Logo Przewdonik Katolicki

Skandal miłosierdzia

Abp Grzegorz Ryś
FOT. GRZEGORZ MICHAŁOWSKI/PAP

Pocałunek Nikt nie jest dla Boga stracony. Marnotrawny syn, doświadczony upodleniem, stanął (…) w prawdzie o sobie. Kwestia, którą przygotował do wygłoszenia, jest tego znakiem.

Tego typu gorzki rozrachunek z samym sobą to kluczowy etap w drodze do nawrócenia – tak powinien wyglądać nasz rachunek sumienia. Jednak skrucha to jeszcze za mało. Człowiek nawraca się nie przez to, że sięgnął dna i widząc to, chce się wyrwać, ale przez to, że z tego dna podnosi go miłość. „Ten mój syn był umarły, a znów ożył – mówi ojciec – zaginął, a odnalazł się”. Tylko miłość może pokonać śmierć.
Zachowanie ojca nie jest naiwne, emocjonalne, chwilowe. Dopiero w tym momencie, gdy wychodzi on do swego powracającego dziecka, syn się nawraca: uznaniem prawdy o sobie otworzył się na szansę nawrócenia, jednak samo nawrócenie przyszło spoza niego jako łaska spotkania z ojcem. Ojciec przecież nie zna jeszcze motywacji syna, ani słów jego przeprosin. Po prostu poruszony wybiega do dziecka, o którym nigdy nie zapomniał, i wita je gestem pocałunku, a więc głębokiej czułości. To w tym momencie syn marnotrawny nawraca się. Ojciec wychodzi do syna nie dlatego, że ten wraca skruszony, lecz wychodzi dlatego, że kieruje się w swoim postępowaniu miłością. Przemiana następuje w synu dzięki temu, że ojciec pozostaje mu wierny bez żadnych warunków, wyłącznie na mocy przymierza miłości rahamim. Ojciec jest wierny swojemu ojcostwu.
Mimo niespodziewanego powitania syn nie rezygnuje z wyznania: „Ojcze, zgrzeszyłem przeciwko niebu i względem ciebie. Już nie jestem godny nazywać się twoim synem”. W ewangelicznej narracji ojciec nawet nie odpowiada synowi na ten akt skruchy. Słowa marnotrawnego potomka opisują konsekwencje zdarzeń w przeszłości, ojciec zaś widzi więcej, patrzy dalej: oto człowiek powraca do życia. Dostrzega, że godność – zatracona i na nowo odnaleziona – jest rdzeniem nadziei miłosierdzia. (…)
 
Zawistnik
W tym czasie starszy brat wraca z pracy. Słyszy muzykę, dostrzega tańczących ludzi. Zaskoczony przywołuje sługę. Usłyszawszy historię powrotu brata, wpada we wściekłość. Postanawia zbojkotować święto, które zarządził jego rodzic.
Ojciec już drugi raz tego dnia wychodzi przed dom. Dom, który jest również domem jego dzieci. Jednak on musi swych synów wciąż – każdego na inny sposób – zachęcać do wejścia w te progi. Wychowywał ich wiele lat, a wciąż musi przekonywać swe dzieci do wartości ojcowskiego uczucia. Syn pierworodny mówi jednak: „Tyle lat ci służę i nigdy nie przekroczyłem twego polecenia, ale ty nigdy nie dałeś mi nawet koźlęcia, abym się mógł zabawić z przyjaciółmi. A gdy wrócił ten twój syn, który roztrwonił twój majątek z nierządnicami, zabiłeś dla niego tłuste cielę”.
Zamiast wychodzić do synów przed dom, czyli kontynuować te lata trudu tworzenia rodziny, które mogą się wydawać teraz bezowocne, ojciec mógłby poczuć się niedoceniany przez dzieci albo wręcz podda c się i pozostawić dorosłych już mężczyzn ich własnym losom. Przecież starszy syn, nie wchodząc do domu, po pierwsze, kwestionuje samą wartość domu i rodziny, a po drugie kwestionuje wolę i miłość ojca względem młodszego syna, czyli zasadę miłości rządzącą relacjami rodzinnymi. Ojca nie traktuje jak ojca, brata nie ma sobie za brata. Z jego słów bije gorycz, zawiść i strach przed wzięciem życia we własne ręce. Myśli zupełnie inaczej niż ojciec. Czuje się pokrzywdzony.
Taki musi być rezultat poddawania kalkulacji tego, co jest bezcenne: człowieczeństwa brata i miłości rodzicielskiej ojca. Synowi pierworodnemu nie przejdzie już przez usta nawet słowo „brat”. Rzuca oskarżenia bez uzasadnienia: oczernia brata sugestią, że majątek przepuścił z nierządnicami. Zgodnie ze zwyczajem jako pierwszemu synowi należało mu się dwie trzecie majątku ojca, a więc dwa razy więcej niż młodszemu bratu. Przykłada markę sprawiedliwości: ja ci służę, a nie otrzymałem, on wziął i przepuścił, a jemu dajesz.
(…)
 
Tak blisko, tak daleko
Przypowieść stawia nachalne pytanie, którym z dwóch synów jestem ja sam? Tym, który nieomal stracił swe życie, a odzyskał je tylko dzięki miłosierdziu ojca, czy raczej tym zawsze „sprawiedliwym”, który potrafi wszystkiemu wyznaczyć miarę?
Pogubili się obaj synowie. Żeby popaść w śmierć, wcale nie trzeba, jak marnotrawny syn, odejść daleko i zdać się na łaskę bądź niełaskę losu. Śmierć dosięga nas nie tylko z dala od domu. Może nas dopaść również w czasie i miejscu, gdzie czujemy się bezpiecznie. Żeby odejść od Boga wcale nie trzeba opuszczać Kościoła. Można tkwić w samym jego sercu, ale nie znać Chrystusa. Można zgubić się we własnym domu.
Często wręcz łatwiej jest sobie uświadomić, że przegrywamy z grzechem, kiedy jesteśmy w oddaleniu. Pozostając w bliskości, nieraz znacznie trudniej nam odkryć, że jesteśmy ludźmi, którym miłosierdzie jest niezbędne. Dwaj bohaterowie przypowieści to dwa pytania do nas samych.
Czy nie zagubiłem się i nie wkroczyłem na drogę śmierci, jak syn marnotrawny?
Czy nie staję w poprzek Bożego miłosierdzia wobec ludzi, jak syn pierworodny?
 
Skandal
Miłosierdzie jest skandalem. Chociaż sami byśmy go oczekiwali, nie dajemy do niego prawa innym ludziom. Pytamy już nawet nie o to, „dlaczego” miłosierdzie, ale „dlaczego dla tego drania” i „dlaczego za darmo”. Dlaczego Bóg jest miłosierny wobec kogoś, kto sobie na to nie zasłużył? Sprawiedliwi cierpią, a grzesznikom się powodzi. Źle Pan Bóg poukładał ten świat…
Dokonujemy sądu nad bliźnim i nad samym Panem Bogiem. (…) Nie pamiętamy już, że to my będziemy sądzeni. „Jaką miarą mierzycie – przestrzega Jezus – taką i wam odmierzą”. (…) Miara sądu Bożego może być zaś tylko jedna, zgodna z tym, co o królestwie niebieskim mówił Jezus w ośmiu błogosławieństwach: „Szczęśliwi miłosierni, ponieważ oni dostąpią miłosierdzia”. Albo będziemy miłosierni, albo straceni. To jedyne z błogosławieństw, które nie ma innej miary poza samym sobą: miłosierdzie za miłosierdzie.
My jednak wciąż wybieramy sprawiedliwość. Wydaje się nam, że ją poznaliśmy, posiedliśmy i potrafimy wymierzyć. To ułuda, którą samych siebie wodzimy za nos. Jeśli zaś zapanowaliśmy nad sprawiedliwością – myśli zwiedzeni pychą – to po co nam Bóg, po co wcielenie, męka i zmartwychwstanie Jezusa?
Naszą wrażliwość skrępowała katechizmowa formułka o Bogu jako „sędzim sprawiedliwym, który za dobro wynagradza, a za złe karze”,  wyobraźnię zdominowały kategorie myślenia rynkowego. Święty Mikołaj – jedna z najpiękniejszych postaci ludzkiego miłosierdzia w chrześcijaństwie – stał się kimś, kto przynosi prezent (…). To głębokie zafałszowanie tej postaci. Mikołaj, zanim jeszcze został biskupem, wręczył trzem prostytutkom po bryłce złota. I to wcale nie dlatego, żeby były grzecznymi dziewczynkami. Nie czekał aż się nawrócą i wejdą na dobrą drogę. Święty wiedział, że tylko pomagając dziewczynom – takim, jakimi są – da im szansę na to, aby się zmieniły: złoto wzięły jako posag i dzięki temu mogły poszukać sobie mężów. (…)
Przez sprawiedliwość człowiek się nie zmieni – sprawiedliwość jest dla satysfakcji tego, który ją wymierza. Miłosierdzie jest po to, by dać człowiekowi szansę przemiany. Sprawiedliwość jest rozrachunkiem z przeszłością, miłosierdzie jest chrześcijańską nadzieją w przyszłość. (…) Nikt nie jest stracony, bo Bóg nie rozdaje cukierków grzecznym dzieciom, ale podnosi w górę tych, którzy dotknęli dna.
 



Fragmenty pochodzą z książki „Skandal miłosierdzia” Abp Grzegorz Ryś,
Wydawnictwo WAM 2015

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki