Jan Paweł II w moim życiu

Wspomnienia osób, w których zyciu pojawił się Jan Paweł II.
Czyta się kilka minut

 Wspomina Andrzej Kofluk, przewodnik wrocławski i dolnośląski, inicjator nazwania skweru we Wrocławiu imieniem rtm. Pileckiego. Pielgrzymował pieszo na kanonizację Jana Pawła II.

Tę pielgrzymkę nazywam fiestą ze Świętym. Podczas niej doświadczałem, jak Pan Bóg w obfitości spełnia moje potrzeby. Pielgrzymka pomagała mi ćwiczyć uważność na to Jego działanie, które w codziennym zabieganiu trudno mi dostrzec.

Szedłem, by podziękować Bogu za Człowieka, który był ważny dla mnie osobiście i odegrał istotną rolę w kształtowaniu Polski i Europy. Szanuję Jana Pawła II szczególnie za jego podkreślanie, że to właśnie chrześcijaństwo ukształtowało naszą europejską kulturę, stając się źródłem naszej tożsamości. Podziwiam w nim ogromną dojrzałość: potrafił być dumny ze swojego polskiego pochodzenia, obdarzać uwagą ludzi, którzy oddali życie za nasz naród, a równocześnie w sposób naturalny wyrażał szacunek wobec innych nacji i kultur. Dla mnie to był pontyfikat przesycony pełną, dojrzałą miłością: racjonalną i uczuciową zarazem. Gdy w Kielcach, po przemówieniu, wymachiwał kartką, mówiąc: „bo to jest moja ojczyzna, ta Polska”, był bardzo uczuciowy. Gdy mówił o przemianach ustrojowych i gospodarczych, także rzeczy trudne, był realistą. Ważna była dla mnie jego odwaga w mówieniu o tym, że Polska nie jest taka, o jakiej zamarzyliśmy, że ważne jest, co z odzyskaną niepodległością zrobimy. To były momenty szczególnie ujmujące za serce i skłaniające do refleksji. I do konkretnego działania.

Z Wrocławia do Rzymu szedłem od 4 lutego do 26 kwietnia, czyli niemal trzy miesiące. Wybrałem dłuższą trasę przez Przełęcz św. Bernarda, pokonując ok. 2700 km. (To bliski memu sercu szlak św. Jakuba i stara droga Via Francigena – z Cambridge do Rzymu). Z rzadka tylko, jak np. w Alpach Szwajcarskich, gdzie przeprawa przez topniejące śniegi zagrażała życiu, korzystałem ze środków lokomocji. Wyruszyłem z glejtem od mojego arcybiskupa, niewielkim zasobem pieniędzy, plecakiem i pamiątkowym notesem, do którego wpisywały mi się osoby w jakiś sposób ważne na mojej pielgrzymiej drodze. Starałem się trzymać ustalonej trasy i terminów dotarcia do kolejnych punktów i nie planować niczego ponad to. Taka postawa stwarzała okazje, by doświadczyć Bożej Opatrzności i gościnności ludzi. Szczególnie wspominam pobyt w klasztorze Benedyktynek Regina Pacis w Dolinie Aosty, która była ulubionym miejscem wypraw Jana Pawła II. Zostałem tam zaproszony do wspólnego świętowania urodzin, a ksieni tego klasztoru, wiedząc do kogo pielgrzymuję, przydźwigała zza klauzury popiersie Jana Pawła II i duży, pamiątkowy album ze zdjęciami z pobytu Jana Pawła II w tym klasztorze, by podzielić się ze mną wspomnieniami. 

Spotykając na swojej drodze różnych ludzi, odkrywałem, jak bardzo Jan Paweł II jest dla nich ważny. To, że idę na jego kanonizację stawało się kluczem do otwierania ich domów i serc. Żyliśmy tymi samymi wartościami: dlatego mogliśmy porozumieć się mimo językowych barier. Pamiętam, jak w jednej z włoskich knajpek dwudziestoparoletni chłopak, gdy dowiedział się, dokąd idę, zdjął ze ściany obrazek Jana Pawła II i go ucałował. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie. Dotarło do mnie, jak wielkie nabożeństwo do papieża Polaka ci ludzie w sobie noszą i to, że ja je rezonuję.

Na trasie doświadczałem wielu sytuacji, które odczytywałem jako duchową obecność papieża. Mnóstwo było radości, zaskakujących „zbiegów okoliczności”, szczęśliwych rozwiązań trudnych sytuacji. I chwil, które do dziś wywołują uśmiech na mojej twarzy – tak jak ta pożegnalna w małej parafii w Dolinie Aosty, gdy kapłan rzucił mi na odchodne: „Do zobaczenia w raju!”.

Podczas pielgrzymki spotykałem się także z ważnymi dla papieża osobami. W Sotto il Monte (miejsce urodzenia papieża Jana XXIII), uczestniczyłem we Mszy św. w prywatnej kaplicy ponad 98-letniego sekretarza Jana XXIII – kard. Louisa Francesca Capovilli. W Mediolanie miałem okazję modlić się przy grobie św. Karola Boromeusza, patrona naszego papieża. 

Niezwykłym dla mnie było zwieńczenie pielgrzymki, czyli dojście do Rzymu. Pierwsza radość: gdy idąc Via Cassia postanowiłem zajrzeć do Domu Polskiego i akurat spotkałem polskich biskupów, których wpisy także mam w moim notesie. Potem, już na placu św. Piotra, gdy niemal natychmiast znalazło się rozwiązanie na mój problem. Otóż w tłumie przed bazyliką po raz pierwszy chyba na szlaku poczułem doskwierającą samotność. Chwilę później nieznajomi rozpoczęli sympatyczną rozmowę, dzięki której moje poczucie osamotnienia zniknęło. Nie miałem na nie szans przynajmniej przez kolejne dwa dni – gdyż z nowo poznanym znajomym (co zaskakujące: był wyznania prawosławnego i przyjechał specjalnie na kanonizację), wspólnie zwiedzaliśmy Rzym.

Podczas tej pielgrzymki towarzyszyła mi ogromna ufność i pokój, wręcz wewnętrzna pewność, że to, co jest mi potrzebne, szczególnie nocleg i pożywienie, będę zawsze miał. Byłem spokojny nawet wówczas, gdy zdarzało mi się błąkać około dwóch godzin w poszukiwaniu noclegu po Sankt Gallen w Szwajcarii.

Absolutnie nie myślałem w ten sposób: że pielgrzymka ma być za darmo, że pożeruję na innych, ktoś za mnie zapłaci. Tu chodziło o coś innego: o doświadczenie właściwej miary rzeczy. Pieniądze są istotne, bo jak nie masz co jeść i nie pojawi się „dobra dusza”, to umrzesz z głodu. Mimo to nie ma potrzeby, by przywiązywać do tego zbyt dużej wagi. Bo jest coś o wiele głębszego i ważniejszego niż pieniądze: postawa serca i stwarzanie okazji do jej kształtowania.

To wszystko, czego doświadczyłem na pielgrzymce, odbierałem jako wspomożenie Jana Pawła II. Wierzę, że to on wypraszał mi łaski – bo to do niego pielgrzymowałem. A czy ktoś jeszcze? Jestem wdzięczny wszystkim innym świętym, którzy się za mną wstawiali.

Wysłuchała: DN

Fot. Dorota Niedźwiecka

Fot. Z notesem z pieczątkami.

Podpis:

Wpisy osób, które stały się podczas pielgrzymowania dla pana Andrzeja ważne, pieczątki parafii i muzeów, a nawet bon z restauracji – wszystko to, co w pamiątkowym notesie określa charakter pielgrzymki

Fot. Z kartką ze świętymi.

Podpis:

– To zaświadczenie TESTIMONIUM PEREGRINATIONIS PERACTAE AD LIMINA PETRI, ze świętymi Piotrem i Pawłem, otrzymałem po zakończeniu mojej pielgrzymki na kanonizację – mówi Andrzej Kofluk

           

Wspomina Tomasz Wincenciak, klasa 6, SP nr 5 Turek

Jan Paweł II. Naprawdę trudno kilkoma słowami zdefiniować tego człowieka. Trudno też znaleźć ludzi, którzy nie słyszeliby o polskim papieżu. Bo to już taka postać – wydaje ci się, że wiesz o nim wszystko, ale nie wiesz nic. Tajemniczy, jednak z drugiej strony taki skromny, taki otwarty na ludzi, taki niezwykły... Jana Pawła II nigdy nie poznałem, jestem za młody, by go pamiętać. Pech sprawił, że nie mogłem się śmiać, gdy mówił o słynnych kremówkach, nie mogłem wsłuchiwać się w jego rozważania, ale... Ojciec Święty na pewno patrzy na nas, również na tych najmniejszych, tam z daleka. Cieszy się, gdy robimy dobrze, a smuci gdy postępujemy źle. On przez całe swoje życie pokazywał nam, że warto być sprawiedliwym człowiekiem. Ile my wyciągniemy z tej nauki? To wszystko zależy wyłącznie od nas.

Wróćmy do mojej sprawy. Otóż o papieżu musieli opowiadać mi starsi – moja mama, mój tata, pani katechetka ze szkoły... dużo przeczytałem sam. To właśnie Jan Paweł II sprawił, że wiele razy zastanowiłem się nad moim życiem. Zobaczyłem wiele podobieństw między mną a Ojcem Świętym, na przykład polski papież lubił grać w piłkę nożną – tak samo jak ja! Jana Pawła II ceniłem od narodzin, ale by zrozumieć, dlaczego ma być świętym, potrzebowałem czasu.

13 maja 1981 roku, godzina 17.19. Papież po raz kolejny przemierza plac Świętego Piotra. Jak zawsze otwarty na ludzi, błogosławi przybyłych do Watykanu. Niezmącony niczym spokój przerywa Mehmet Ali Agca. Zamachowiec oddaje dwa strzały – Ojciec Święty zostaje trafiony w brzuch i w rękę. Wydaje się, że cierpi tylko on, ale to nieprawda. Cierpią wszyscy Polacy – w tym trudnym dla nich okresie dostają kolejny cios. Już to wydarzenie bardzo mnie zdziwiło, gdy dowiedziałem się o zamachu, pomyślałem: „Jak można strzelać do papieża?!” i „Ciekawe, co musieli czuć ludzie w tamtym czasie!”. Jednak najwspanialsze było to, co stało się dopiero po zamachu. Radio Watykańskie nadaje przekaz, w którym Ojciec Święty mówi:

 „Modlę się za brata, który zadał mi cios, i szczerze mu przebaczam”. Później Jan Paweł II spotyka się z Agcą i wybacza mu. Cudowne! Trzeba być niesamowitym człowiekiem, by powiedzieć do zbrodniarza, który niedawno do ciebie strzelał, słowo „wybaczam”. Czasami zastanawiam się, czy to możliwe. Takiego mieliśmy papieża, ale przede wszystkim człowieka.

Wydaje mi się, że każde wypowiedziane przez niego słowo było jakby magiczne. Jan Paweł II mówił do osób zgromadzonych w Watykanie na audiencji, lecz, tak naprawdę, słyszał go cały świat. Imponują mi też jego bezpośrednie spotkania z mieszkańcami na różnych kontynentach. Zawsze starał się zrozumieć kulturę danego miejsca, być blisko mieszkających tam ludzi.

Kiedy mówimy o tak niezwykłej postaci nie może obejść się bez słowa o cudzie, który także w tym przypadku zdarzył się. W dniu beatyfikacji Jana Pawła II pewna kobieta na Kostaryce cierpiąca na tętniaka mózgu modliła się przed telewizorem o wstawiennictwo Ojca Świętego i zasnęła. Gdy się obudziła, okazało się, że jej choroba znikła! Gdzieś głęboko usłyszała: „Wstań, nie lękaj się, weź swe życie na nowo”.

O tym cudzie dowiedziałem się z telewizji. Po raz kolejny bardzo się zdziwiłem, lecz to stało się naprawdę! Pomyślałem, że to, co się wydarzyło, jest piękne. Dopiero wtedy zrozumiałem, że życie Jana Pawła II właśnie takie było. Niezwykłe i cudowne.

Kolejnym krokiem ku jeszcze większej „niezwykłości”  jest niewątpliwie kanonizacja polskiego papieża. Kanonizacja, na którą my, Polacy, tak bardzo czekaliśmy. Ja również. Teraz mogę być szczęśliwy i dumny. Szczęśliwy, że dowiedziałem się o Janie Pawle II, a dumny z bycia rodakiem tak niepowtarzalnej postaci. Jestem pewien, iż inni również czują to co ja. A Ojciec Święty pewnie tylko uśmiecha się gdzieś tam, z góry. On nigdy się nie zmieni. I niech tak pozostanie!

[foto: zamach na Jana Pawła II albo Jan Paweł II z Ali Agcą.

Ewentualnie: uzdrowiona Floribeth (cud kanonizacyjny) lub kanonizacja JPII

Nie ma zdjęć osoby wypowiadającej się]

Wspomina ks. dr Robert Nęcek, rzecznik prasowy archidiecezji krakowskiej

Pierwsze moje spotkanie z Janem Pawłem II miało miejsce w 1991 r. w seminarium duchownym w Krakowie. Byłem wtedy studentem filozofii i teologii w Papieskiej Akademii Teologicznej. Spotkanie krótkie, a wrażenie mocne. Niewiele słów pamiętam z tamtego okresu. Musnąłem jedynie moją dłonią jego dłoń. Później przyszedł czas na święcenia kapłańskie. Był to rok 1994.

W czerwcu otrzymałem z rąk kard. Franciszka Macharskiego skierowanie na parafię św. Piotra Apostoła w Wadowicach. Rozpoczęła się praca katechetyczna i duszpasterska. Trzy miesiące później praca redaktorska w powstającym miesięczniku wadowickim „Przebudzenie”. Gdy pracowałem jako wikariusz, w lutym 1995 r. razem z kolegą zorganizowaliśmy pielgrzymkę do Rzymu. Autokar wypełniony parafianami i nadzieja, że prywatna audiencja papieska stanie się naszym udziałem. I rzeczywiście. Nieśmiałe marzenie stało się faktem. Pamiętam, że parę minut mogłem osobiście rozmawiać z Janami Pawłem II i przedstawić mu okoliczności powstania pisma, które ukazuje się do dzisiaj pod zmienionym tytułem „Głos Podbeskidzia”. Papież odpowiedział wówczas: „Dobra. Będę miał co przeglądać”. Kilka dni później na ręce ks. infułata Kazimierza Sudera nadeszło podziękowanie, w którym można przeczytać „niech ta cenna inicjatywa apostolska – jaką jest Wasz miesięcznik – stanie się skutecznym narzędziem nowej ewangelizacji, do której na progu trzeciego tysiąclecia cały Kościół czuje się szczególnie wezwany przez Chrystusa”. Byłem – z ks. Andrzejem Klimarą (twórcą i redaktorem naczelnym pisma) szczęśliwy – gdyż to, co nie znalazło uznania u wielu kapłanów, zostało docenione przez papieża.

Drugie spotkanie miało miejsce w sierpniu 1997 r. Oficjalnie byłem już studentem rzymskim i zajmowałem się nauką społeczną Kościoła. Towarzyszyłem pielgrzymce wadowickiej. Prowadzili ją: ks. prałat Tadeusz Kasperek, mój wadowicki proboszcz i s. dr Natalia Białek, nazaretanka, z którą uczyłem religii w średniej szkole i wskrzeszałem oazę młodzieżową przy parafii. Stojąc przed bazyliką św. Piotra, wręczałem Janowi Pawłowi II nowy numer „Przebudzenia” i przedstawiałem rozwój pisma. Papież pobłogosławił i wręczył różaniec.

Trzecie spotkanie miało miejsce w lutym 1998 r. Zaraz po egzaminie złożonym u prof. Sebastiano Viotti przyjechałem na Watykan i u boku kard. Franciszka Macharskiego i bp. Tadeusza Rakoczego – w gronie pięciu kolegów studentów – udaliśmy się na audiencję prywatną do papieskiej biblioteki. Ależ to była audiencja. Zapomniałem, co studiuję. Kiedy Jan Paweł II zapytał, czym zajmuję się na studiach – patrząc na niego ze wzruszeniem – odpowiedziałem milczeniem. Dopiero kardynał dodał, że studiuję naukę społeczną Kościoła. Było to najwspanialsze i ostatnie, osobiste spotkanie z polskim papieżem.

Wysłuchał ks. Piotr Gąsior

Wspomina Aneta Cieślik

„Autentyczna miłość jest kluczem do rozwiązania wszystkich problemów, nawet najbardziej dramatycznych, jak nieudane małżeństwo, śmierć małżonka lub dziecka, wojna. Drogą wyjścia (…) jest zawsze i tylko miłość; miłość silniejsza niż śmierć”.

Miłość silniejsza niż śmierć to jedyna droga wyjścia. Tak też było w moim przypadku. Moje życie było tak poplątane i tak zagmatwane, że nie umiałam w nim funkcjonować. Straciłam wiarę w Boga, wiarę, że istnieje miłość nie tylko między ludźmi, ale i Boża miłość. Wpadłam w nieodpowiednie towarzystwo z marginesu społecznego. Nie umiałam się odnaleźć. Byłam zagubiona, samotna, zbuntowana i zła. Nie umiałam prosić o pomoc, nie umiałam kochać ani dostrzec miłości najbliższych mi osób. Moje małżeństwo rozpadło się, a między moją rodziną a mną powstał mur nie do przebicia. Wszystko to doprowadziło do tego, że znalazłam się w zakładzie karnym. Popełniłam największe przestępstwo, jakie tylko mogłam zrobić – odebrałam życie. Zabiłam swoją babcię.

Kiedy trafiłam do zakładu karnego, bardzo się bałam, że moja rodzina odwróci się ode mnie, że zostanę sama. Prosiłam Boga o przebaczenie. Przepraszałam rodzinę i modliłam się, aby mi wybaczyli. Moja mama, którą tak bardzo skrzywdziłam, której zadałam tak wiele cierpienia, wybaczyła mi. Często mówiła, że to za sprawą Bożą wybaczyła córce, która zabiła jej matkę. Powtarzała mi, że jestem dzieckiem, którego nie przestała kochać. To Bóg sprawił, że mama i cała moja rodzina nie odwróciła się ode mnie. To On wlał w ich serca prawdziwą miłość i wybaczenie. To wszystko jednak nic nie zmieniło we mnie. Byłam jeszcze bardziej samotna, nie doceniałam niczego, co otrzymałam od rodziców. Byłam zła na cały świat. Wszyscy byli winni, tylko nie ja. Po dwóch latach więzienia doszłam do wniosku, że nie mam już siły dłużej znosić wyroku, że nie chcę już się męczyć, żyjąc z wyrzutami sumienia. Nie chciałam już więcej patrzeć w oczy mojej mamy, przepełnione wielkim bólem i żalem. Nie umiałam pogodzić się z tym, co zrobiłam, nie umiałam sama sobie wybaczyć. Podcięłam sobie żyły. Chciałam umrzeć. Uważałam, że to dla mnie idealne wyjście.

To było najgorsze rozwiązanie, jakie mogłam znaleźć… Po raz kolejny skrzywdziłam rodziców. Znów mi wybaczyli, a moje kłopoty, zamiast zniknąć, jeszcze się powiększyły…

Od tamtego czasu minęło kolejnych parę lat. Przez cały ten czas modliłam się, aby Bóg wlał w moje serce miłość, abym zmieniła się w wartościowego człowieka. On nauczył mnie żyć, dał wiarę i nadzieję. Dziś cieszę się i dziękuję Bogu, że żyję. Dzisiaj jestem innym człowiekiem. Moim wzorem do naśladowania stała się mama, moja jedyna przyjaciółka. Ona pokazała mi, czym jest miłość, o której mówił Jan Paweł II, a której tak długo nie rozumiałam: miłość prawdziwa, przezwyciężająca wszystko, miłość mimo wszystko. Kierując się miłością, znajdziemy wyjście z każdej tragedii. Bóg jest miłością, która wszystko przezwycięży. Nie należy pielęgnować w sobie żalu, nienawiści, urazy, ale tylko miłość. Warto rozmawiać o swoich troskach i kłopotach z najbliższymi, którzy zawsze pomogą. Rozwiązaniem wszystkiego jest miłość, a nie śmierć.

Tylko prawdziwa miłość jest w stanie wszystko pokonać i pomóc rozwiązać wszystkie problemy. Kochając, jesteśmy w stanie wszystko przezwyciężyć i wybaczyć największą nawet krzywdę – tak jak moja mama wybaczyła mnie. Każdy z nas może zmienić swoje życie, jeśli tylko tego chce, tak jak ja zmieniłam swoje – kierując się miłością i słowami Jana Pawła II.

oprac. M. Białkowska

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 24/2014