Logo Przewdonik Katolicki

Potrzebujemy nowej chadecji

Konstanty Pilawa
fot. Hurca!/Adobe Stock

Chadecja na Zachodzie rozminęła się z nauczaniem Kościoła. To nie znaczy jednak, że o samej idei należy zapomnieć. Powrót do pierwotnego sensu chrześcijańskiej demokracji jest dziś wyjątkowo potrzebny.

Chadecy są dziś wygodnym chłopcem do bicia. Jedni utyskują, że skoro chrześcijańska demokracja sprowadziła nauczanie Kościoła do sprzątania po własnym psie, a jednocześnie głosuje za legalizacją małżeństw homoseksualnych, to trudno tę opcję polityczną traktować poważnie. Dla prawicowych i lewicowych populistów chrześcijańska demokracja to natomiast symbol establishmentu – kruszejącego betonu, z którym należy walczyć na fali ludowego gniewu. W obu tych skrótach myślowych jest niestety sporo prawdy. W politycznym zgiełku zanika zaś pierwotne źródło chrześcijańskiej demokracji, a więc katolicka nauka społeczna i mądrość papieskich encyklik.

Idealny program na powojenne czasy
Dobrą ilustracją ewolucji chadeków jest historia niemieckiego CDU. W 1949 r. w wyborach do Bundestagu 30 proc. głosów otrzymali socjaldemokraci, jednak to CDU (utworzone z przedwojennej partii Centrum) sformowało razem z bawarską CSU, liberałami z FDP i narodowo-konserwatywną DPD rząd. Pierwszym powojennym kanclerzem został zaś Konrad Adenauer, przywódca uznawany dziś za jednego z ojców założycieli Zjednoczonej Europy. Na uwagę zasługuje niezmiernie długi okres, w którym chadecy utrzymywali się u władzy. Rządzili nieprzerwanie do 1969 r., później od 1982 do 1998 r. i od 2005 r. do dziś. Powojenna historia Niemiec to, z relatywnie krótkimi przerwami, chadecka hegemonia. Rządy chrześcijańskiej demokracji od końca wojny rozciągają się na ponad półwieku. A wystarczy nadmienić, że nie była to sytuacja wyjątkowa w Europie. Przez podobnie długi okres chadecy rządzili chociażby we Włoszech.
Programy polityczne chrześcijańskich demokratów ulegały wielu zmianom, ale trzon pozostał niezmienny i z dzisiejszej perspektywy wydaje się dość banalny. Jak pisze Andrzej Kohut w roczniku czasopisma idei „Pressje”, „chadecje opowiadały się więc za wolną przedsiębiorczością, ale rynkiem regulowanym przez państwo, rządami prawa i stabilnymi demokracjami, państwem dobrobytu, zapewniającym bezpieczeństwo rodzinom – wszystkie te elementy w połowie lat 60. wydawały się już faktem dokonanym. Chrześcijańscy demokraci stawiali także na pojednanie między europejskimi narodami i wzajemną współpracę gospodarczą, która z kolei miała umocnić Europę Zachodnią i obronić ją przed narastającym zagrożeniem ze strony Związku Radzieckiego”.
Był to idealny program na trudne powojenne czasy. Program podkreślający rolę tradycyjnie rozumianej rodziny, dopuszczający państwowy interwencjonizm, a jednocześnie oparty na poszanowaniu przedsiębiorczości i własności prywatnej, przeciwstawiający się wszelkim radykalizmom. Chadecja to partia stabilizacji na okres wzrostu i odbudowy. W połowie lat 60., gdy Zachód wychodził na prostą, pierwotny projekt polityczny europejskich chadeków zaczął się wypalać. Okres prosperity, który stopniowo zamieniał partie chadeckie w typowe partie władzy, napotkał w końcówce lat 60. na szereg rewolucji. Rok 1968 to przecież nie tylko wybuch popkultury, ale także przemian w obyczajowości seksualnej i początek nowoczesnego ruchu ekologicznego. Każdy z tych elementów zmieniał ideowe oblicze niemieckich chadeków.

Wypalony projekt polityczny
Dużo łatwiej bowiem rządzić, będąc obyczajowo konserwatywną a gospodarczo centrową partią, jeśli po drugiej stronie mamy społeczeństwo goniące za dobrobytem, zorganizowane w ramach tradycyjnego modelu rodziny, którego polityczna wyobraźnia zdominowana jest walką z komunizmem, a także potrzebą europejskiego pojednania i integracji. Trudniej natomiast, gdy młodzież zaczyna ulegać kulturze hippisowskiego buntu, pojawiają się nowe opcje ideowe na czele z radykalizmem Zielonych, a powszechny dostęp do pigułki antykoncepcyjnej rewolucjonizuje postrzeganie seksualności.
Od tego momentu CDU zaczyna stopniowo rezygnować z postulatów niepasujących do politycznej wyobraźni nowego społeczeństwa. I trudno się temu dziwić. Partia polityczna funkcjonująca w obrębie demokracji musi odpowiadać na nastroje swoich wyborców. Jeśli cała scena polityczna przesuwa się w lewą stronę, to i zachowawcze centrum musi rezygnować z szeregu swoich idei. Zwieńczeniem tego procesu dla niemieckich chadeków jest 2017 r., w którym Bundestag, m.in. 73 głosami posłów CDU, zalegalizował związki małżeńskie osób tej samej płci.
Czy przykład niemiecki jest wyjątkowy? Bynajmniej. By daleko nie szukać, Platforma Obywatelska na początku swojego istnienia utożsamiała się z tradycją chadecką. W sławnej deklaracji krakowskiej z 2003 r. PO powoływała się na obronę praw religii w życiu publicznym, rodziny i tradycyjnego obyczaju. Donald Tusk jeszcze w grudniu 2019 r. w programie „Fakty po faktach” stwierdził, że potrzebne jest nowe polityczne centrum, oparte na wartościach chadeckich. Czy dziś jakikolwiek komentator polityczny może sądzić, że ideowa tożsamość największej opozycyjnej partii w Polsce jest inspirowana encyklikami papieskimi? Nie sądzę.

Chadecja z krwi i kości
Dlatego chadecja – jeśli ma cokolwiek wnosić do debaty publicznej – nie może być partią. Co ciekawe, gdy spojrzymy na źródła chrześcijańskiej demokracji, to przekonamy się, że to nie w samej idei leży problem, ale w jej instrumentalizacji dokonywanej przez Angelę Merkel, Donalda Tuska czy Szymona Hołownię. Pojęcie chrześcijańskiej demokracji po raz pierwszy w katolickiej nauce społecznej pojawia się w 1901 r. Leon XIII w encyklice Graves et Communi starał się określić tym mianem ruch społeczny katolików, którzy w przestrzeni publicznej mieli głosić idee inspirowane Ewangelią. Był to czas, w którym rozgorzał w Europie konflikt socjalistów z kapitalistami. Jedni pragnęli zniesienia własności prywatnej, drudzy własność tę wynosili na piedestał. Leon  XIII krytykował i jednych, i drugich. Własność prywatna jest naturalnym prawem człowieka, jednocześnie każdy człowiek niecierpiący niedostatku powinien dzielić się swym bogactwem z biednymi – nauczał papież.
Dlatego wzywał chrześcijan do zaangażowania w sferze publicznej na rzecz poprawy sytuacji materialnej warstwy robotniczej, która wówczas doświadczała wyzysku ze strony kapitalistów. Nazwa „chrześcijańska demokracja”, użyta wprost przez Leona XIII, sugeruje, aby chrześcijanie wywierali polityczny lobbing na rządzących, którzy dzięki prawnym regulacjom mogliby poprawić los najuboższych.
Papież jednocześnie bardzo ostrożnie podchodził do polityki: „Nie godzi się jednak nadawać mianu demokracji chrześcijańskiej znaczenia czysto politycznego. Jakkolwiek bowiem wyraz «demokracja» etymologicznie i filozoficznie oznacza panowanie ludu, to jednak w naszym wypadku należy ją tak pojmować, by wykluczała wszelkie znaczenie czysto polityczne i wyrażała wyłącznie tylko dobroczynną działalność chrześcijańską na rzecz ludu”.
Oczywiście treść encyklik papieskich nie ogranicza się tylko do dobroczynności. Kościół nie jest organizacją charytatywną. Katolicka nauka społeczna to kompendium wiedzy z zakresu pożądanego stosunku chrześcijan do rzeczywistości politycznej. Wystarczy spojrzeć na kilka przykładów z brzegu. W Quadragessimo anno Piusa XI czytamy, że model społeczno-gospodarczy państwa powinien być oparty na idei korporacjonizmu, w Evangelium vitae Jana Pawła II dowiadujemy się, jak katoliccy polityce powinni głosować w sprawie aborcji, a w Laudato si’ papież Franciszek przedstawia spójny program dotyczący polityki ekologicznej.
Odnoszę wrażenie, że te wszystkie idee są w Polsce nieco zapomniane. Trudno ocenić znajomość encyklik papieskich wśród katolików w Polsce, ale jeszcze trudniej otrząsnąć się z wrażenia, że wiedza ta nie jest dość powszechna. Nie chodzi tutaj o utyskiwanie na nasze lenistwo intelektualne. Bardzo łatwo dziś osądza się od czci i wiary chrześcijan. A ostatnie, czego można dziś oczekiwać od mediów katolickich, to narzekania na brak wiedzy odbiorców naszych treści. W obliczu kryzysu Kościoła publicyści katoliccy szczególnie powinni uważać na grzech pychy. Pozwolę sobie zatem na dowód anegdotyczny, żeby nie szafować zbyt wielkimi słowami. Chodziłem na lekcję religii od pierwszej klasy szkoły podstawowej, aż do klasy maturalnej. Nie przypominam sobie jednak, aby na jakiejkolwiek katechezie pojawił się temat nauczania społecznego Kościoła i papieskich encyklik. A mój przykład zapewne nie jest odosobniony.

Nowa chadecja
Wiele się dziś mówi o kryzysie Kościoła w Polsce. Jego przejawów upatruje się szczególnie w nierozliczonym nadal problemie wykorzystania seksualnego. Dużo rzadziej myśli się natomiast o Kościele katolickim w Polsce jako o wspólnocie wiernych. Wspólnocie, która za stan tego Kościoła również jest odpowiedzialna. Trudno jednak domagać się odpowiedzialności, jeśli między hierarchią biskupów a zwykłymi wiernymi mamy do czynienia z socjologiczną próżnią. Oczywiście istnieje wiele wspaniałych akcji dobroczynnych, a głos Konferencji Episkopatu Polski jest słyszalny w debacie publicznej. Mamy również wiele popularnych środowisk katolickich w mediach. Są one jednak mocno podzielone. Można odnieść wrażenie, że plemienne podziały polityczne infekują również katolicką debatę publiczną w Polsce. Żeby nie być gołosłownym, dużo łatwiej wyobrazić sobie emocjonującą dyskusję redaktora Tomasza Terlikowskiego w jakimś liberalnym i świeckim medium niż poważną debatę z udziałem większości znanych katolickich środowisk.
Brakuje natomiast takich, które prowadziłyby z polskimi biskupami twórczy dialog. Brakuje również z drugiej strony dobrze pojętego lobbingu politycznego świeckich katolików, którzy nie tylko w trudnych sprawach światopoglądowych byliby zdolni wywierać presję na rządzących. Bardzo łatwo dziś krytykować Kościół i jednocześnie zapominać, że to również my go tworzymy.
Chrześcijańska demokracja rozpoczęła się od reakcji Leona XIII na największy problem społeczno-polityczny z początku XX w. – polaryzację społeczeństwa i konflikt klasowy. Odnowiona chadecja w XXI w. powinna powtórzyć ten ruch. Jednym z najważniejszych problemów współczesnej polityki, i to nie tylko w Polsce, jest jakość debaty publicznej. W mediach i sejmowych ławach coraz mniej jest argumentacji, a coraz więcej emocji. Katolicy mają dziś prawo czuć się politycznie zagubieni, bo żadna partia w Polsce nie realizuje dziś społecznego nauczania Kościoła. I to nawet nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że logika współczesnego systemu politycznego po prostu na to nie pozwala. Trudno jednak oczekiwać, że coś może zmienić się na lepsze, jeśli katolicy będą bardziej inspirować się konserwatyzmem, liberalizmem i socjalizmem niż własna tradycją ideową – społeczną nauką Kościoła.
Za czym nowa chadecja powinna dziś lobbować? Lista inspiracji, jakie płyną z encyklik papieskich, może być długa. Od postulatu strukturalnej reformy prawa pracy (na uwagę zasługuje chociażby pomysł czterodniowego tygodnia pracy), reformy edukacji (ograniczenie koedukacyjności klas w szkołach), do pomysłu na ukrócenie praktyki rozpowszechniania fake newsów w internecie.
Żeby jednak w debacie parlamentarnej takie idee mogły się pojawić, trzeba sobie życzyć, aby katolicka debata publiczna była silniejsza. Bez tego warunku żaden lobbing nie może być skuteczny. 

Konstanty Pilawa
Redaktor naczelny czasopisma idei „Pressje”, które wydaje rocznik zatytułowany „Nowa chadecja”. Treść artykułu jest inspirowana ideami pochodzącymi z tej publikacji.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki