Logo Przewdonik Katolicki

Dać się zamknąć. Kryzys przysięgowy

Paweł Stachowiak
FOT. WOJSKOWE BIURO HISTORYCZNE IM. GEN. BRONI KAZIMIERZA SOSNKOWSKIEGO

W lipcu 1917 r. Piłsudski zrozumiał, że zbliża się chwila, kiedy będzie można wykonać planowany od dawna ruch. Wiedział jednak, że samo zerwanie z Niemcami i Austriakami nie wystarczy. Ten gest musiał być spektakularny i dostrzeżony na Zachodzie.

Dziwne bywają pamiątki z wojennych dni. Zdjęcia, zapiski, łuska, odłamek, czasem rana – na ciele i na duchu, wspomnienie, które nie może wygasnąć przez dziesiątki lat, tekst i melodia piosenki, niekiedy słowo, nazwa. Tak jest z popularnym w Polsce określeniem piłki ręcznej, mówi się o niej szczypiorniak, a o uprawiających ją zawodnikach – szczypiorniści. Niewielu pamięta, skąd wzięły się te określenia.
„Nasi sportowcy wykombinowali niedawno nową grę w piłkę. Zasady tej gry różnią się od używanych w footballu, są ciekawsze i rozwijają równomiernie całe ciało, podczas gdy w footballu pracuje się przeważnie nogami. Jeśli kiedyś wyjdziemy żywi z obozu, a nowa rozumniejsza gra zyska prawa obywatelstwa u innych miłośników sportu, wówczas ten jeden choćby wynalazek będzie nas bronił przed zarzutami bezowocnego pobytu w Szczypiornie” – zapisał w swym dzienniku pod datą 25 sierpnia 1917 r. Ludwik Dudziński. Był on jednym z około 4 tys. żołnierzy Legionów Polskich osadzonych wówczas w niemieckim obozie dla internowanych w Szczypiornie pod Kaliszem. Szczypiorniak jest pamiątką ich losów.
 
Plan Piłsudskiego
To ciekawy i wiele mówiący epizod na szlaku wiodącym ku niepodległości. Aby w pełni docenić jego znaczenie, winniśmy cofnąć się w czasie do opisanego w poprzednim tekście niniejszego cyklu Aktu 5 listopada 1916 r. („Przewodnik Katolicki” 23/2018). Niemcy i Austriacy proklamując powstanie Królestwa Polskiego, pragnęli pozyskać lojalność Polaków na terenie okupowanych przez siebie ziem zaboru rosyjskiego i stworzyć tam armię, Polnische Wehrmacht, która wspomogłaby wysiłek zbrojny państw centralnych. Zaciąg okazał się fiaskiem. Polacy nie ulegli manipulacji i bez zaangażowania traktowali niemieckie obietnice.
Sposobem na wzmocnienie armii „niemieckiej Polski” miało być włączenie do niej istniejących już od ponad dwóch lat Legionów Polskich. Jako część armii austriackiej walczyły one dzielnie w wielu miejscach frontu wschodniego tamtej wojny: na Kielecczyźnie, Podlasiu, Bukowinie, Wołyniu. Dowódcą I Brygady Legionów był Józef Piłsudski, którego legenda rosła z każdą potyczką. Już w 1916 r. zaczął on coraz wyraźniej przeczuwać, że państwa centralne, z którymi dotąd wiązał polskie nadzieje, raczej tej wojny nie wygrają. Dalsza z nimi współpraca była zatem coraz mniej sensowna, trzeba było zmienić front, zerwać dotychczasowe więzy. Po Akcie 5 listopada Komendant nie był więc entuzjastą tworzenia armii nowego Królestwa, złożył dymisję ze stanowiska dowódcy I Brygady, ale dał się jednak zaangażować do Tymczasowej Rady Stanu – prowizorycznego rządu „niemieckiej Polski”. Jak to miał w zwyczaju, nie zamykał sobie żadnych dróg, grał jednocześnie na kilku instrumentach.
Legioniści, zmuszeni do wejścia w skład Polnische Wehrmacht i podporządkowani dowództwu niemieckich oficerów, nie chcieli zaakceptować nowej sytuacji, w sposób lekceważący odnosili się do żołnierzy cesarza Wilhelma. Nie oddawali im honorów i nie wykonywali rozkazów. Bunt był coraz bardziej prawdopodobny.
W początkach lipca 1917 r. Piłsudski zrozumiał, że zbliża się chwila, kiedy będzie można wykonać planowany od dawna ruch – zerwać z Niemcami i Austriakami. Rozumiał jednak, że samo zerwanie nie wystarczy, trzeba osiągnąć efekt, który dziś nazwalibyśmy wizerunkowym. Tak sprzedać swój gest, aby stał się widocznym i czytelnym, aby był na tyle spektakularnym, że przebije się do świadomości rządów i narodów, szczególnie na walczącym z Niemcami Zachodzie. Cóż mogło lepiej zapewnić taki efekt niż sprowokowane represje, którym poddadzą go dotychczasowi sojusznicy? Piłsudski zaplanował i wykonał przedsięwzięcie, które miało go zaprowadzić na półtora roku do więzienia, a żołnierzy Legionów do obozów internowania.
 
Nieludzkie warunki
Historia zapamiętała wydarzenia lipca 1917 r. jako „kryzys przysięgowy”. Żołnierze Legionów, szczególnie ci, którzy pochodzili z terenów zaboru rosyjskiego, zostali wezwani do złożenia przysięgi na wierność cesarzowi Niemiec. Pozornie nie było w tym nic szczególnie dotkliwego. Legioniści składali już takowe przysięgi cesarzowi Austrii, byli przecież w rzeczywistości żołnierzami armii monarchii Habsburgów. Jednak teraz Komendant, któremu bezwarunkowo ufali, nakazał im tej przysięgi odmówić. Posłuchała go większość I i III brygady, łącznie 181 oficerów i 4729 żołnierzy. Niemcy zrobili dokładnie to, czego oczekiwał od nich Piłsudski: 22 lipca 1917 r. aresztowali go i wywieźli do twierdzy w Magdeburgu, zaś zbuntowanych legionistów do obozów internowania w Beniaminowie i Szczypiornie.
Warunki, w których przyszło tam żyć polskim żołnierzom, łatwe nie były. „Moim zdaniem był to obóz straszny. Po powstaniu warszawskim przebywałem w kilku oflagach i stalagach. Warunki pobytu w tych obozach były bardziej ludzkie, łatwiejsze do zniesienia od warunków, jakie mieliśmy w Szczypiornie. Było to właściwie jedno olbrzymie, podrutowane wszerz i wzdłuż kretowisko” – wspominał po latach Jan Gaździcki.
„Obóz w Szczypiornie robił przerażające wrażenie. Nie było tam budynków, a wprost w ziemi wykopane doły, pokryte stropem z papy, w wielu miejscach przeciekającej. Wzdłuż lepianki, pod obu ścianami, wprost na glinie ułożone były barłogi. Barłóg ustawicznie był mokry. Spaliśmy wszyscy w ubraniach, myszy, szczury i żaby gromadnie harcowały po nas” – pisał 17-letni wówczas Piotr Górecki.
Głód był codziennym towarzyszem, a pożywienie, którym raczono jeńców, było raczej kolejną formą szykan. „W zupie zaczęło się coś dziwnego pojawiać, coś ślimakowatego, małe siekane kawałki podobne do ciemnej galarety. Okazało się, że całymi beczkami Niemcy przywozili posiekane tak zwane «kijanki» i ślimakowate twory wodne, wszystko to obsypane nieznaną dla nas substancją. Kilku kolegów pojechało zaraz bez biletu do pewnego miasta portowego nad Bałtykiem” – czytamy w niepozbawionej wisielczego humoru relacji Władysława Kęsika.
Warto pamiętać, że wśród uwięzionych legionistów byli również liczni Polacy pochodzenia żydowskiego oraz kobiety, np. ówczesna partnerka, a późniejsza żona Józefa Piłsudskiego – Aleksandra Szczerbińska.
 
Mąż opatrznościowy
Położenie samego Józefa Piłsudskiego było oczywiście łatwiejsze. Osadzono go w twierdzy magdeburskiej, gdzie warunki były surowe, ale do wytrzymania. Więzień otrzymał do dyspozycji sypialnię oraz pokoje: dzienny i gościnny, okna były zakratowane. Mógł korzystać też z przyległego do budynku ogrodu. Odizolowano go całkiem od świata, nie otrzymywał gazet, a korespondencja była ostro cenzurowana. Dopiero w sierpniu 1918 r. przydano mu towarzysza – Kazimierza Sosnkowskiego, wcześniej szefa sztabu Legionów. Komendant był zatem przez niemal półtora roku w decydującym okresie schyłku wojny odcięty od informacji o Europie i kraju.
Mimo iż sam sprowokował swe uwięzienie, było ono dla niego ciężkim psychicznym i fizycznym doznaniem. Podupadł na zdrowiu, gryzł się brakiem wiadomości od Aleksandry Szczerbińskiej, która była wówczas z nim w ciąży. Próbował nawet bezskutecznie występować do władz niemieckich o uwolnienie go z więzienia. Czas wolności miał nadejść dopiero w listopadzie 1918 r., gdy upadły rządy cesarza Wilhelma II, a Niemcy poprosiły aliantów o rozejm.
Czy epizod kryzysu przysięgowego zasługuje na to, aby umieścić go w galerii najważniejszych epizodów wielkiej wojny? Z wielu względów tak. Był on skutecznym manewrem politycznym, który zakończył dzieje „orientacji na państwa centralne”. Dało to Piłsudskiemu i jego obozowi kapitał, który przydał się w 1918 r. gdy niegdysiejsi sojusznicy przegrali wojnę, a decydującego znaczenia dla rodzącej się Polski zaczęli nabierać alianci – dawni wrogowie. Wyobraźmy sobie, jakie byłoby położenie międzynarodowe naszego kraju, rządzonego przez Piłsudskiego, gdyby do końca wojny stał on u boku Niemiec i Austrii. Nie mielibyśmy szans na zyskanie międzynarodowego uznania, zostalibyśmy zaliczeni do grona przegranych. Co byłoby tego konsekwencją? Być może to, że Polska nie odrodziłaby się jako państwo w pełni suwerenne, albo wpadła w otchłań krwawej rewolucji.
Ważną konsekwencją decyzji Komendanta z lipca 1917 r. było także coś mniej uchwytnego. Nazwijmy to legendą albo mitem. Otóż, gdy Niemcy wywozili go z Warszawy, był on już niewątpliwie bardzo popularny, ale raczej wśród tych, którzy byli z nim związani walką w PPS-ie, a później Kadrówce i Legionach. Był uwielbiany przez swych żołnierzy, fascynował wielu przedstawicieli lewicującej inteligencji, ale między nim a większością społeczeństwa nadal stał mur lęku przed „niebezpiecznym socjalistą”. Gdy uwolniony z Magdeburga wczesnym rankiem 10 listopada 1918 r. wysiadał z pociągu na peronie warszawskiego dworca, postrzegano go jako męża opatrznościowego. Nawet jego polityczni przeciwnicy nie mieli wątpliwości, że w tamtym dramatycznym momencie tylko on jest w stanie zbudować fundamenty Niepodległej.
 
Narodziny legendy
To tylko pozorny paradoks, że autorytet Piłsudskiego najmocniej wzrósł wtedy, gdy był fizycznie nieobecny. Stał się dla większości Polaków męczennikiem prześladowanym przez okupanta, wodzem, który jako pierwszy rozpoczął zbrojną walkę o niepodległość. Z rąk do rąk krążył jego portret, na którym wygląda jak postać z rycin Grottgera. Nie musiał trwonić swego autorytetu podczas trudnych miesięcy kończącej się wojny, kiedy wypadłoby mu podejmować kontrowersyjne decyzje, narażać się na krytyki, budzić antagonizmy. Politykowi często służy nie tyle aktywność, ile właśnie przymusowe odsunięcie, wymuszona bierność, szczególnie jeśli kojarzy się z krzywdą. Nie wiemy, czy ten efekt był wliczony w kalkulacje Piłsudskiego w dniach kryzysu przysięgowego, ale nawet jeśli nie, to położył w ten sposób fundament swego późniejszego znaczenia.
Dla uwięzionych legionistów był to kolejny czynnik integrujący ich jako grupę połączoną wspomnieniami wojennych przewag i klęsk oraz trudów obozowego losu. To nie przypadek, że w wagonie jadącym do Szczypiorna Andrzej Hałaciński napisał kilka strof pieśni do melodii znanej żołnierzom Komendanta już od 1914 r. Śpiewana w ziemiankach Szczypiorna budowała niewzruszony esprit de corps (duch wspólnoty), który miał przetrwać lata. Cytowany już Jan Gaździcki wspominał: „Pod wieczór wybrałem się w odwiedziny do sierż. Lucka Szulca, nieodstępnego druha mego brata na ławie szkolnej i polach legionowych bojów. Kiedyśmy gwarzyli, sześciu czy siedmiu ludzi zaśpiewało na głosy w jego sali dziwną pieśń męczeństwa i płomiennego buntu, pieśń ułożoną w dniu wejścia do Szczypiorna:
Legiony – to żebracza nuta,
Legiony – to ofiarny stos,
Legiony – to żołnierska buta,
Legiony – to straceńców los…”.
Tak tworzyła się formacja, która później – z lepszym i gorszym skutkiem – miała rządzić II Rzeczpospolitą aż do chwili jej upadku.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki