Logo Przewdonik Katolicki

Pocałunek Boga

ks. Krzysztof Porosło
FOT. GRZEGORZ MOMOT/PAP. Procesja Bożego Ciała w Czerwiennem k. Zakopanego.

Dlaczego w Boże Ciało wychodzimy z Najświętszym Sakramentem na ulice miast i wsi? By zamanifestować wiarę? A może po to, aby rozpoznać Wędrowca, który przechodzi przez naszą codzienność?

Myśląc o uroczystości Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, warto spojrzeć na ewangeliczną scenę, kiedy to dwaj uczniowie rozczarowani po śmierci Jezusa uciekają z Jerozolimy do Emaus. W pewnym momencie na ich drodze staje Nieznany Wędrowiec, który przyłącza się do nich i rozpoczyna rozmowę. Pod wieczór, kiedy docierają do celu, zachęcony naleganiem dwóch towarzyszy, zasiada z nimi do wieczerzy, aby w znaku łamanego chleba rozpoznali obecnego Pana. Ta historia doskonale tłumaczy sens procesji eucharystycznych, które w czwartek przejdą przez wszystkie polskie wsie i miasta. Ona łączy w jedną opowieść: wspólne wędrowanie, głoszenie słowa, biały chleb i obecność Pana.
 
Święto i procesje
Procesja Bożego Ciała jest od samej uroczystości nieco młodsza. Święto powstało z inspiracji mistyczki św. Julianny z Mont Cornillon i rozpowszechniło się dzięki papieżowi Urbanowi IV, który w 1264 r. ogłosił je obowiązujące dla całego Kościoła. Jednak sama procesja eucharystyczna stała się nieodłącznym elementem tego święta dopiero na przełomie XIV–XV w. Była ona z jednej strony okazją do pogłębiania kultu Eucharystii i wyznawania wiary w realną obecność Jezusa pod postaciami eucharystycznymi, z drugiej zaś, miała charakter błagalny, tzn. była formą zadośćuczynienia za grzechy i zniewagi wobec Eucharystii, a także modlitwą przywołującą Boże błogosławieństwo. Procesje Bożego Ciała, które miały swój początek na terenach niemieckich, charakteryzowały się zatrzymywaniem przy czterech statio, które dzisiaj nazywamy czterema ołtarzami. Przy każdym z nich odczytywano początek poszczególnych Ewangelii. Dzisiaj czyta się przy nich cztery fragmenty mówiące o tajemnicy Eucharystii.
 
Manifestacja wiary?
Kluczowe pytanie, które pojawia się w kontekście procesji, nie jest związane z tym, skąd się wzięła ta tradycja, ale jaki ma ona sens? Szczególnie dzisiaj, kiedy próbuje się zepchnąć kwestię wiary do przestrzeni prywatnej, oczekując, że nikt nie będzie „narzucał” innym swojej prywatnej pobożności. Czy właśnie dlatego wychodzimy na ulice miast ze śpiewem ku czci Chrystusa, żeby zamanifestować katolicką wiarę, żeby dobitnie pokazać, że ma ona swoje miejsce w przestrzeni publicznej? Pytanie nie jest bezzasadne, bo niejeden raz miałem okazję słyszeć tego dnia z kościelnej ambony wezwanie do „manifestacji naszej wiary”. Nie ukrywam, że kiedy słyszę to wyrażenie, rodzi się we mnie pewien dysonans i niezrozumienie. Owszem, samo wyrażenie w swoim źródłosłowie odnosi się do objawienia czegoś, co było ukryte, tajemne, jednakże słownik języka polskiego tłumaczy słowo „manifestacja” tak: „pochód lub wiec, mający na celu wyrażenie sprzeciwu wobec jakichś działań politycznych, kwestii społecznych; ostentacyjne okazywanie swych poglądów lub uczuć”. Wobec tego, kiedy procesja Bożego Ciała staje się manifestacją czegokolwiek, nawet jeśli ma nią być manifestacja wiara, wydaje mi się to bardzo dalekim wobec Jezusowej logiki objawiania się, która nie ma nic z przymusu, konieczności, walki, przemocy czy siły. Chrystus nigdy nie przymusza, ani do wiary, ani do słuchania Ewangelii, ani do nawrócenia, ani do przyjęcia Jego obecności. On nigdy nie narusza naszej wolności, nigdy nie wchodzi w nasze życie bez pytania i bez naszej zgody na Jego działanie. Dlatego – tego uczy nas opowieść o Emaus – to raczej człowiek musi „przymusić” Go do pozostania, zaprosić do swojego domu i do swojego życia, bo On przechodzi przez nie, ale żeby pozostał, trzeba Go zatrzymać.
 
Cichość Najważniejszego
W eucharystycznych procesjach wszystko jest wielkie i bogate: tłumy ludzi wypełniających największe place miast, najlepsze orkiestry grające kościelne pieśni i głośny śpiew tysięcy gardeł, niezliczone ilości kwiatków dekorujących drogę, baldachimy i złote monstrancje. To wszystko może i powinno robić wrażenie, bo to wszystko jest ważne – jest wyrazem naszej wiary. Jak ktoś kocha, to dla ukochanego chce wszystkiego, co najlepsze. Ale z tym „naj-lepsze” i „naj-większe”, jakby w kontraście, objawia się to, co „naj-ważniejsze” – On: Jezus Chrystus obecny w tym malutkim, kruchym, delikatnym, białym kawałku chleba. Właśnie taki jest On, cichy Wędrowiec na drogach ludzkiego życia, który idzie obok nas i wraz z nami, który jest Drogą, Przewodnikiem i Metą, a my możemy Go albo nie zauważyć i nie rozpoznać, albo wybrać, pokochać i zaprosić do życia.
Oczywiście, procesja eucharystyczna jest przestrzenią dawania publicznego świadectwa wiary w Chrystusową obecność w świecie, ale nie ten aspekt powinien być wysunięty na pierwszy plan. Świadectwo wiary rodzi się jako odpowiedź na to, co dla nas czyni Pan – to On i Jego działanie powinny być postawione w centrum. To działanie można by streścić w jednym zdaniu: w procesji eucharystycznej objawia się prawda o tym, że Bóg jest zatroskany o naszą codzienność, że chce mieszkać wśród nas i w nas, że chce być tam, gdzie my jesteśmy, aby nam błogosławić.
 
Ze złożonymi dłońmi, a nie zaciśniętymi pięściami
Niemiecki teolog Karl Rahner taki pisał o tej procesji: „Procesja jest świętym ruchem ludzi rzeczywiście ze sobą związanych, łagodną falą pełną spokoju i majestatu, pochodem z kornie złożonymi dłońmi, a nie z gorzko zaciśniętymi pięściami – pochodem, który nikomu nie zagraża, nikogo nie wyklucza i błogosławi nawet tym, co stoją zdziwieni z boku i patrzą, niczego nie pojmując. (...) A idzie z nimi sam Pan dziejów. Jest to święty pochód, który prawdziwie ma cel – przed sobą i w sobie”. Zatem nie tyle chodzi o to, aby w tej procesji iść za monstrancją. Znacznie ważniejsze jest w tej procesji iść z Jezusem obecnym w sercu, ponieważ przyjąłem Go w Komunii, ponieważ żyję Jego eucharystyczną obecnością na co dzień. Nie chodzi o to, aby przejść się z innymi wiernymi w religijnym korowodzie, ale żeby iść za Jezusem każdego dnia w jednym kierunku – do nieba. Znacznie lepiej tego dnia nie tyle skupiać się na „publicznym okazywaniu wiary”, ile na modlitwie i na adoracji Najświętszego Sakramentu, w najgłębszym tego słowa znaczeniu. Ad-oratio znaczy tyle, co podnosić kogoś/coś do ust, oznacza pocałunek. Średniowieczny dominikanin Henryk z Bitterfeld tłumaczył, że kiedy człowiek jako grzesznik w pokorze pada na kolana do stóp Jezusa, to wtedy On podnosi go do swoich ust, aby go pocałować. Uklęknij zatem przed Najświętszym Sakramentem na ulicy swojego miasta czy wioski, aby doświadczyć w tym geście adoracji, jak bardzo Bóg cię kocha, aby doświadczyć pocałunku samego Boga.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki