Logo Przewdonik Katolicki

Łowczyni cudów

Marta Brzezińska-Waleszczyk
Okładka książki "Miasto marzeń" Elżbiety Ruman / fot. materiały wydawcy

Rozmowa z Elżbietą Ruman.

Jak ktoś Pani mówi, że coś jest niemożliwe, to Pani uśmiecha się pod nosem?
– To jest jak poddawanie się, zanim padł pierwszy strzał. Zupełnie obca mi postawa. Oczywiście wynika to z perspektywy, jaką mamy my, chrześcijanie – skoro dla naszego Ojca nie ma rzeczy niemożliwych, to i my mamy w tym udział. Chrześcijanie dziś jakby zapominają, w co zostali wyposażeni, w naprawdę wielką moc. Czasem to „niemożliwe” bierze się po prostu z lenistwa: „Niemożliwe, żebym wyszedł z tobą teraz na spacer synku” – mówi ojciec do dziecka, ściskając w ręku pilot do telewizora. Jest też jednak bierność i rezygnacja wynikająca z letniej wiary – przynosząca mierność i nijakość życia. Trzeba jej unikać jak ognia.
 
Książka Miasto marzeń to zapis kilku sytuacji, w których to, co niemożliwe, udało się obejść. Wystarczy tylko bardzo chcieć?
– Tak to jest z marzeniami – trzeba chcieć. Gdyby ludzie – przed setkami lat – nie marzyli o lataniu, dziś nie byłoby dream linerów, którymi przenosimy się na drugą półkulę. Wróciłam w nocy z Ziemi Świętej, o której marzyłam od dawna, jednak z wielu powodów – szczególnie kiedy przeglądałam oferty różnych biur –  wydawało się to zupełnie poza zasięgiem moich możliwości. Jednak kręcąc kiedyś program w przepięknym klasztorze pallotyńskim na Karczówce, rzuciłam niechcący, że nigdy nie byłam w Jerozolimie, Nazarecie, Betlejem. Ks. Jan, rektor Karczówki, zapytał: „A chcesz tam pojechać?”. Odpowiedziałam: „Tak! Oczywiście! To moje wielkie marzenie!”. I tak, jeszcze wczoraj o tej porze byłam na Górze Błogosławieństw. Trzeba marzyć, trzeba mieć wielkie marzenia i mówić o nich.
 
Czasem jednak same chęci nie wystarczą i trzeba nieco wspomóc los. Jednym słowem, muszą się znaleźć ludzie dobrej woli, którzy na przykład zechcą wyłożyć pieniądze na czyjeś leczenie albo spełnienie marzenia dziecka. Gdzie ich szukać? Dziś ludzie wydają się patrzeć nie dalej niż poza czubek własnego nosa...
– Może powiem tak: trzeba wyjść z domu i porozmawiać z sąsiadem. Choć od lat robię filmy i programy telewizyjne, jednak to powiem – trzeba wyłączyć telewizor, odejść sprzed komputera, oderwać oczy od ekranu smartfona. Ludzie dziś nie żyją swoim życiem, tylko fikcją, którą widzą na różnych ekranach: zamiast pójść z przyjaciółmi na spacer – przeżywamy historię kolejnego dylematu bohaterki serialu. Zamiast rozmawiać z własnymi dziećmi przy stole, śledzimy losy  rodziny „za pieniądze” na przykład z „M jak Miłość”, w której nie ma nic prawdziwego: matka nie jest matką, ojciec dzieci nie jest jej mężem, a słodkie dzieci są nabytkiem z castingu serialowego. Co robią dzieci i nastolatki? Nie odrywają oczu od ekranów telefonów komórkowych, przez nie się komunikują, grają w gry, nie widzą nawet, kto idzie obok. Dwa dni temu, kiedy ruszaliśmy sprzed domu sióstr szarytek na Górze Oliwnej, przepuszczaliśmy korowód samochodów: w pierwszym na tylnym siedzeniu jechała arabska para młoda, pięknie wystrojeni – każde z nich patrzyło w ekran swojego telefonu!
Dobrze jest brać udział w prawdziwym życiu, poznawać ludzi, otwierać się na nich. Marzeń chorych dzieci, nawet własnych marzeń, nie spełniamy sami. Często potrzeba wielu osób, aby pomóc, jednak najpierw trzeba wyjść do ludzi, wyciągnąć rękę, uśmiechnąć się, opowiedzieć o sprawie. To jest sposób spędzania czasu i nasza decyzja – czy chcemy marnować życie na podglądanie fikcyjnego, dyktowanego reklamami świata, czy raczej wybieramy życie pełnią, życie na sto procent. Takie, w którym to nas spotykają prawdziwe przygody, to my naprawdę dotykamy świata.
 
Motywem, który przeplata się w Pani książce, jest postać Tadeusza, który od dzieciństwa choruje na nieuleczalną chorobę. Dlaczego akurat jego historia stała się kanwą publikacji? Dlaczego akurat jego marzenie zostało spełnione?
– Pewnego poranka przyjaciel zapytał mnie, czy chcę poznać człowieka szczęśliwego? Kto by nie chciał? I tak zawiózł mnie do państwowego domu opieki społecznej w Brańszczyku – miejsca, które kojarzyło mi się tylko z nieszczęściem, rozpaczą, ludźmi porzuconymi przez bliskich. I tam właśnie osiem lat temu poznałam Tadka. W tym domu mieszka od 45 lat, od dzieciństwa, i jest szczęśliwy – od tamtej soboty przyjeżdżam do niego niemal w każdy weekend, czuję się tam jak w sanatorium. Afirmacja życia i człowieka, radość i otwartość, energia i ciekawość świata, jaką emanuje ten „uwięziony w ciele” mężczyzna, sprawia, że to my, odwiedzający go, czujemy się szczęśliwi, nasze codzienne problemy nagle znikają i okazuje się, że tak na prawdę nigdy nie były „nie do pokonania”. Tadek ma jakąś moc, która pewnie wynika również z jego głębokiej wiary – bo modli się w naszych sprawach. A dlaczego jego marzenie? – bo kiedyś po prostu o nim powiedział. Po szczegóły odsyłam do książki.
 
Miasto marzeń to jednak nie tylko Tadeusz, ale kilka innych osób, które doświadczyły w życiu cudów. Realizując program dla TVP, widziała Pani na własne oczy dużo takich cudów?
– Moja córka Marysia mówi, że jestem „łowcą cudów”. Tak mam od dzieciństwa, od chwili, kiedy chorując na anginę zaczęłam czytać historię cudu w Lourdes, zamieszczaną w odcinkach w „Przewodniku Katolickim”! Mój dziadek zbierał je i oprawiał cały rocznik w piękne, granatowe skórzane oprawy. Zawsze interesował mnie ten Dotyk Nieba, więc również w mojej pracy zawodowej pokazywałam prawdziwe cuda, zbadane, uznane przez Kościół, ale też takie, które nie pretendują na ołtarze – jak historia pana Bogdana, opisana w książce, który nagle stracił wzrok, a później – choć nigdy nie wyzdrowiał – odzyskał swoje życie i zaczął innym przywracać nadzieję. Tak, widziałam wiele cudów i poznałam wiele osób, w których życiu one się wydarzyły
 
Jak odróżnić cud od zwykłego przypadku?
– A co to jest przypadek? Nie ma przypadków, są najwyżej wydarzenia, w których nie szukamy przyczyn, albo nie zastanawiamy się nad ich sensem. Jeden z moich przyjaciół – mnichów, jak nazywam niektórych jezuitów, powiedział kiedyś: „Przypadek, to imię boga ludzi niewierzących”, coś w tym jest. Są tacy, którzy „wierzą w przypadek”.
 
Czy nie jest jednak tak, że czasem za bardzo skupiamy się na tych cudach, na siłę ich szukamy, ale nie takich drobnych, codziennych, tylko od razu spektakularnych. Mówimy sobie: „Gdybym coś takiego przeżył, to na pewno bym uwierzył” albo „Nie miałbym wątpliwości”. Czy to nie jest błędne podejście?
– To wrócę do Izraela. Szymon Piotr widział cuda, widział uzdrowionych z trądu, podniesioną z mar córeczkę Jaira, na własne oczy widział, jak Jezus w Korozaim wyrzucił złe duchy z opętanego od lat człowieka, a one weszły w świnie, które rzuciły się do jeziora. Szymon to widział, a i tak zaparł się Jezusa. To nie o to chodzi, aby szukać niezwykłości, cuda dzieją się obok nas każdego dnia. Czy nie jest cudem, że maleńkie suche ziarenko wrzucone w ziemię staje się wielką rośliną? A codziennie inny zachód słońca nie jest cudownym prezentem od Stwórcy dla nas? Po to, abyśmy zauroczeni jego pięknem oderwali się od przygnębiających nas czasem za bardzo spraw? My sami możemy czynić cuda: wystarczy uśmiechnąć się serdecznie do zgorzkniałej i wiecznie niezadowolonej sąsiadki, a na jej twarzy pojawi się w odpowiedzi – uśmiech. Mały cud, od którego możemy zacząć, ale to może być początek wielkiej odmiany życia.
 
Kluczową postacią w Pani książce jest osoba św. Jana Pawła II, za którego wstawiennictwem także dokonywały się cudowne zdarzenia. Jaką rolę Ojciec Święty odgrywa w Pani życiu?
– Ciągle chodzę po Jego śladach. To są żywi ludzie, miejsca odmienione, gdzie Jan Paweł II żyje i działa. To daje wielką siłę.
 
Na koniec chciałabym jeszcze zapytać o te marzenia, które przewijają się na kartach Pani książki. Po wielu wysiłkach udało się zrealizować marzenie Tadeusza oraz kilka innych, ale przecież wciąż pozostają setki, jeśli nie tysiące dzieci, chorych, cierpiących, którzy także marzą. Nie przytłacza Pani myśl, że przecież nie wszystkim uda się pomóc?
– Popadlibyśmy w pychę, gdybyśmy myśleli, że możemy pomóc wszystkim. Tych, których marzenia duże i małe, możemy spełnić – mamy obok siebie. Zacznijmy od bliskich, sąsiadów, przyjaciół, spotkanych „przypadkiem” w tramwaju osób – wyjdźmy z domu. A wtedy świat zacznie się przemieniać.



Elżbieta Ruman – dziennikarka i publicystka, autorka programów telewizyjnych i reportaży, zajmuje się problematyką religijną i społeczną.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki