W Adwencie myślę o śmierci

Ostatnio często myślę o śmierci – zwierzyłam się jakiś czas temu na spotkaniu redakcyjnym, na którym planowaliśmy działania adwentowe.
Czyta się kilka minut
Fot. Magdalena Książek
Fot. Magdalena Książek

Zaczęłam rozwijać, co mi tam po głowie krąży, i dopiero po chwili zorientowałam się, jaką konsternację wywołałam. Bo wiadomo, kiedy wszystko jest w porządku, to się człowiek nad takimi sprawami nie zastanawia. No właśnie, dlaczego? Oczywista odpowiedź brzmi: bo boimy się śmierci i wydaje nam się, że jak ją zepchniemy w jakiś kąt mózgu, to nam się nie przydarzy. Więc po co wywoływać wilka z lasu?
Pewnego dnia szłam bardzo poirytowana, prowadząc ze sobą zaciętą wewnętrzną dyskusję. Nagle zorientowałam się, że jestem na środku ulicy. Odbyło się to bez wcześniejszego rytualnego: spójrz w lewo, prawo i jeszcze raz w lewo. Skoro nie zauważyłam granicy między chodnikiem a jezdnią, to z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że nadjeżdżającego samochodu też bym nie zauważyła. Nic się wtedy nie stało, ale równie dobrze mogło się stać: Anna Sosnowska zakończyłaby swój ziemski żywot w wieku 35 lat. Wbrew pozorom było to bardzo, hmmm, ożywcze doświadczenie.
Przesadzam, koloryzuję, dramatyzuję? Niekoniecznie, bo powiedzenie „nie znamy dnia ani godziny” nadal jest w mocy i w kilku prostych słowach streszcza niesamowitą tajemnicę ludzkiego życia.
O co mi w ogóle chodzi?, mogą się Państwo zastanawiać. Okresy liturgiczne mi się pomyliły? Choinka w Watykanie już stoi, radio od kilku tygodni serwuje nam świąteczne piosenki, pierniki upieczone albo za chwilę będą lądować w piekarniku, godzina wigilii przyklepana, a ja tu wyjeżdżam z jakąś śmiercią i klimatami co najmniej wielkopostnymi.
Ano wyjeżdżam, bo przecież pierwsza część Adwentu (do 16 grudnia włącznie) ma być, jak to się ładnie mówi, radosnym oczekiwaniem i przygotowaniem na powtórne przyjście Pana, co siłą rzeczy jakoś zahacza i o naszą śmierć. Czasem mam wrażenie, że nawet duszpasterze nie do końca wiedzą, w jaki sposób ten teologiczny temat ugryźć, by porzucić utarte formułki i przekuć go na atrakcyjny (przepraszam za to słowo), zrozumiały dla wiernych i pociągający komunikat.
Być może warto zacząć od tego, że myślenie o śmierci tak naprawdę jest myśleniem o życiu – i nie tylko życiu wiecznym, ale też o doczesnym; że świadomość nieuchronności śmierci i tego, że ona nie trzyma się żadnych przewidywalnych reguł, może mobilizować nas do lepszego ustawiania priorytetów, do realnej oceny, co się dla nas powinno liczyć, a co nie, do autentycznego cieszenia się tym, co tutaj mamy, do porządkowania tego, co się pogmatwało, a przede wszystkim do kochania bardziej. A to wszystko przecież – harmonia, pokój, radość, miłość, jedność – na ile nam wiadomo, będzie nadal istnieć po drugiej stronie życia, i to w niebotycznej, że się tak wyrażę, „ilości”.
Ta perspektywa pozwala nam skleić w całość te wszystkie niby niepasujące do siebie elementy: biblijne zapowiedzi paruzji, zapach przypraw korzennych, tęsknotę za Bogiem, tęsknotę za spełnionym życiem, przedświąteczne zamieszanie i Jezusa niemowlę. Taki Adwent może być dużo większym wyzwaniem niż samo heroiczne zwlekanie się na Roraty.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 49/2017