Logo Przewdonik Katolicki

Ukraina w ogniu

Maria Przełomiec
Fot.

Niewiele było w tym tygodniu osób, które nie spoglądałyby z niepokojem za naszą wschodnią granicę. W Kijowie polała się krew i nadal trudno przewidzieć, kiedy i jak zakończy się konflikt na Majdanie.

Najprawdopodobniej zginęło co najmniej sześciu mężczyzn, pięciu od ran postrzałowych, jeden – lwowianin Jurij Werbycki był przed śmiercią torturowany. Zmarł z zimna, gdy pobitego do nieprzytomności oprawcy zostawili na śniegu. Wiele osób zaginęło.

 

Więcej niż niepokój

Od kilku dni nie ma kontaktu z najbardziej znanym liderem tzw. Automajdanu. Ruch ten stworzyli właściciele samochodów, którzy swoimi autami np. blokują dojazd do rezydencji polityków oskarżanych o pacyfikację demonstracji oraz niektórych oligarchów. Członkowie Automajdanu patrolują miasto także nocami, by uniemożliwić wynajmowanym przez władze „dresiarzom” demolowanie samochodów. 23 stycznia kilku kierowców wpadło w zastawioną przez milicję pułapkę, a jeden z przywódców ruchu Dmytro Bułatow przepadł bez wieści. Automajdan wyznaczył już 25 tys. dolarów nagrody za informacje o Bułatowie, na razie bez skutku. Z Kijowa wyjechał znany ukraiński dziennikarz, komentator polityczny, mój dawny przyjaciel, Witalij Portnikow. Jego wzruszający tekst o Janie Pawle II ukazał się kiedyś w „Przewodniku Katolickim”. Musiał uciekać, bo najpierw grożono mu śmiercią, a potem do jego mieszkania próbowało włamać się trzech zamaskowanych osobników. Portnikowa uratowali jego przyjaciele – opozycyjni deputowani, wyprawiając go do Warszawy. O stratach mówi zresztą także strona rządowa. Według ukraińskiego MSW, rannych zostało już kilkuset funkcjonariuszy. Trudno się dziwić – rzucane w stronę „specwojsk” petardy, koktajle Mołotowa i kamienie mogą być niebezpieczną bronią.

 

Nie tylko Kijów

Walki ogarnęły nie tylko ukraińską stolicę. Zbuntowały się także obwody, które można byłoby porównać do polskich województw. W momencie gdy piszę ten tekst, przeciwnicy obecnych ukraińskich władz opanowali 11 z 24 ukraińskich regionów, w kolejnych pięciu budynki administracji państwowej są blokowane przez demonstrantów, w czterech zaczęły się masowe protesty. W Dniepropietrowsku, Zaporożu, w Odessie zorganizowano protesty przed siedzibami administracji obwodowych. W Zaporożu doszło do pacyfikacji demonstracji, także w Dniepropietrowsku protestujących pobito i jest wielu rannych – tak donoszą miejscowi dziennikarze. W pełni posłuszne Janukowyczowi zostały tylko trzy najbardziej wysunięte na południowy wschód obwody i Krym. Chociaż tam na 28 stycznia Tatarzy zwołują wiec poparcia dla demokratycznych postulatów protestującej Ukrainy. Władza najwyraźniej wymyka się Janukowyczowi z rąk. On to czuje i coraz bardziej się boi. Paradoks polega na tym, że sam reanimował powoli zamierający kijowski Majdan. Nową, tym razem zdecydowanie ostrzejszą falę protestów wywołało bowiem przyjęcie 16 stycznia (w sposób urągający wszelkim zasadom parlamentaryzmu) 11 restrykcyjnych ustaw, zabraniających pod karą więzienia m.in. ulicznych protestów. Ukraiński prezydent popełnił ten sam błąd, który zrobiła wcześniej domagająca się jego dymisji opozycja. Postawił warunki nie do spełnienia, nie mając narzędzi, by je wyegzekwować. Siedziby obwodowych administracji zostały stosunkowo łatwo opanowane, gdyż większość sił specjalnych była zaangażowana w Kijowie, a wojsko odmówiło mieszania się w konflikt.

 

Propozycja do odrzucenia

Najprawdopodobniej właśnie opanowujące cały kraj protesty stały się jednym z powodów łaskawej oferty, która w sobotni wieczór zelektryzowała wszystkich. Prezydent zaproponował fotele premiera i wicepremiera dwom liderom Majdanu. Stanowisko szefa rządu przewodniczącemu największego opozycyjnego klubu „Batkiwszczyna” Arsenijowi Jaceniukowi, a posadę wicepremiera ds. społecznych byłemu bokserowi stojącemu na czele partii UDAR Witalijowi Kliczce. Oferta, w pierwszej chwili przez niektórych uznana za prawdziwy dowód dobrej woli Janukowycza (jeden z liderów SLD Wojciech Olejniczak przekonywał o tym jeszcze w niedzielę) szybko okazała się tym, co Ukraińcy określają mianem „razwadit koszat”, a Polacy szukaniem głupiego. Fotele w nowym gabinecie byłyby politycznym końcem obu opozycjonistów. I chodzi nie tylko, czy nawet nie przede wszystkim o to, że Majdan, by się zbuntował przeciwko nim. Po prostu po zmienionej przez Janukowycza w 2010 r. konstytucji, cała władza spoczywa w ręku prezydenta, który w każdej chwili może zdymisjonować niechcianego szefa rządu. W dodatku większość w parlamencie ma podporządkowana Janukowyczowi Partia Regionów, co skutecznie uniemożliwiałoby przeprowadzenie jakichkolwiek reform. W tej sytuacji opozycjoniści zrobili jedyną możliwą rzecz. Grzecznie prezydentowi podziękowali, deklarując chęć kontynuowania rozmów. Propozycji nie odrzucili radykalnie, postawili tylko kilka warunków, m.in. wycofanie antydemokratycznych ustaw z 16 stycznia, powrót do ustroju parlamentarno-prezydenckiego, kontrolę nad resortami siłowymi i najchętniej zorganizowanie przyspieszonych wyborów prezydenckich jeszcze w tym roku. No i oczywiście, na razie stanowczo odmówili spełnienia głównego żądania Janukowycza, czyli natychmiastowego zakończenia protestów w Kijowie oraz regionach.

 

Na razie spokoju nie będzie

Czym to się skończy – nie wiadomo. Na razie pewne jest jedno, Kijów, Ukrainę i nas, obserwatorów, czeka jeszcze co najmniej kilka ciężkich nocy i dni. Na 28 stycznia zwołano nadzwyczajne posiedzenie Parlamentu. Atutem opozycji jest coraz szerszy bunt regionów, który można już chyba uznać za prawdziwą rewolucję oraz fakt niemal niezauważony. W sobotę 25 stycznia miało miejsce spotkanie kilku najważniejszych ukraińskich oligarchów, Janukowycz nie został na nie zaproszony. Natomiast kilka godzin wcześniej czołowy biznesmen, nazywany niejednokrotnie ojcem chrzestnym ukraińskiego prezydenta, Rinat Achmetow publicznie skrytykował użycie siły wobec protestujących. Zostało to odebrane jako wyraźne votum separatum. Z kolei atutem Janukowycza jest ciągle posłuszna, patrząca w stronę Rosji wschodnia Ukraina, w tym górniczy Donbas oraz Moskwa (chociaż to chyba nie tyle atut, co przystawiany do głowy pistolet). Przez całą niedzielę, bezskutecznie próbowałam znaleźć rosyjski komentarz na temat ostatnich ukraińskich wydarzeń. Tylko w rządowym tygodniku „Rosyjskije Wiesti” ukazał się artykuł jakiegoś redaktora z Kiszyniowa (stolica Mołdawii) głoszący, że Rumunia czyha, by oderwać od Ukrainy Północną Bukowinę i Południową Besarabię. Zdaniem autora rumuńscy emisariusze już krążą po Ukrainie, przygotowując Anschluss. Jeszcze nie ma podobnych enuncjacji na temat polskich apetytów na Lwów z Galicją (być może dlatego, że Polacy bardzo mocno zaangażowali się we wspieranie ukraińskich protestów), ale niewykluczone, że to tylko kwestia czasu. Prowokacji nie zabraknie. Przedstawiciele Unii Europejskiej, z którymi na ten temat rozmawiałam, twierdzili, iż mają niepodważalne dowody na udział Rosji w kijowskich wydarzeniach. Ukraińcy mówią o obecnych w Kijowie wojskach Federalnych Sił Bezpieczeństwa. Bezpośrednio sterowany przez Moskwę ma być minister spraw wewnętrznych Ukrainy Witalij Zacharczenko, wpływowym politykiem i biznesmenem pozostaje Wiktor Medwedczuk, niegdyś szef administracji prezydenta Kuczmy, a teraz lider partii Ukraiński Wybór i kum prezydenta Putina. W tym tygodniu Medwedczuk opublikował artykuł z okazji rocznicy Ugody Perejasławskiej, w którym dowodzi, że tylko wspólnie z Rosją Ukraina może stać się równoprawnym i znaczącym graczem na międzynarodowej arenie politycznej. Przy okazji dostało się i Polsce, której imperialne ciągoty według Medwedczuka od stuleci przeszkadzają Ukraińcom w pansłowiańskim romansie z Moskwą.

 

Z olimpiadą w tle

W tej chwili jednak ręce rosyjskim władzom wiąże zbliżająca się olimpiada w Soczi. Jakiekolwiek wyraźne poparcie udzielone Janukowyczowi, jakakolwiek otwarta ingerencja na Ukrainie mogłyby zepsuć zimowe igrzyska – dumę i oczko w głowie rosyjskiego prezydenta. Moskwa więc tylko powarkuje niechętnie, że to, co się dzieje na Ukrainie jest wewnętrzną sprawą tego państwa i krytykuje Zachód za, jak to określił minister Ławrow, niegrzeczne oraz niedopuszczalne mieszanie się w spory Ukraińców. Inna sprawa, że to zachodnie mieszanie wygląda dosyć słabo. Jakieś delikatne napomknienia o sankcjach i apele, by nie przelewać krwi. Chociaż z drugiej strony niewykluczone, że to właśnie rozmowy przeprowadzone z mającymi swoje biznesy i konta bankowe na Zachodzie oligarchami, zaowocowały nagłym dystansem ukraińskich biznesmenów do prezydenta. Gdyby jednak państwa zachodnie naprawdę chciały pomóc domagającym się demokratycznych zmian Ukraińcom, powinny naciskać na Rosję. Olimpiada w Soczi daje duże możliwości. Jeżeli homoseksualne lobby potrafiło wymóc na wielu zachodnich działaczach bojkot igrzysk, to tym bardziej polityków powinna do tego skłonić walka Ukraińców. Myślę, że jednym z koszmarów prześladujących Władimira Putina jest sen, w którym otwiera olimpiadę, siedząc na trybunie samotnie pomiędzy Łukaszenką a Nazarbajewem. To daje Zachodowi niezłą okazję do przeprowadzenia paru zasadniczych rozmów. Pytanie tylko, czy ktokolwiek się na nie zdecyduje.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki