stanowić opozycję dla rządu. Demos/Democrazia Solidale (Solidarna Demokracja) pragnie być nie tylko „siłą polityczną katolików”, ale także reprezentować stowarzyszenia i ruchy katolickie. Manifest nowej partii głosi, że jej celem jest „zaangażowanie polityczne inspirowane demokratycznym katolicyzmem”. Ponadto jego sygnatariusze wyrażają zaniepokojenie szerzącym się populizmem oraz postawami antyeuropejskimi.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że na włoską scenę polityczną wraca po ćwierćwieczu opcja chrześcijańsko-demokratyczna, która kształtowała życie polityczne Italii od końca II wojny światowej, ale później rozsypała się jak domek z kart. Warto przy tej okazji przypomnieć dzieje chadecji – formacji politycznej, która wyrażała dążenia europejskich chrześcijan.
 
Znaki czasu
Pojawienie się chadecji było efektem największego chyba problemu, z którym zmagał się Kościół w XIX w. Kwestia robotnicza, socjalna, efekt procesu industrializacji i urbanizacji Europy w „wieku pary i elektryczności”, doprowadziły do utraty wpływu katolicyzmu na szerokie rzesze proletariuszy. Hasła socjalistyczne i marksistowska idea rewolucji przejęły rząd dusz wśród rosnącej w siłę klasy robotniczej. Kościół zdawał się wobec tych zjawisk bezradny, a przywiązanie do starego porządku i coraz wyraźniejsze oddalenie od nowoczesnych nurtów myślenia i działania pojawiających się w XIX-wiecznej Europie ograniczały zakres jego oddziaływania, czyniąc go instytucją anachroniczną.
Rozumiał to papież Leon XIII i to on właśnie poprzez swą encyklikę Rerum novarum, rozpoczął epokę otwarcia na środowiska ludzi pracy; uznał, że mają oni prawo do własnej reprezentacji politycznej i walki o swoje prawa. Właśnie wtedy rozpoczyna się historia europejskiej chadecji, ruchu politycznego, którego istotę najlepiej scharakteryzował francuski polityk Georges Bidault: „Być chrześcijańskim demokratą znaczy rządzić z centrum, metodami prawicy, dla osiągnięcia celów społecznych lewicy”. Chadecja, która wkracza na polityczną scenę starego kontynentu na przełomie XIX i XX w., tak właśnie pragnie działać: zachowując łączność z Kościołem i jego nauczaniem, pragnie realizować ideał sprawiedliwości społecznej i demokracji politycznej.
W tamtej epoce było to ideałem rewolucyjnym, gdyż Kościół wciąż zdawał się być organicznie związany ze starym porządkiem, nieakceptującym demokratycznych form życia politycznego i społecznego. Być katolikiem, wiernym Kościołowi i jego pasterzom, a jednocześnie wyznawać ideały demokratyczne zdawało się wtedy sprzecznością nie do pogodzenia. To chadecy jednak odczytali właściwie ówczesne znaki czasu, zrozumieli, że przywiązanie do tradycyjnego nauczania Kościoła w kwestiach religijnych i moralnych nie musi wcale oznaczać odrzucania nowoczesnych prądów – sprawiedliwości społecznej, demokracji, wolności obywatelskich, wszystkiego, co jeszcze kilka dziesięcioleci wcześniej Kościół potępiał.
 
Sukces
Chadecja pojawiła się w I połowie XX stulecia w większości krajów europejskich, zarówno tych o tradycji katolickiej, jak również ewangelickiej. Każde państwo wykształciło własny wariant chrześcijańskiej demokracji. Tym, co łączyło rozmaite mutacje chadecji, było przywiązanie do demokracji, akceptacja zasad wolnego rynku, nadrzędność zasad personalizmu chrześcijańskiego, a zatem uznanie absolutnego wymiaru godności osoby ludzkiej, wreszcie koncepcja dobra wspólnego i zasada solidarności. Ugrupowania polityczne oparte na takich zasadach osiągnęły wielki sukces w wielu krajach europejskich, szczególnie w Niemczech (CDU) i we Włoszech (PCI).
Właśnie w Italii chadecy po II wojnie światowej stali się fundamentem większości rządów, a politycy tacy jak Alcide De Gasperi, Amintore Fanfani, Aldo Moro i Giulio Andreotti dominowali na scenie politycznej. Wobec silnej i wpływowej partii komunistycznej, to właśnie chadecy zdawali się jedyną siłą będącą w stanie powstrzymać radykalną lewicę. Dlatego Kościół we Włoszech i Stolica Apostolska niejednokrotnie udzielały im jawnego poparcia, szczególnie Paweł VI, który od swej młodości sympatyzował z wieloma działaczami chadecji.
 
Upadek
Chadecja rządziła Włochami przez długie lata i to zapewne stało się przyczyną jej upadku. Na początku lat 90. zaczęły wychodzić na światło dzienne fakty, które wstrząsnęły włoską sceną polityczną. Ujawnione zostały szokujące powiązania prominentnych polityków, np. wieloletniego premiera Giulio Andreottiego, z mafią. Opinia publiczna została skonfrontowana z hipokryzją tych, którzy powołując się na wartości chrześcijańskie, jednocześnie nie wahali się współdziałać ludźmi, którzy byli tych wartości zaprzeczeniem. Szok był tak głęboki, że partia chadecka w 1994 r. przestała istnieć i we Włoszech zabrakło ugrupowania reprezentującego polityczne dążenia katolików.
Reakcją Kościoła było pewne poczucie ulgi. Dał temu wyraz Jan Paweł II, mówiąc w 1995 r.: „Kościół nie powinien i nie zamierza wiązać się z żadnym wyborem kierunku politycznego czy partii, tak jak zresztą nie wyraża preferencji wobec takiego czy innego rozwiązania instytucjonalnego czy konstytucyjnego, które szanuje autentyczną demokrację”. Włoski katolicyzm rozstał się z przekonaniem, że potrzebna mu jest polityczna reprezentacja, zrozumiał, iż katolicy mogą i powinni funkcjonować w różnych partiach, realizując w nich zasady swego światopoglądu. Kościół stawiający na jedną partię staje się poniekąd jej zakładnikiem, angażuje swój autorytet w działania ludzi, którzy przedkładają władzę ponad wierność Ewangelii, zdradza swą odwieczną misję.
 
Reaktywacja?
Dziś we Włoszech pojawiła się inicjatywa, która jest powrotem do dawnych idei politycznego katolicyzmu. Solidarna Demokracja pragnie wejść w rolę dawnej chadecji, stać się głosem katolików na politycznej scenie.
Czy ma szansę powodzenia? Nie sądzę. Trudno przypuszczać, że przynależność kościelna może dziś w społeczeństwach europejskiego Zachodu rozstrzygać o wyborach politycznych. Trudno liczyć na to, iż Kościół udzieli wprost poparcia jakiemukolwiek ugrupowaniu. Całe doświadczenie przeszłości uczy go bowiem ostrożności w tej kwestii. Najważniejszym jest przekonanie, że chrześcijaństwa nie można zamknąć w opłotkach jednej partii, której sama nazwa wzięta od łacińskiego pars, czyli „część”, jest zaprzeczeniem powszechności, a więc  istoty Kościoła. Katolicyzm polityczny jest zatem w sprzeczności z powołaniem i misją chrześcijanina, który winien być obecnym na różnych agorach świata i nie zamykać się w gronie podobnie myślących.
Świadomość tego była obecna już u początków Kościoła i znalazła swój wyraz w tekście Listu do Diogneta z II w., kreślącym wizję miejsca chrześcijan w świecie. Warto na koniec przytoczyć jego jakże aktualne słowa: „Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Mieszkają w miastach helleńskich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosując się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia. Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. (…) Jednym słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki