Logo Przewdonik Katolicki

Prymas międzyepoki   

Paweł Stachowiak
FOT. NARODOWE ARCHIWUM CYFROWE

„Trzeba papiestwo sprowadzić do prostoty pokory, ubóstwa. Trzeba skończyć z pychą, luksusem, ambicją, zarobkowaniem, ale także z biurokracją i centralizacją…”. Nie, to nie papież Franciszek, to kard. August Hlond. 15 maja w Watykanie odbędzie się dyskusja nad jego heroicznością cnót.

W drugim dniu Wielkanocy roku 1945, w paryskim kościele polskim przy ulicy St. Honore diakon odczytywał przeznaczony na ten dzień tekst z Ewangelii św. Jana: „Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce. Najemnik zaś i ten, kto nie jest pasterzem, którego owce nie są własnością, widząc nadchodzącego wilka, opuszcza owce i ucieka, a wilk je porywa i rozprasza; dlatego, że jest najemnikiem i nie zależy mu na owcach”. Ci, którzy spojrzeli wówczas na celebransa, dostrzegli, że po jego skamieniałej twarzy spłynęła łza. Msza była sprawowana przez prymasa Polski kard. Augusta Hlonda, niedawno uwolnionego z niemieckiej niewoli i przygotowującego się do powrotu, via Rzym, do kraju. Dlaczego prymas płakał, słuchając tego właśnie fragmentu Ewangelii? Zapewne mógł go odczytać jako swoisty wyrzut wobec siebie, pasterza, który we wrześniu 1939 r. pozostawił swoje owce i wyjechał z kraju. Ta decyzja, do dziś będąca przedmiotem kontrowersji, naznaczyła go na całe późniejsze życie. Nigdy się do niej publicznie ani prywatnie nie odniósł, choć wszyscy z jego otoczenia byli świadomi, jak wielkim jest dla niego wyrzutem sumienia. To był jego osobisty krzyż. Wielka praca wykonana przezeń dla Kościoła i Polski pozostała bowiem w cieniu oskarżeń podających w wątpliwość jego odwagę i pasterską odpowiedzialność.
 
Zakorzeniony w przeszłości, spoglądający w przyszłość
August Hlond, Ślązak, urodzony w 1881 r. nieopodal Mysłowic, tam gdzie stykały się wówczas granice trzech zaborczych imperiów, Rosji, Niemiec i Austrii, był wychowankiem Towarzystwa Salezjańskiego. Jego charakter ukształtowały po równi śląski rodowód, duch księdza Bosko i wieloletni pobyt w Rzymie i Wiedniu. Był Europejczykiem, mówił wieloma językami, swobodnie poruszał się na kościelnych i świeckich salonach epoki, ale jednocześnie pozostał Polakiem o szczerym, romantycznym, nieco mistycznym, patriotyzmie. Od 1922 r. administrator, a od 1925 r. pierwszy biskup katowicki; wkrótce, bo już w czerwcu 1926 r. nominowany na stanowisko arcybiskupa Gniezna i Poznania – prymasa Polski. Pozostał nim 22 lata, aż do swej śmierci w październiku 1948 r. Wszyscy wiemy, na jaki czas przypadła jego posługa: czas wzrostu totalitarnych reżimów, tragedii II wojny światowej, wreszcie powojennego, komunistycznego zniewolenia Polski. Świat, który istniał, gdy przyjmował paliusz metropolity, odmienił się całkowicie podczas jego dalszego życia. Przyszło mu obserwować i współtworzyć „międzyepokę”, jak nazywał ten czas Melchior Wańkowicz, dni podczas których „przemija postać świata”, a jednocześnie rodzi się jego nowe, groźne i nieznane oblicze. Kard. August Hlond był szczególnym świadkiem tej „międzyepoki”, człowiekiem zakorzenionym jeszcze w dawnej rzeczywistości Kościoła i świata, ale spoglądającym w przyszłość czasów nowych.
 
Zapiski
Możemy szukać jego myśli w ogromnej spuściźnie, którą pozostawił. Zebrana została w 105 tomach Acta Hlondiana, monumentalnym dziele salezjanina ks. Stanisława Kosińskiego. Jest wszelako jeszcze inne źródło, które pozwala poznać prymasa z perspektywy bardziej osobistej, mniej skrępowanej wymogami oficjalności. Są to zapiski z jego notatnika, swoisty raptularz, który nie miał być zapewne przeznaczony do druku, jego fragmenty ukazały się w wydawnictwie Hlondianum, w 1995 r. To szczególny tekst, zawiera części o charakterze dziennika (np. opis pielgrzymki do Argentyny w 1934 r. i wyjazdu z kraju we wrześniu 1939 r.), ale w większości składa się z luźnych, urywanych myśli zapisywanych na bieżąco, nieredagowanych, często emocjonalnie szczerych. Wyłania się z nich obraz żywego człowieka, osobowości bynajmniej nie oczywistej, kogoś, kto jednocześnie lęka się nowoczesności i patrzy na nią z nadzieją, który zmienia swój pogląd na świat, choć nie zawsze potrafi wydobyć się z kolein myślenia uformowanego jeszcze u schyłku XIX stulecia. Warto napisać o tym dziś w przededniu jego spodziewanej beatyfikacji.
 
Upokorzenie w Watykanie
Pośród niezliczonych wątków, obecnych w kardynalskich zapiskach, wyróżnia się jeden – refleksja o Kościele i o potrzebie jego reformy w zmieniającym się świecie. Jeśli znamy Rzym tamtej, nie tak wcale dawnej epoki: papieża w tiarze noszonego w lektyce, poprzedzanego wielkimi wachlarzami ze strusich piór, kardynałów w cappa magna z wielometrowymi trenami, to całe fascynujące, ale jakże archaiczne teatrum, zrozumiemy, jak drażniącym musiało być ono dla wielu ludzi. Coraz mocniej odczuwano, iż Kościół winien zdobyć się na „strząśnięcie z tronu św. Piotra kurzu, który się na nim nagromadził od czasów Konstantyna”, jak powiedział po swym wyborze św. Jan XXIII. Kard. August Hlond bez wątpienia należał do radykalnych zwolenników takiego oczyszczenia, na czym zaważyły zapewne jego osobiste doświadczenia. Watykan Piusa XII, papieża dyplomaty, skłonnego do wielkiej ostrożności w słowach i gestach, był dla Hlonda miejscem, gdzie doznał wielu osobistych upokorzeń, szczególnie wtedy, gdy we wrześniu przybył tam, aby uwrażliwiać papieża i jego otoczenie na los Polski. „Spotykam dostojników kościelnych myślących głową Goebbelsa”, zanotował, zaskoczony tym, jak silnie oddziaływała w Watykanie propaganda niemiecka sugerująca, że to Polska przez swą nieustępliwość wobec Rzeszy winna jest wybuchowi konfliktu. Z wielką nadzieją czekał na audiencję papieską dla Polonii rzymskiej, chciał przemówić, wypowiedzieć słowa konkretnie i bez dyplomatycznych uników ukazujące los kraju. 30 września 1939 r. Pius XII przyjął Polaków, był serdeczny, wręcz czuły, ale nie potępił najazdu niemieckiego, a prymasowi nie pozwolono powiedzieć słowa. Papieska osobowość, ukształtowana w zamkniętym świecie watykańskiej dyplomacji, umożliwiała mu okazywanie uczuć, ale na gruncie prywatnym, publicznie zachowywał bolesną dla wielu ostrożność. Prymas nigdy nie krytykował papieża, ale wiele wskazuje na to, że podobnie jak liczne grono Polaków, oczekiwał od niego słów bardziej jasnych i konkretnych. Czyż można inaczej interpretować takie słowa: „Nie tylko potrzeba papieżowi daru politycznego i dyplomatycznego zmysłu, ani wyrafinowanej przezorności na sprawy, czy nawet bojaźliwej roztropności w stosunku do rządów. (...) Trzeba raczej zdecydowania, energii, śmiałości, choćby z pewnym ryzykiem, gdy chodzi o realizację Ewangelii…”.
 
Papież ma żyć w pokorze
Kard. Hlond miał wizję papiestwa wręcz wyprzedzającą swoją epokę, pasującą raczej do dzisiejszych gestów papieża Franciszka: „Osoba papieża ma być nie zawsze Włochem, lecz i z innych narodów, i ras kolorowych. (...) Stolica Apostolska jest obecnie w pewnym stopniu w niewoli u Włochów”, pisał. Trudno nie przypomnieć sobie słów Franciszka wołającego: „Pragnę Kościoła ubogiego i dla ubogich”, gdy czytamy w prymasowskich Zapiskach: „Papież ma żyć w pokorze. Obecny kult ceremonialny dla papieża nie jest po myśli Bożej (...) Papież ma wstępować do św. Piotra pieszo, a niekiedy boso! (...) Papież ma wyjść z Watykanu, z osamotnienia na Zachodzie, z więzienia prymasa Włoch, musi pójść w świat, wsiąść z powrotem w łódź piotrową. (...) Trzeba papiestwo sprowadzić do prostoty pokory, ubóstwa. Trzeba papiestwo uwolnić z ciasnych, krepujących ceremoniałów i dworskich widowisk średniowiecznych. Trzeba skończyć z pychą, luksusem, ambicją, zarobkowaniem, ale także z biurokracją i centralizacją…”. Prymas nie unikał także proponowania rozwiązań niezwykle konkretnych, niektórych szokujących nawet dziś, cóż dopiero wtedy. Pragnął choćby otwarcia na chrześcijaństwo wschodnie i sugerował, że papież powinien przynajmniej raz w roku być w Jerozolimie, „która ma być jego druga stolicą”. Sprzeciwiał się wszelakim przejawom „feudalnej próżności”, np. herbom biskupim czy wyrafinowanym strojom i dekoracjom świątyń: „Wszyscy w Kościele równi – pisał – nie robić wystawy światowości, dywanów, szmat dekoracyjnych, herbów, kwiatów, scen teatralnych”. Choć postrzegał ekumenizm, charakterystycznie dla tamtej epoki, jako powrót „braci odłączonych”, „schizmatyków” i „heretyków” do jedności z Kościołem katolickim i dla Żydów widział jedynie drogę „nawrócenia”, to był w swych pomysłach zaskakująco nowatorski: „Żydom nawróconym można przyznać ryt izraelski z językiem hebrajskim, ze strojami kapłanów Starego Testamentu, ze stylem świątyni jerozolimskiej” – proponował.
 
Prekursor Soboru
Zwieńczeniem jego wizji była zapisana w 1946 r. propozycja przeprowadzenia „Concilium Vaticanum II” (Soboru Watykańskiego II). W dziesięciu punktach sformułował kard. Hlond jego konkretny program, często bliski temu, co 13 lat później zainicjował Jan XXIII. Wzywał do uproszczenia liturgii tak, aby sprzyjała „czynnemu udziałowi ludu”. Jej aktualny stan nazywał słowami zaskakująco surowymi, zarzucał „wyolbrzymiony rytualizm liturgiczny” i z gryzącą ironią stwierdzał: „Doszło do tego, że suma pontyfikalna to taka sama zagadka i taka sama nudna sensacja, jak ceremoniał obrzędowy jakiego wschodniego bonzy i lamy”. Domagał się zasadniczej odnowy stanu duchownego „in capite et in membris” (w głowie i członkach). „Wychowanie kleru, który po latach studiów teologicznych nie zna ani Ewangelii, ani jej ducha. Kler musi wrócić do pierwotnej świętości swej misji, do ducha nadprzyrodzonego”, tak postrzegał zasadniczy cel tej odnowy. Sugerował potrzebę „pewnej decentralizacji zarządu Kościoła, aby różne kompetencje dziś zastrzeżone dla Stolicy Apostolskiej odstąpić biskupom”. Chciał „jasnego określenia roli i granic kompetencji Kościoła w sprawach doczesnych, zwłaszcza do polityki i spraw społecznych, do cywilizacji i kultury”. Pragnął, aby sobór „stwierdził jedność i konieczność harmonii praktycznej między wiarą i wiedzą, między Kościołem a państwem, między człowiekiem a społecznością, między postępem technicznym a rozwojem duchowym i moralnym”. Czytając dokumenty Soboru Watykańskiego II, trudno oprzeć się wrażeniu, że był prymas Polski jego, zaskakującym swą wyobraźnią, prekursorem.
 
Masoneria, mesjanizm, Opatrzność
August Hlond był jednak dzieckiem swych czasów. Jego profetyczne wizje reformy Kościoła zespolone były z poglądami dziś raczej odosobnionymi. Największe zło zdawał się postrzegać nie tyle w komunistycznym czy faszystowskim totalitaryzmie, choć je oczywiście całkowicie odrzucał, ile w masonerii, która urasta na kartach jego Zapisków do postaci mrocznej, wszechobecnej i wszechpotężnej siły, źródła wszelakich błędów współczesności. Nie akceptował innej formy państwa aniżeli ta, dla której jedyną inspiracją jest chrześcijaństwo. Ulegał, charakterystycznym dla tamtych lat uprzedzeniom wobec Żydów, choć jednocześnie starał się łagodzić najbardziej brutalne przejawy antysemityzmu. Im był starszy, tym częściej wypowiadał myśli inspirowane mesjanizmem: „Polska jest narodem wybranym”, pisał, „Królestwo Boże w Polsce ma się rozpocząć i rozszerzyć na cały świat”, dodawał. Błąd popełniłby jednak ten, który dopatrywałby się tu jakiejś niespójności, jego myśl wyrastała bowiem z jasnego założenia, które sam tak określił: „Obrona godności osoby ludzkiej, która ma swe święte przeznaczenie i prawa”. Być może takich właśnie ludzi posyła Opatrzność na czasy „międzyepok”, gdyż czują i rozumieją to, co dawne, a równocześnie jasno i z nadzieją patrzą w przyszłość.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki