Logo Przewdonik Katolicki

Jeden dzień bez śmierci

Paweł Drąg
FOT. SALVADOR MELENDEZ/AP PHOTO-EAST NEWS

Kilka miesięcy temu na specjalnej konferencji prasowej dowódca salwadorskiej policji Howard Cotto poinformował, że tego dnia nikogo w kraju nie zamordowano. Wyraził też nadzieję, że nie będzie to zdarzenie incydentalne. Prawdopodobnie nikt nie wziął wtedy tych słów na poważnie.

Brzmi irracjonalnie? Nie w przypadku tego niewielkiego środkowoamerykańskiego kraju. Poprzednio dzień bez zabójstwa odnotowano tu 22 stycznia 2015 r. Nie była to też pierwsza konferencja prasowa tego typu. W 2012 r. świętowano pierwszy dzień od trzech lat, kiedy nikt nie zginął. Wtedy również skończyło się na wielkich nadziejach i obietnicach policji, a rzeczywistość raz jeszcze gorzko zweryfikowała wszelkie zamierzenia.
 
Wszyscy płacą gangsterom
Od tamtej pory nie zmieniło się zupełnie nic, a Salwador wciąż jest wymieniany jako jeden z najbardziej niebezpiecznych krajów świata. Na terytorium zaledwie 21 tys. km 2 mieszka ponad 6 milionów ludzi, co statystycznie czyni go mocno przeludnionym. Większość społeczeństwa żyje w ośrodkach wiejskich, co skutkuje tym, że znacząco brakuje ziemi uprawnej do rozwoju gospodarki. Błędne koło zamykają dogorywające miasta, bez infrastruktury i rozwiniętego przemysłu, a także z potężnym deficytem legalnych miejsc pracy. W 2016 r. wskaźnik morderstw wynosił tam 81,2 na 100 tys. mieszkańców. Oznacza to, że popełniono wtedy średnio 14,4 zabójstwa dziennie. To jednocześnie o dziesięć razy więcej niż w Saint Luis w USA, które zostało okrzyknięte najgorszym pod tym względem miastem Stanów Zjednoczonych. W 2015 r. odsetek w Salwadorze był jeszcze wyższy, licząc 104 morderstwa na 100 tys. mieszkańców. Oficjalnych danych z 2017 r. wciąż nie ma, ale nie ma też wątpliwości, że nie będą się one znacznie różnić od statystyk z poprzednich lat. Te liczby zaczęły gwałtownie rosnąć od 2014 r., kiedy zerwany został dwuletni rozejm zawarty przez lokalne gangi, które kontrolują gros terytorium całego kraju. „Maras” to główne grupy przestępcze kraju – Mara Salvatrucha i Barrio 18, który jest podzielony na dwie frakcje: Revolucionarios i Sureños. Płacić im muszą wszyscy – nawet przeraźliwie ubodzy kupcy, utrzymujący się z okazjonalnej sprzedaży owoców i warzyw czy sprzedawcy kukurydzianych tortilli. Wśród synów sprzedawców rekrutuje się członków gangu, a oni sami instruowani są, na kogo mają głosować w każdych kolejnych wyborach samorządowych. Nic nie może się wydarzyć bez pozwolenia gangsterów. W San Salvador, stolicy kraju, pod przymusową opieką jest każde stoisko, choćby najdrobniejszego targu. Członkami gangów są przede wszystkim dzieci i młodzież. Zdecydowana większość nie ma ukończonych 20 lat. Według szacunków elitarne grono gangsterów składa się z około 35 tys. osób, ale blisko 500 tys. bezpośrednio z nimi współpracuje. Działalność przestępcza dla wielu z nich jest ucieczką od skrajnie ubogiego życia. W Salwadorze 90 proc. wód powierzchniowych jest skażona, 25 proc. ludności nie ma stałego dostępu do wody pitnej, zaś 10 proc. cierpi z powodu niedożywienia. Zła sława kraju powoduje, że jak ognia unikają go zagraniczni inwestorzy, a także turyści, którzy na dedykowanych forach internetowych przestrzegają przed odwiedzaniem miejsca, w którym życie ludzkie jest niezwykle ulotne.                                               
Uciec do lepszego świata
Salwador można przy zachowaniu odpowiednich proporcji nazwać krajem widmo lub państwem upadłym. Eksport i import niemalże nie istnieją, podobnie turystyka, mimo przepięknych, dziewiczych terenów i ogromu potencjalnych możliwości. Wszelkie niedostatki musiałyby być naprawiane długimi latami, ale na to nie ma pieniędzy i pomysłu, ponieważ wszelkie próby zabijane są przez działalność gangsterów w zarodku. Tymczasem co piąty nastolatek w Salwadorze nie uczy się i nie podejmuje legalnego zatrudnienia. – Szkoły nie są miejscem schronienia i ośmielam się stwierdzić, iż są ośrodkami rekrutacji gangów – powiedział znany antropolog Juan Martinez d'Aubuisson, który w 2010 r. przez blisko rok żył w Salwadorze, utrzymując stały kontakt z członkami gangu. Młodym ludziom zazwyczaj do wyboru pozostają więc jedynie dwie drogi. Przyłączenie się do lokalnego gangu albo próba nielegalnej imigracji do USA, które jawi się jako lepszy, bezpieczniejszy świat. Pomiędzy 2015 a 2016 r. na granicy ze Stanami Zjednoczonymi zatrzymano około 40 tys. młodych Salwadorczyków, próbujących wedrzeć się do tego kraju. W 2013 r. aż dwa miliony obywateli Salwadoru mieszkało w USA, czyli w okresie, kiedy w kraju ich pochodzenia żyło około 6 milionów ludzi. Lokalne władze od lat zaostrzają prawo i tworzą, wzorem Kolumbii, specjalne oddziały do walki z gangsterami. Mimo to nie potrafią na dobre uwolnić się od zbrodniarzy, wobec których pozostają na dłuższą metę bezsilni. Gangi ze swoimi działaniami celują przede wszystkim w biedotę. To łatwiejszy cel, ponieważ nie posiada środków i możliwości do walki z terrorem. Dlatego też każdego dnia zdarzają się porwania, pokazowe morderstwa, a także podpalenia autobusów wiozących bezbronnych ludzi. Bogacze chronią się w strzeżonych willach, a śmiertelne żniwa zbierane są na ulicach Salwadoru, na których królują nie tylko gangsterzy, ale i bardzo tani alkohol oraz narkotyki.
                                                          
Wojna, w której nie ma wygranych
Na początku 2016 r. gangsterzy zabili ośmioro kierowców autobusów, którzy mimo zakazu danego przez przestępców, przyszli do pracy. Ta akcja miała być pokazem siły mafiozów, którzy w ten sposób dowodzili, że nic nie robią sobie z wszelkich prób walki z ich terrorem. Tym razem jednak zdecydowano się na bardziej stanowcze kroki. Odpowiedzią na ich działania była konkretna reakcja Sądu Najwyższego, który oficjalnie uznał gangi za organizacje terrorystyczne. Wydłużono do 200 lat kary więzienia, a także zabrano więźniom szereg praw – m.in do prywatnych odwiedzin małżonek oraz posiadania telefonów komórkowych. Próba negocjacji została przez rząd błyskawicznie odrzucona. Przepełnione więzienia zaczęły jeszcze bardziej pękać w szwach. Nawet cele stworzone docelowo dla jednej osoby musiały pomieścić kilkoro przestępców. Drobne sukcesy nie mogą jednak w żadnym wypadku przyćmiewać szeregu problemów, z którymi dalej boryka się kraj. Wciąż bardziej polega to na wojnie podjazdowej, kiedy reakcją na sukcesy jednej z grup jest frontalny atak kontrprzeciwnika. Reakcją gangsterów była publikacja filmu, w którym zapowiedziano, że rząd nie będzie w stanie zakończyć działalności gangów, ponieważ są one częścią społeczności Salwadoru. W wideo padły też słowa: „Mamy narzędzia, dzięki którym możemy przyjść i zniszczyć politykę tego kraju”. W 2017 r. przestępcy brutalnie zabili jeden z nielicznych pozytywnych symboli próbującego powstać z kolan kraju. 15-letni hipopotam Gustavito z zoo w stolicy kraju był ulubionym zwierzęciem dzieci z Salwadoru. Niestety, na początku roku został odnaleziony w swojej zagrodzie z licznymi ranami ciętymi na szyi oraz głowie. O życie zwierzęcia walczono kilkanaście godzin. Bez skutku. Fala wściekłości i bezradności przetoczyła się przez kraj. Jeden z głównych gangsterów Barrio 18 w rozmowie z dziennikarzem „The New York Times”  powiedział w drugiej połowie 2017 r. w materiale o sytuacji panującej w kraju, znamienne słowa: „Przemoc musi osiągnąć poziom znacznie wyższy niż obecny, aby nadszedł moment prawdy”. Tymczasem badania w kraju wskazują, że prawie 40 proc. Salwadorczyków popiera stosowanie tortur w celu walki z gangami, a 34,6 proc. zgodziłoby się na pozasądowe zabójstwa. Na nieszczęście wszystkich widmo spokoju tym bardziej wydaje się bardzo odległe.
 
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki