Logo Przewdonik Katolicki

Boże, co ja zrobiłem

ks. dr Mirosław Tykfer

Rozmowa z o. Tadeuszem Rydzykiem, dyrektorem Radia Maryja, o kapłaństwie, historii radia, samotności i zmaganiu o zaufanie do Boga

Radio to Ojca marzenie czy zaskoczenie?
– To ma związek z odkrywaniem Pana Boga. W dzieciństwie. Pierwsze katechezy były w domu. Mama, rodzeństwo. Ojciec był bardziej zdystansowany. Rodziły się pierwsze poważne pytania o życie. Powoli odkrywałem, kim jest Pan Bóg. Chodziłem do kościoła, ale ksiądz wydawał mi się taki daleki. Pamiętam, że pomyślałem wtedy, że jeśli Bóg przyszedł do wszystkich, to dlaczego mówi o nim tylko ksiądz. A ludzie? Dlaczego milczą? Dlaczego są jakby oddaleni?
 
Takie poważne przemyślenia miał Ojciec, będąc dzieckiem?
– To nieprawda, że dziecko nie myśli. Myśli. Pierwszy raz o tym czy nie zostać kapłanem zacząłem myśleć w siódmej klasie. A wcześniej miałem różne pomysły.
 
Jakie?
– Chciałem być jak komuniści. Może to kogoś dzisiaj dziwi, ale nasłuchałem się różnych głupot w szkole i przychodziły mi takie dziwaczne myśli. Jednak gdy się zastanawiałem, to mi jakoś nie pasowało. Co innego w domu, co innego w szkole. Ci komuniści też byli jacyś dziwni. Mówili źle o księżach. Jeden z naszych sąsiadów był bardzo „czerwony” i bardzo źle wygadywał na księży. Powiedziałbym, że wręcz wulgarnie. Nie wszystko, co mówił, rozumiałem, a kiedy pytałem kolegów i oni wyjaśniali, to był to dla mnie szok. Dlatego postanowiłem się księżom przyglądać, czy to, co o nich mówią, to prawda. Okazało się, że to nieprawda. Księża byli bardzo sympatyczni. Zobaczyłem, że mają coś w sobie, czego nie ma wielu ludzi: jakąś taką piękną szlachetność. Polubiliśmy bardzo księdza, który uczył nas religii. Dyrektor bardzo go nie lubił. Zwalczał go. Było to wtedy, kiedy religia przez pewien czas była w szkole.
 
Wtedy zrodziła się myśl o powołaniu kapłańskim?
– Tak. Pomyślałem, że będę księdzem misjonarzem. Najpierw chciałem być chrystusowcem. Tylko że mi ktoś powiedział, że aby do nich wstąpić, trzeba znać sześć języków, a ja tylko jakoś radziłem sobie z rosyjskim, którego zresztą do dziś nie lubię. Dla mnie było więc jasne, że nie dam rady. Potem myślałem, żeby być misjonarzem. No i w końcu była też pewna refleksja o moim mieście. Jedno kino, stadion. A właściwie trudno nazwać to stadionem, takie boisko. Miasto powiatowe. Komuniści nie dbali o rozwój kultury. Nic szczególnego się tam nie działo.
 
Dlaczego ta refleksja nad miastem była tak ważna?
– Ludzie ciężko pracowali. Chodzili do kościoła, ale nie wszyscy żyli według tego, co tam słyszeli.  Szybko się wyrwałem ze swego miasta, już do niższego seminarium. Ale to było po roku. Wcześniej trafiłem do szkoły zawodowej. Nie było już miejsca w liceum i moi rodzice chcieli, żebym poszedł chociaż do zawodówki. Szybko jednak zrezygnowałem. Po miesiącu powiedziałem rodzicom, że nigdy tam nie wrócę. Nie mogłem znieść zachowania tego środowiska. Było tam dużo brutalności. I ten brutalny język.
 
Potem było spotkanie z redemptorystami. Dlaczego Ojciec został z nimi?
– Bo chciałem być misjonarzem. Urzekła mnie ich otwartość na ludzi. Nie robili różnicy między biednymi i bogatymi. Byli z wszystkimi i mówili prawdę. Ich kazania bardzo mi się podobały.
 
A jak zrodziła się myśl o radiu?
– To Pan Bóg pisze naszą historię. Chciałem założyć centrum dla ewangelizacji. Wciąż w pamięci nosiłem ludzi z mojego rodzinnego miasta, którzy chodzili do kościoła, nawet na pielgrzymki, ale bywało różnie. Zastanawiałem się, gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Co oni rzeczywiście wynosili z kościoła. Dla nich chciałem tego centrum. Takie wówczas były moje marzenia. Już w seminarium.
 
Centrum dla ewangelizacji w tamtych czasach?
– Tak, dla świeckich. Myślałem, że mogliby przyjeżdżać tylko na koniec tygodnia, żeby się formować. Takie centra widziałem wcześniej w Bombaju i w diecezji augsburskiej. Bardzo mi się podobały. Były świetnie zorganizowane. Były wykłady, modlitwa i rozmowy. Część ludzi była wolontariuszami. To było pogłębienie wiary, a w Polsce tego brakowało. Marzyłem o tym. Ale nie było miejsca i środków.
 
A radio?
– Historia rozwijała się powoli. Myślałem o mediach, o słowie drukowanym, ale zaczynałem od rzeczy bardzo prostych. Na początku były ulotki. Drukowałem je na dość prymitywnej maszynie. Dla uczniów i studentów. Chciałem, żeby mogli coś poczytać w domu. Dawałem im też książki. Potem myślałem o piśmie katolickim. Jeszcze w stanie wojennym był drugi obieg, w którym sprzedawano prasę i książki zabronione. Angażowałem się w to. Jednak gdzieś w głębi czułem, że to jeszcze nie to. Cały czas modliłem się w tych intencjach. Pamiętam, jak angażowałem się w oazę. Z ks. Franciszkiem Blachnickim spotykałem się wiele razy. Potem kilka razy odwiedziłem go w Carlsbergu, gdy nie mógł już wrócić do Polski. Patrzyłem na to wszystko. Przez pewien czas trzymałem z „Tygodnikiem Powszechnym”. Zapraszałem do siebie ludzi z „Tygodnika”. Jednak coś mi tu nie grało. Prosiłem Pana Boga o mądrość, żeby mi pomógł dotrzeć do studentów. Widziałem, co działo się w akademikach. Zachowania studentów były czasem bardzo prostackie. Niektórzy byli ludźmi bardzo pięknymi, ale nie wszyscy. No i wciąż pytałem Boga, co mam robić. Modliłem się o więcej mądrości. Dostałem mocną lekcję życia. To lata w Niemczech. Doświadczyłem mocy Szatana i ogromnej miłości Pana Boga. Doświadczyłem bezpośrednio, czym jest kult Szatana. Poznałem też różne organizacje szkodzące Kościołowi.
 
Jak się to poszukiwanie skończyło?
– Sprawa nabrała tempa, gdy poznałem włoskiego dyplomatę, który źle mówił o Polakach. Więc postanowiłem zaprosić go do Polski, żeby się sam przekonał. Pojechaliśmy najpierw do Krakowa. Był zaskoczony, jak bardzo jest piękny. Następnego dnia pojechaliśmy do Oświęcimia. Był zszokowany. Wyjaśniłem mu, że nasz naród wiele przeżył. Także to. Nie wolno Polaków oceniać, nie znając ich historii. Potem pojechaliśmy do Częstochowy, Kalwarii Zebrzydowskiej i Wadowic. Był zaskoczony, że w Polsce tak bardzo wielu ludzi się modli, jest w kościele, spowiada się. Na końcu pojechaliśmy do s. Faustyny. W sanktuarium Bożego Miłosierdzia zostałem poproszony, aby poczekać godzinę i odprawić Mszę dla wszystkich sióstr. Pomyślałem, że Bóg mi nawet tę ostatnią godzinę odbiera. Chciałem odwiedzić siostrę, porozmawiać. Tym bardziej że niedługo przedtem zmarła nasza mama. Ale zgodziłem się. Odczekaliśmy godzinę i dzięki temu miało miejsce ważne wydarzenie. Czekając na furcie, zobaczyłem, że idzie siostra Elżbieta Siepak, którą pamiętałem jeszcze z czasów sprzed zakonu, kiedy prowadziła radio uniwersyteckie. Powiedziałem to temu dyplomacie, ponieważ ta siostra robiła to świetnie. Mimo cenzury i stanu wojennego ona się nie bała. Powiedziałem mu, że to jest przykład, jacy potrafią być Polacy. Odważni, walczący o prawdę. I kolejny raz mu przypomniałem, że jego opinie o nas są nieprawdziwe. Nie wolno mówić źle o jakimś narodzie. Wszędzie są ludzie dobrzy i źli.
 
A dlaczego to spotkanie było tak ważne?
– Bo po tym spotkaniu ten włoski dyplomata zapytał dlaczego ja nie założę radia. We Włoszech jest radio Maria, można zrobić takie w Polsce. Wiedziałem o tym. On nawet zapewniał, że mi pomoże. Pomocy nie było. Jednak zaczęło się. W sanktuarium Miłosierdzia Bożego, 10 lutego. Następnego dnia było wspomnienie Matki Bożej z Lourdes. Poprosiłem siostry o modlitwę, bo właśnie zrodził się pewien pomysł, ale nie chciałem im powiedzieć jaki. Obiecałem, że powiem później. Potem pojechałem zobaczyć włoskie radio Maria. Spotkałem księdza Mario, który je założył. Pomyślałem – pomysł dobry, ale przyszedł lęk: nie dam rady. Jednak don Mario powiedział: co się boisz! To ma być radio Maryja, nie Tadeusz. Próbowałem im powiedzieć, że może u nas kogoś wskażą biskupi, ale oni nalegali, że to mam być ja. Że Maryja pomoże. Obiecali, że pomogą. Nie za bardzo pomogli. Ja zaś powiedziałem Bogu „tak”.
 
Był Ojciec pewien tej decyzji?
– Tak!
 
To było ryzyko?
– Wiedziałem, że trzeba iść konsekwentnie.
 
Bał się Ojciec?
– To było jak wejście w ciemność. Tak, jakbym w coś wpadł i nie wiedział, jak to się skończy. Czy wstanę ponownie na nogi.
 
To były przecież inwestycje.
– Tak. Ogromne inwestycje. Kiedy wróciłem do Polski, nie było nic. Nie było pozwoleń państwowych. Nie było miejsca. Nie było ludzi. Nie było pieniędzy. Wszystko było ryzykiem. Wie Ksiądz, co ja sobie pomyślałem? Czy jestem normalny. To był rok 1990. Moment ostatecznej decyzji – luty, a w marcu pojechałem do ministerstwa z pismem od prowincjała (który też je podpisał), że chcę radia na całą Polskę. Gdy zobaczyli to pismo w ministerstwie, to mnie wyśmiali. Wtedy pytałem: jak to? Co to znaczy? Gdzie jest wolność?
 
Był Ojciec przekonany, że wyjdzie?
– Nie myślałem o tym. Po prostu robiłem. Ale były takie momenty, że wyobrażałem sobie, jakie będą tego konsekwencje. Męczyło mnie to w dzień i w nocy. I pytałem sam siebie: po co ja to zrobiłem?! Boże, żebym jutro nie musiał już wstawać… Przecież nic nie mam. To było szaleństwo. I modliłem się: Jezu, pomóż mi, Matko Najświętsza, pomóż!
 
Nie wiedziałem, że droga ta będzie tak trudna.
– Była. Musiałem najpierw przekonać współbraci. Poparł mnie mój prowincjał. To było ważne pięć minut. Nie można takich momentów zlekceważyć, trzeba iść do przodu. Nie można odkładać. Trzeba zaryzykować. Chociaż wiedziałem, że z Panem Bogiem co to za ryzyko. Żadne. On nad nami czuwa. Moja rola polegała na tym, żeby zaufać. Ale tak jak sportowiec, który musi się mocno sprężyć i nie poddać. Musi się wysilić, żeby przeskoczyć poprzeczkę. Tak jest z nami wysiłkach duchowych.
 
Miał Ojciec wsparcie?
– Byli Ojcowie, a jeden szczególnie. Między nami była duża różnica wieku, więc inni się dziwili, że tak się ze sobą trzymamy. Mimo to o wielu sprawach musiałem zdecydować sam. Tylu ludzi wokół, a ja musiałem rozmyślać, co i jak. Nie byłem samotny, bo czułem obecność Boga, ale jednocześnie jakoś sam wśród ludzi. Ten mój przyjaciel, chociaż stał z boku, był bardzo życzliwy. Jemu powiedziałem o radiu, dzwoniąc z Niemiec. Odpowiedział, że rzucam się na rzeczy zbyt wielkie. Później jednak zapewniał, że zawsze mogę na niego liczyć. Nawet jeśli wrócę do pokoju bardzo późno w nocy, obiecał, że na mój telefon przyjdzie i porozmawia. To było dla mnie bardzo ważne. I faktycznie przychodził do mnie. Był bardzo stonowany, spokojny. Wiele przeżył w czasie komunizmu. Dlatego mógł spojrzeć na wszystko z pewnym dystansem. Nie zawsze się z nim zgadzałem, ale on był moja bratnią duszą.
 
Słuchał Ojciec jego rad?
– Wsłuchiwałem się w to, co miał mi do powiedzenia, ale wiedziałem, że muszę decydować sam. Wielu doradzało, ale decyzje trzeba podejmować samemu. To właśnie jest ta samotność. Krótko potem byli jednak inni współbracia. Bardzo pomogli w radiu. Szczególnie ważną osobą był o. Mikrut. Niezwykle oddany, mądry i Boży.
 
Ale to był czas, kiedy radio już się rozwijało.
– Tak, ale to było ważne. Proszę Księdza, trudności były duże. Przychodziły ze strony najmniej spodziewanej. Bóg jednak dając cierpienie, nieraz jak w ogrodzie oliwnym, daje również anioła pocieszyciela.
 
Trzeba było się czasem poddać?
– Nigdy nie jest za późno, żeby podejmować sprawy, które są jakby nie do uratowania. Czasami wydaje się nam, że jest pięć po dwunastej, a w rzeczywistości jest za pięć. Pesymistycznie patrzymy na życie, kiedy ogarnia nas lęk. Kiedy jednak spojrzymy na trudne sprawy z Panem Bogiem, sprawy niemożliwe stają się możliwe. Nie można się bać. Trzeba iść do przodu.
 
I Ojciec szedł do przodu…
– Potem była telewizja i „Nasz Dziennik”, uczelnia – WSKiM. Za każdym razem myślałem: Boże, co ja zrobiłem?! Po co?! Przychodziły takie myśli, żebym tylko nie musiał wstać następnego dnia.
 
Wielu ludzi nie wie, że Ojciec tak to przeżywał.
– Każdy ksiądz jakoś jest sam. Ja nie jestem wyjątkiem. Zawsze jest wysiłek, ale on jest jak wchodzenie na górę. Potem, z jej szczytu, widać świat inaczej i sprawy, które były tak trudne, ukazują się w nowym świetle. Teraz to już nie mam czasu nawet o tym myśleć. Chociaż bywają chwile cierpienia bliskie granicy wytrzymałości.
 
Czuje się Ojciec samotny?
– Chociaż jest nas wielu, czasami czuję się sam. Ale nie powiedziałbym, że czuję się zupełnie samotny. Nie wiem, jak to nazwać. Czasami mam wrażenie, że stoję przed ścianą z żelbetonu i nie pójdę dalej. Jestem przytłoczony, ale ciągle walczę o zaufanie. Nie mam wyboru, muszę ufać.
 
Radio Maryja to w dużym stopniu komunikacja z ludźmi, którzy są samotni. Często z tymi, którzy nie mogą wychodzić z domu. Może ich choroba jest dla nich taką ścianą. Tak sobie to Ojciec przemyślał czy samo tak się poukładało?
– Tak. Tak miało być. Dlatego nigdy nie lubiłem, gdy mówiło się o środkach masowego przekazu. Przecież to brzmi jak pas transmisyjny. W jedną stronę. Ktoś ciągle do kogoś mówi. A ja chciałem, żeby Radio Maryja było wzajemną komunikacją. Dlatego wolę mówić o środkach społecznego komunikowania. Radio Maryja to rodzina.
 
Wzorował się Ojciec na włoskim radiu?
– Patrzyłem na radio Maria w Italii, chociaż mi tam brakowało spraw społecznych. Moim zdaniem katolickie radio nie musi nieustanne powtarzać: Bóg, Bóg… Ono musi pomagać w życiu według wartości, jakie niesie Ewangelia. To musi być bezpośrednie odniesienie do życia. Bardzo prosto, jasno, bez zagmatwania, jakie dzisiaj jest w świecie. Radio Maryja takie jest. Bliskie zwykłych ludzi i ich problemów.
 
A polityka w radiu?
– Co to jest polityka? Troska o dobro wspólne! Ojczyznę! To jest nasze życie. Nie możemy stać obok i udawać, że nas to nie dotyczy. Ewangelia musi przenikać wszystkie sfery życia. A jeśli chodzi o polityków, to trzeba podchodzić z dystansem. Radio Maryja nie chce stawać po stronie jakiejś partii, ale po stronie Prawdy.
 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki