Logo Przewdonik Katolicki

Przyjął ciało z Maryi Dziewicy

ks. dr Mirosław Tykfer
Fot.

Uniżenie Boga rozpoczęło się nie na krzyżowej drodze, ale tam, gdzie Niepojęty i Wszechmocny Pan przyjął ubóstwo ludzkiej egzystencji. Stał się jednym z nas; podobny do nas we wszystkim, prócz grzechu. W ostatnim artykule naszego cyklu dotyczącego Credo rozważamy prawdę o wcieleniu Syna Bożego.

 

Kiedy pytamy o cel przyjścia Chrystusa na ziemię, zazwyczaj odpowiadamy, że uczynił to dla naszego zbawienia. Powołujemy się między innymi na słowa samego Zbawiciela, który w rozmowie z Nikodemem powiedział: „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).

 

Dla naszego zbawienia – czyli po to, byśmy mieli życie

Bóg pragnie, aby człowiek nie zginął, tzn. został zbawiony. Dlaczego jednak możemy zginąć i co jest przeciwieństwem życia, o którym naucza Chrystus? Św. Paweł zapisał, że „wszyscy zgrzeszyli i pozbawieni są chwały Bożej” (Rz 3, 23). Grzech pierwszych rodziców, Adama i Ewy, a następnie wszystkie grzechy osobiste każdego człowieka oddaliły nas od Boga, źródła życia i miłości. Pragnienie Boga, aby człowiek żył dla Jego chwały, zostało zniweczone przez uległość wobec zła. Stąd św. Paweł wyjaśnia: „zapłatą za grzech jest śmierć” (Rz 6, 23). Zginąć w znaczeniu biblijnym znaczy więc doświadczyć śmierci rozumianej jako duchowe odłączenie się od źródła, którym jest Pan i Stwórca. Nie jest to więc wpierw sprawa śmierci fizycznej, która istotnie jest konsekwencją grzechu, ale przede wszystkim śmierci w znaczeniu duchowym. Katechizm Kościoła Katolickiego bardzo odważnie, idąc za nauczaniem Soboru Watykańskiego II, mówi wręcz o „śmierci duszy”. Nie dlatego, aby uznać, że człowiek może zamienić się w nicość, z której powstał, ale że dusza, która pozbawiona jest miłości Boga, w istocie jest czymś istniejącym, ale jakby umarłym. To, co jest „śmiercią duszy”, nie przeczy trwaniu lub nieśmiertelności fizyczno-psychicznej człowieka tu, na ziemi, i w przyszłości po śmierci fizycznej (co zresztą wyraża prawda wiary: dusza ludzka jest nieśmiertelna), ale na pewno nie można tego nazwać życiem, którego pragnął dla nas Bóg. Nowy Testament konsekwentnie naucza więc nie tyle o nieśmiertelnej duszy, ile ponad wszystko o obietnicy życia wiecznego, które jest zjednoczeniem człowieka z Bogiem.

Wnioskujemy stąd, że istotą człowieczeństwa nie jest jedynie posiadanie rozumu i wolnej woli, ale żywotna więź z Bogiem. Wszystko, co byłoby rozumne i uczynione w wolności, jeśli jednak chce być niezależne od Boga, staje się czymś przeciwnym ludzkiemu życiu, staje się wręcz nieludzkie, wypełnione „duchową śmiercią”. W tym kontekście zrozumiałe staje się nauczanie Kościoła wyrażone w Credo, kiedy mowa jest o przyjściu Chrystusa dla naszego zbawienia, tzn. dla przywrócenia nam możliwości odbudowania komunii z Bogiem. Tylko bowiem ta komunia miłości jedynie zasługuje na miano nazywania egzystencji człowieka życiem.

 

Tęsknota Stwórcy za stworzeniem  

Wyznanie wiary nie zaczyna się jednak od słów mówiących o przyjściu Chrystusa dla naszego zbawienia. Zanim mowa jest o zbawieniu, Credo wspomina motyw podstawowy wcielenia Syna Bożego: „On to dla nas…”. Może ktoś uzna, że to jedynie wprowadzenie, które nie wnosi nic istotnego. Trudno byłoby jednak uznać, że jakiekolwiek słowo jest w tak ważnym tekście doktrynalnym zwyczajnie zbędne. Okazuje się, że Sobór w Nicei (325 r.), na którym przyjęto powyższe sformułowanie jako wyraz istotnej treści wiary chrześcijańskiej, w sposób bardzo przemyślany ujął motyw Bożego działania w słowach: „dla nas”. Oddaje ono bowiem istotę prawdziwej intencji wcielenia Chrystusa.

Nie jest nią wpierw sama zasada sprawiedliwości, która domaga się wyrównania rachunków. Niestety, niektórzy pisarze chrześcijańscy przeakcentowali prawnicze rozumienie odkupienia win człowieka, którego domaga się urażony majestat Boga. Najkrócej rzecz ujmując, owo przeakcentowanie można przedstawić w następujący sposób: jedyną osobą, która mogłaby złagodzić Boży gniew wobec grzesznego człowieka, może być sam Bóg. Któż bowiem posiada równą Mu godność? To prawda, że człowiek przez grzech naruszył zasadę sprawiedliwości, którą klasycznie ujmuje się jako przyznanie każdemu tego, co mu się z natury rzeczy należy. Bogu należy się chwała, bo jest istotą doskonałą. Człowiek zaś, z racji tego, że został przez Boga stworzony, powołany został do służby i oddawania chwały swojemu Stwórcy. Grzech jest zaprzeczeniem służby, obraża Boga i narusza zasadę sprawiedliwości. Z tego też powodu Bóg domaga się adekwatnej zapłaty.

Jeśliby zasadę tak rozumianej sprawiedliwości postawić na pierwszym miejscu zbawczego działania Bożego, wówczas pewnemu zatarciu ulega pierwotna myśl ojców soborowych. Sobór nicejski nie stawia bowiem wpierw akcentu na odkupienie człowieka, ale na intencję Boga wyrażoną w słowach „dla nas, ludzi”. W ten sposób chciał uwypuklić coś bardzo istotnego dla naszej wiary we wcielonego Chrystusa. O. Raniero Cantalamessa, kaznodzieja papieski, uważa, że rozważania o Chrystusie i motywie Jego wcielenia w oparciu o powyżej opisaną zasadę sprawiedliwości jest raczej dziedzictwem spekulatywnej filozofii aniżeli wsłuchaniem się w Słowo Boże. Pismo Święte przekonuje nas raczej, że przez wcielenie Syna Bożego „Jezus stał się «małym» tak jak «stał się ciałem», to znaczy na trwałe i do głębi. Zstąpił z nieba, by należeć do kategorii małych i pokornych” (por. R. Cantalamessa, Zarzućcie  sieci oraz Nasze życie poddane Chrystusowi). Dopiero w świetle tak rozumianego wcielenia dotykamy tajemnicy Boga, który pragnie zjednoczenia z człowiekiem. „Ono to dla nas (...) zstąpił z nieba” wyraża głębokość Bożej miłości, która nie pragnie niczego innego, jak komunii z każdym człowiekiem. Św. Teresa z Lisieux nie obawia się nawet powiedzieć, że komunii pragnie Bóg o wiele bardziej, niż może jej pragnąć człowiek. Papież Benedykt XVI natomiast pisze odważnie o miłości „eros“, miłości pałającej pragnieniem zjednoczenia, z którą spogląda na swoich oprawców Chrystus wiszący na krzyżu. Ostatecznym więc motywem przyjścia Chrystusa jest sam człowiek albo mówiąc jeszcze dokładniej: każdy człowiek, każdy z nas. Wcielenie jest objawieniem uniżenia Boga wobec człowieka, który się od Niego oddalił. Stwórca tęskni za swoim stworzeniem i szuka jego bliskości. Przez całe wieki rozbrzmiewać będzie w sercu człowieka Boże wołanie: „Adamie, gdzie jesteś?”. W tym poszukiwaniu Bóg gotowy jest na wszystko, nawet na oddanie własnego Syna za życie świata. Określenie „dla nas” uwydatnia istotę wolności Boga, który nie pochyla się nad człowiekiem z jakiejkowliek konieczności, ale z miłości. Im bardziej dostrzegamy tę wolność w wyznaniu wiary, tym bardziej staje się jasne, że Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i nie podlega żadnej konieczności działania, które wynikałoby ze stworzenia. Sam bowiem nie jest stworzeniem i wobec świata objawia się jako Ten, który go zbawia.

Ktoś mógłby zadać słuszne pytanie, czy Bóg zrezygnował w ten sposób ze swojej sprawiedliwości. „Wyrównanie rachunków” powyżej opisane jest nadal aktualne, jednak o tyle, o ile Bóg nie wymaga odkupieńczej ofiary własnego Syna, ale sam ofiaruje się w swoim Synu. Jest więc nie tyle nastawiony na domniemaną przez ludzką i ograniczoną sprawiedliwość odpłatę wobec własnego majestatu, ile raczej sam płaci najwyższą cenę wobec wolności człowieka, którego serce zostało śmiertelnie zranione utratą bliskości Boga. Zapłacić trzeba cenę wejścia w głębokości tego oddalenia, aby uczynić człowieka ponownie zdolnym do powrotu do Boga. Człowiek ze swej natury nie jest zdolny, aby uczynić ten krok. W tym sensie Biblia często podkreśla, że zbawienie pochodzi jedynie od Boga. On jest źródłem życia i nowego życia, które jest odnowieniem wszystkiego w we wcielonym Synu Bożym. Krew Chrystusa wylana na krzyżu objawia się więc jako lekarstwo, które potrafi nie tylko uleczyć śmiertelną ranę, pomóc człowiekowi przetrwać na całą wieczność, ale wypełnia serce człowieka życiodajną mocą miłości Boga.

 

Uniżenie Syna Bożego

Wcielenie Chrystusa nie było koniecznością, ale miłością. Tylko w takim kontekście zrozumiałe staje się bowiem biblijne świadectwo wiary św. Jana: „Myśmy poznali i uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam. Bóg jest miłością: kto trwa w miłości, trwa w Bogu, a Bóg trwa w nim. Przez to miłość osiąga w nas kres doskonałości, że mamy pełną ufność na dzień sądu, ponieważ tak, jak On jest [w niebie], i my jesteśmy na tym świecie. W miłości nie ma lęku, lecz doskonała miłość usuwa lęk, ponieważ lęk kojarzy się z karą. Ten zaś, kto się lęka, nie wydoskonalił się w miłości” (1J 4, 16–18).

Ten sam autor zapisał w Prologu swojej Ewangelii: „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. I oglądaliśmy Jego chwałę, chwałę, jaką Jednorodzony otrzymuje od Ojca, pełen łaski i prawdy” (J 1, 14). Uniżenie Boga rozpoczęło się nie na krzyżowej drodze, ale tam, gdzie Niepojęty i Wszechmocny Pan przyjął ubóstwo ludzkiej egzystencji. Stał się jednym z nas; podobny do nas we wszystkim, prócz grzechu. Credo streszcza tę prawdę w słowach „za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem”. Z jednej strony dowiadujemy się o kobiecie, z której narodził się Syn Boży, a z drugiej o jej dziewictwie i działaniu Ducha Świętego, które sprawiło poczęcie. To paradoksalne zestawienie jest sposobem podkreślenia realności wcielenia. Syn Boży nie staje się człowiekiem pozornie. Nie tylko przyjmuje fizyczną powłokę ciała, ale autentycznie staje się w pełni człowiekiem, z ludzką duszą i ciałem, z Maryi Dziewicy. Nie przestaje jednak być tym, kim jest, odwiecznym Słowem, Jednorodzonym Synem Ojca niebieskiego. Stąd sformułowanie „zstąpił z nieba” nie wyznacza jedynie granic odwiecznej rzeczywistości w odróżnieniu od świata przemijającego, w którym mieszka człowiek. Jest raczej istotnym dopowiedzeniem do prawdy o wcieleniu, które jest zstąpieniem Boga tam, gdzie człowiek traci szansę swojego ostatecznego spełnienia w odwiecznej miłości.

Poczęcie i narodzenie Jezusa Chrystusa należy więc rozumieć jako faktyczne objawienie chwały Boga, o której pisze Jan ewangelista. Chwałą nie jest jednak ludzkie wyobrażenie wielkości bóstwa, ukształtowane w historii ludzkości pod wpływem pierwotnych wierzeń i pogańskich opowiadań o bożkach. Nie jest nią też niepełny obraz Boga, objawiony w historii Narodu Wybranego. Chwałą Boga jest uniżony Syn Boży, który od chwili poczęcia w ludzkim ciele staje się pełnią objawienia swojego bóstwa. Człowieczeństwo Chrystusa nie tylko skrywa Boga przed ludzkimi oczyma, ale też nam Go objawia w najpełniejszy znany nam sposób. Odtąd ludzka twarz Jezusa z Nazaretu, twarz człowieka miłosiernego aż po wydanie własnego ciała na krzyż, staje się drogą do odkrycia chwały, której pragnie Bóg. Jaką bowiem chwałę otrzymuje Jednorodzony od Ojca? W jaki sposób ten ubogi człowiek jest pełen jest Bożej łaski i prawdy? Jezus Chrystus jest oddany całkowicie Ojcu w niebie. Dlatego wypełnia Jego wolę oddania dla człowieka. Chwałą nie jest pogańsko rozumiana wielkość wszechmocnego monarchy, który ma prawo domagać się zapłaty za urażoną przez człowieka dumę. Jest skrajnie inaczej, przeciwnie. Tam, gdzie Syn Boży się uniża i jednoczy się z ludzką naturą, tam do głosu dochodzi pełna prawda o Bogu Stwórcy, który pragnie komunii ze swoim stworzeniem. Dopiero bowiem zjednoczenie Boga z grzesznym człowiekiem może faktycznie udzielić łaski życia wiecznego zranionemu śmiertelnie człowieczeństwu. Chwała Boga nie jest sprzeczna z pokorą wcielenia, ale dopełnieniem tej wielkości, którą zrozumie tylko miłość. Nawet więc, jeśli uniżenie Chrystusa w zjednoczeniu z człowieczeństwem jest realną kenozą Syna Bożego, Jego pokornym samooddaniem, to jednak należy je odczytywać tak, aby jednocześnie ujrzeć w tym zjednoczeniu blask odwiecznej Miłości. Wierzymy i wyznajemy, że pełnią prawdy o Bogu jest miłość.

 

Wcielony Chrystus podnosi ludzką naturę ze „śmierci duchowej”

Najlepszym obrazem biblijnym istotowej treści teologicznego rozumienia tajemnicy wcielenia jest Chrystus, który przychodzi nad rzekę Jordan, aby prosić o chrzest (por. Mt 3, 13–17). Ojcowie Kościoła wspominają tutaj o wejściu Jezusa do rzeki, w której obmywali się grzesznicy. Chrzest Jana Chrzciciela nie jest bowiem obdarowaniem Duchem Świętym, czym jest, jak wierzymy, chrzest w rozumieniu chrześcijańskim. Jest raczej znakiem pokuty i nawrócenia człowieka, który pragnie żyć według Bożego prawa. Zanurzenie w wodzie Jordanu oznacza więc zstąpienie Syna Bożego do tego wymiaru ludzkiego życia, w którym przeżywa ciemność konsekwencji oddalenia od Boga. Kiedy natomiast wychodzi z wody i zstępuje na Niego Duch Święty, wówczas dokonuje się to, co stanowi istotę chrztu chrześcijan. W tym samym momencie daje się słyszeć głos z nieba, który mówi: „To jest mój Syn umiłowany”. W tej ewangelicznej scenie poznajemy jeszcze raz istotę wcielenia, które jest nie tylko zstąpieniem w serce człowieka, oddalonego od Boga, ale także powstaniem razem z nim do tej godności, w której każdy człowiek może usłyszeć już o sobie samym w Chrystusie: „ten jest mój syn umiłowany”. Owo powstanie i wyjście z rzeki, które ukierunkowuje Syna Bożego, niosącego w sobie ludzką naturę, na wyżyny boskiej miłości Ojca w Duchu Świętym, ukazuje nam ostateczny cel udzielania chrztu przez Kościół. Ukazuje nam wielkość naszego powołania, którego nie mogliśmy odczytać w całej pełni na obliczu pierwszego stworzonego człowieka, Adama. I nie tylko dlatego, że zgrzeszył, ponieważ zawarte w chrzcie świętym powołanie do uczestnictwa w boskiej naturze, tzn. w miłości, która jest obdarowaniem Syna Bożego przez Boga Ojca w Duchu Świętym, jest czymś, co absolutnie przekracza odczytane w historii Adama i Ewy zaproszenie do przyjaźni z Bogiem. Inaczej mówiąc, dopiero wcielony Chrystus, który podnosi upadłą ludzką naturę ze „śmierci duchowej” ku życiu wiecznemu w tajemnicy samego Boga, pozwala nam dogłębnie zrozumieć rozmiar tej przyjaźni, do której zostali powołani pierwsi rodzice i razem z nimi każdy z nas. Dynamika zstąpienia i wstąpienia wcielonego Syna Bożego odkrywa przed nami sens Jego zbawczej śmierci na krzyżu i powstania do nowego życia. W tym sensie prawda wcielenia zapowiada prawdę zbawienia, Boże narodzenie zapowiada Święta Paschalne, zstąpienie Boga do człowieka zapowiada wniebowzięcie ludzkiej natury do Królestwa niebieskiego.

Podsumowaniem komentarza do tych zaledwie dwóch zdań wyjętych z naszego chrześcijańskiego Credo niech będą słowa zaczerpnięte z liturgii zapisanej w Mszale rzymskim: „Bóg najpełniej objawia swoją wszechmoc w łasce objawienia”.

 

Artykuły na temat Credo zamieściliśmy w numerach 4,8 13, 16, 21, 26, 30, 34, 38, 43 i 46/2013.

 


 

Wierzę w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stworzyciela nieba i ziemi, wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych. I w jednego Pana Jezusa Chrystusa, Syna Bożego Jednorodzonego, który z Ojca jest zrodzony przed wszystkimi wiekami. Bóg z Boga, Światłość ze Światłości, Bóg prawdziwy z Boga prawdziwego. Zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu, a przez Niego wszystko się stało. On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy i stał się człowiekiem. Ukrzyżowany również za nas, pod Poncjuszem Piłatem został umęczony i pogrzebany. I zmartwychwstał dnia trzeciego, jak oznajmia Pismo. I wstąpił do nieba; siedzi po prawicy Ojca. I powtórnie przyjdzie w chwale sądzić żywych i umarłych, a Królestwu Jego nie będzie końca. Wierzę w Ducha Świętego, Pana i Ożywiciela, który od Ojca i Syna pochodzi. Który z Ojcem i Synem wspólnie odbiera uwielbienie i chwałę, który mówił przez Proroków. Wierzę w jeden, święty, powszechny i apostolski Kościół. Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie grzechów. I oczekuję wskrzeszenia umarłych. I życia wiecznego w przyszłym świecie. Amen.

 


 

Z Katechizmu Kościoła Katolickiego

I. Dlaczego Słowo stało się ciałem?

456 Odpowiadając na to pytanie, wyznajemy w Credo Nicejsko-Konstantynopolitańskim: „Dla nas ludzi i dla naszego zbawienia zstąpił z nieba. I za sprawą Ducha Świętego przyjął ciało z Maryi Dziewicy”.

457 Słowo stało się ciałem, aby nas zbawić i pojednać z Bogiem. Bóg „sam nas umiłował i posłał Syna swojego jako ofiarę przebłagalną za nasze grzechy” (1 J 4, 10). „Ojciec zesłał Syna jako Zbawiciela świata” (1 J 4, 14). „On się objawił po to, aby zgładzić grzechy” (1 J 3, 5).

Nasza chora natura wymagała uzdrowienia; upadła – potrzebowała podniesienia, martwa – wskrzeszenia. Utraciliśmy posiadanie dobra, trzeba było je nam przywrócić. Byliśmy zamknięci w ciemnościach, trzeba było przynieść nam światło. Będąc w niewoli, oczekiwaliśmy Zbawiciela; jako więźniowie potrzebowaliśmy pomocy, jako niewolnicy wyzwoliciela. Czy te powody były bez znaczenia? Czy nie zasługiwały one na wzruszenie Boga, na to, by zniżył się aż do poziomu naszej ludzkiej natury i nawiedził ją, skoro ludzkość znajdowała się w tak opłakanym i nieszczęśliwym stanie?

458 Słowo stało się ciałem, abyśmy poznali w ten sposób miłość Bożą: „W tym objawiła się miłość Boga ku nam, że zesłał Syna swego Jednorodzonego na świat, abyśmy życie mieli dzięki Niemu” (1 J 4, 9). „Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3, 16).

459 Słowo stało się ciałem, by być dla nas wzorem świętości: „Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie...” (Mt 11, 29). „Ja jestem drogą i prawdą, i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie” (J 14, 6). Na Górze Przemienienia Ojciec daje polecenie: „Jego słuchajcie” (Mk 9, 7). Jest On rzeczywiście wzorem błogosławieństw i normą nowego Prawa: „To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem” (J 15, 12). Miłość ta zakłada rzeczywistą ofiarę z siebie w pójściu za Nim.

460 Słowo stało się ciałem, by uczynić nas „uczestnikami Boskiej natury” (2 P 1, 4). „Taka jest racja, dla której Słowo stało się człowiekiem, Syn Boży Synem Człowieczym: aby człowiek, jednocząc się ze Słowem i przyjmując w ten sposób synostwo Boże, stał się synem Bożym”. „Istotnie, Syn Boży stał się człowiekiem, aby uczynić nas Bogiem”. Unigenitus Dei Filius, suae divinitatis volens nos esse participes, naturam nostram assumpsit, ut homines deos faceret factus homo – „Jednorodzony Syn Boży, chcąc uczynić nas uczestnikami swego Bóstwa, przyjął naszą naturę, aby stawszy się człowiekiem, uczynić ludzi bogami”.

 

II. Wcielenie

461 Opierając się na słowach św. Jana („Słowo stało się ciałem”, J 1, 14), Kościół nazywa „Wcieleniem” fakt, że Syn Boży przyjął naturę ludzką, by dokonać w niej naszego zbawienia. Kościół opiewa misterium Wcielenia w hymnie przytoczonym przez św. Pawła:

To dążenie niech was ożywia; ono też było w Chrystusie Jezusie. On, istniejąc w postaci Bożej, nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, lecz ogołocił samego siebie, przyjąwszy postać sługi, stawszy się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci – i to śmierci krzyżowej (Flp 2, 5–8) 77 .

462 O tej samej tajemnicy mówi List do Hebrajczyków:

Przeto przychodząc na świat, mówi (Chrystus): Ofiary ani daru nie chciałeś, aleś Mi utworzył ciało; całopalenia i ofiary za grzech nie podobały się Tobie. Wtedy rzekłem: Oto idę... abym spełniał wolę Twoją, Boże (Hbr 10, 5–7, cytując Ps 40, 7–9 LXX).

463 Wiara w prawdziwe Wcielenie Syna Bożego jest znakiem wyróżniającym wiarę chrześcijańską: „Po tym poznajecie Ducha Bożego: każdy duch, który uznaje, że Jezus Chrystus przyszedł w ciele, jest z Boga” (1 J 4, 2). Takie jest od samego początku radosne przekonanie Kościoła, gdy sławi „wielką tajemnicę pobożności” – Chrystusa, który „objawił się w ciele” (1 Tm 3, 16).

 

III. Prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek

464 Jedyne i całkowicie wyjątkowe wydarzenie Wcielenia Syna Bożego nie oznacza, że Jezus Chrystus jest częściowo Bogiem i częściowo człowiekiem, ani że jest ono wynikiem niejasnego pomieszania tego, co Boskie, i tego, co ludzkie. Syn Boży stał się prawdziwie człowiekiem, pozostając prawdziwie Bogiem. Jezus Chrystus jest prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Kościół musiał bronić tej prawdy wiary i wyjaśniać ją w pierwszych wiekach, odpowiadając na herezje, które ją fałszowały.

465 Pierwsze herezje negowały nie tyle Bóstwo Chrystusa, ile raczej Jego prawdziwe człowieczeństwo (doketyzm gnostycki). Od czasów apostolskich wiara chrześcijańska kładła nacisk na prawdziwe Wcielenie Syna Bożego, który „przyszedł w ciele”. W trzecim wieku Kościół na synodzie w Antiochii musiał orzec przeciw Pawłowi z Samosaty, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym przez naturę, a nie przez przybranie (adopcję). Pierwszy sobór powszechny w Nicei w 325 r. wyznaje w swoim Credo, że Syn Boży jest „zrodzony, a nie stworzony, współistotny Ojcu” (homousios), i potępia Ariusza, który przyjmował, że „Syn Boży pochodził z nicości” i „z innej substancji niż Ojciec”.

466 Herezja nestoriańska widziała w Chrystusie osobę ludzką połączoną z Osobą Boską Syna Bożego. Przeciwstawiając się tej herezji, św. Cyryl Aleksandryjski i trzeci sobór powszechny w Efezie w 431 r. wyznali, że „Słowo, jednocząc się przez unię hipostatyczną z ciałem ożywianym duszą rozumną, stało się człowiekiem”. Człowieczeństwo Chrystusa nie ma innego podmiotu niż Boska Osoba Syna Bożego, który przyjął je i uczynił swoim od chwili swego poczęcia. Na tej podstawie Sobór Efeski ogłosił w 431 r., że Maryja stała się prawdziwie Matką Bożą przez ludzkie poczęcie Syna Bożego w swoim łonie: „(Nazywa się Ją Matką Bożą) nie dlatego, że Słowo Boże wzięło od Niej swoją Boską naturę, ale dlatego że narodziło się z Niej święte ciało obdarzone duszą rozumną, z którym Słowo zjednoczone hipostatycznie narodziło się, jak się mówi, według ciała” .

467 Monofizyci twierdzili, że natura ludzka jako taka przestała istnieć w Chrystusie, gdyż została przyjęta przez Boską Osobę Syna Bożego. Przeciwstawiając się tej herezji, czwarty sobór powszechny w Chalcedonie w 451 r. wyznał:

Idąc za świętymi Ojcami, uczymy jednogłośnie wyznawać, że jest jeden i ten sam Syn, nasz Pan Jezus Chrystus, doskonały w Bóstwie i doskonały w człowieczeństwie, prawdziwy Bóg i prawdziwy człowiek, złożony z duszy rozumnej i z ciała, współistotny Ojcu co do Bóstwa, współistotny nam co do człowieczeństwa, „we wszystkim... z wyjątkiem grzechu” (Hbr 4, 15). Przed wiekami zrodzony z Ojca jako Bóg, w ostatnich czasach narodził się dla nas i dla naszego zbawienia jako człowiek z Maryi Dziewicy, Bożej Rodzicielki.

Jeden i ten sam Chrystus Pan, Syn Jednorodzony, ma być uznany w dwóch naturach bez pomieszania, bez zamiany, bez podziału i bez rozłączenia. Nigdy nie została usunięta różnica natur przez ich zjednoczenie, lecz właściwości każdej z nich są zachowane i zjednoczone w jednej osobie i w jednej hipostazie.

468 Po Soborze Chalcedońskim niektórzy uważali ludzką naturę Chrystusa za jakiś rodzaj podmiotu osobowego. Piąty sobór powszechny w Konstantynopolu w 553 r. wyznał przeciw nim o Chrystusie: „Jest tylko jedna hipostaza (czyli osoba), którą jest nasz Pan Jezus Chrystus, Jeden z Trójcy Świętej”. Wszystko w człowieczeństwie Chrystusa powinno więc być przypisywane Jego Osobie Boskiej jako właściwemu podmiotowi, nie tylko cuda, lecz także cierpienia, a nawet śmierć: „Nasz Pan Jezus Chrystus, który w swoim ciele został ukrzyżowany, jest prawdziwym Bogiem, Panem chwały i Jednym z Trójcy Świętej”.

469 Kościół wyznaje w ten sposób, że Jezus jest niepodzielnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym człowiekiem. Jest On prawdziwie Synem Bożym, który stał się człowiekiem, naszym bratem, nie przestając przez to być Bogiem, naszym Panem:

„Niezmienny w swoim Bóstwie, przyjął to, co ludzkie” – śpiewa liturgia rzymska. Liturgia św. Jana Chryzostoma głosi i śpiewa: „O Synu Jedyny i Słowo Boga, będąc nieśmiertelny, raczyłeś dla naszego zbawienia przyjąć ciało ze świętej Bożej Rodzicielki i zawsze Dziewicy Maryi. Bez żadnej odmiany stałeś się człowiekiem i zostałeś ukrzyżowany. O Chryste Boże, który przez swoją śmierć zniweczyłeś śmierć, który jesteś Jednym z Trójcy Świętej, uwielbiony z Ojcem i Duchem Świętym, zbaw nas!”.

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki