Logo Przewdonik Katolicki

Nie tylko Westerplatte

Sławomir Kmiecik
Fot.

O okolicznościach niemieckiej agresji na Polskę po upływie 74 lat wiemy już niby wszystko, ale ciągle jeszcze trafiamy na zagadki, nieścisłości i kontrowersje. Należy do nich nawet data i godzina wybuchu II wojny światowej.

  

Czy Polska w 1939 r. mogła uniknąć niemieckiej napaści? Kreatorzy „historii alternatywnej” przekonują, że należało zapobiec atakowi, a nawet wejść w sojusz z III Rzeszą. To jednak mrzonki, gdyż Hitler twardo parł do podbicia Polski. „Alternatywą” było tylko to, że II wojna światowa mogła wybuchnąć 26 sierpnia, a nie 1 września.

Nawet ta kwestia, tak pozornie oczywista jak moment wybuchu wojny, pozostaje sprawą nieco dyskusyjną. Oficjalnie i według podręcznikowej wiedzy największy konflikt zbrojny w dziejach świata rozpoczął się 1 września 1939 r. o godz. 4.45, zgodnie z wytycznymi Adolfa Hitlera. Wtedy to bowiem niemiecki pancernik „Schleswig-Holstein” ostrzelał polską Wojskową Składnicę Tranzytową na Westerplatte w Gdańsku. Pięć minut później jej komendant mjr Henryk Sucharski w raporcie do dowództwa Marynarki Wojennej podał godzinę, którą przyjęło się potem uważać za początek II wojny światowej.

Barbarzyńskie naloty

W rzeczywistości jednak siły niemieckie zaatakowały Polskę trochę wcześniej. Już o godz. 4.43 nalot na Wieluń w województwie łódzkim przeprowadziła eskadra 4. Floty Powietrznej feldmarszałka Wolframa von Richthofena. Zanim więc dzielna załoga Westerplatte odpowiedziała ogniem na atak z morza, bombowce nurkujące typu Ju 87B zrzucały już pierwsze bomby na wieluńskie zabudowania, w tym szpital i kościół. Ten nalot, stanowiący jeden z przykładów niemieckiego bestialstwa i bezsensownego terroru (zniszczono wtedy 75 proc. zabudowy miasta), od kilkunastu lat przedstawiany jest jako początek agresji na Polskę, czyli rzeczywisty moment wybuchu wojny. To jednak też okazuje się nie do końca zgodne z faktami, gdyż jeszcze wcześniej – już o godz. 4.34, a więc 11 minut przed oficjalnym terminem ataku – wspomniane już bombowce Ju 87B (tzw. Stukasy – od niem. Sturzkampfflugzeug) zbombardowały przyczółki mostu kolejowego w Tczewie. Dowódca 3. eskadry 1. pułku, porucznik Bruno Dilley, miał za zadanie sterroryzować polską obsadę i umożliwić Wehrmachtowi przejęcie obiektu w nienaruszonym stanie. Akcja jednak się nie powiodła dzięki fortelowi Pawła Szczecińskiego, zawiadowcy stacji w przygranicznym Szymankowie. Zdołał on bowiem skierować na ślepy, boczny tor pociąg pancerny płk. Gerharda Medema, który miał wykonać główne natarcie. To opóźnienie umożliwiło wysadzenie mostu w powietrze, co bardzo skomplikowało działania niemieckiej Grupy Armii „Północ”. W odwecie paramilitarny oddział SA „Grosser Werder” wymordował 21 kolejarzy i celników wraz z ich rodzinami, dając kolejny przykład niemieckiego okrucieństwa wobec Polaków.

Duce odmawia Hitlerowi

Wszystko to działo się 1 września 1939 r., ale niewiele brakowało, a kolejne rocznice wybuchu II wojny światowej obchodzilibyśmy 26 sierpnia. Dlaczego? Bo na ten właśnie dzień (była to sobota), na godz. 4.30, Hitler pierwotnie zaplanował uderzenie na Polskę. Wszystko logistycznie zostało już właściwie przygotowane, ale 25 sierpnia wódz III Rzeszy otrzymał dwie wiadomości, które wprawiły go w zły nastrój. Najpierw włoski przywódca Benito Mussolini, który kilka miesięcy wcześniej zobowiązał się w „pakcie stalowym”, że wesprze Niemcy, jeśli znajdą się w stanie wojny, odpowiedział negatywnie na osobisty list Führera, zapowiadający atak na Polskę. Duce przypomniał, że mowa była o wybuchu wojny dopiero po roku 1942, a Włochy do tego czasu miały zostać solidnie dozbrojone. Drugą niepomyślną informacją dla Hitlera stanowiło doniesienie o tym, że został podpisany formalny polsko-brytyjski traktat o pomocy wzajemnej. W tej sytuacji niemiecki dyktator przystał na propozycję ministra spraw zagranicznych Joachima von Ribbentropa i odwołał wydany już rozkaz napaści na Polskę. Długo jednak nie zwlekał – 28 sierpnia wyznaczył nowy termin agresji – na 1 września.

Wojna dywersantów przed czasem

O tej zmianie na czas nie dowiedziała się jednak 30-osobowa grupa dywersyjna, pod dowództwem oficera Abwehry, porucznika Hansa-Albrechta Herznera, która nad ranem 26 sierpnia miała napaść na stację kolejową Mosty i zająć tunel kolejowy na Przełączy Jabłonkowskiej do czasu nadejścia regularnych wojsk III Rzeszy. Z pewną dozą przesady można stwierdzić, że właśnie ci bojówkarze, wywodzący się z niemieckiej mniejszości na Śląsku Cieszyńskim, rozpoczęli II wojnę światową, bo to oni już w nocy z 25 na 26 sierpnia oddali pierwsze strzały przeciwko Polakom. Z pobliskiego wzgórza ostrzelali stację kolejową i stojący obok dom, w którym kwaterowali polscy saperzy, a także zajęli dworzec. Nasza Straż Graniczna odpowiedziała ogniem, broniąc ważnego strategicznie obiektu (dziś leżącego na terytorium Czech). Mogło dojść do długotrwałej potyczki, ale kiedy rano dywersanci dowiedzieli się o zmianie daty ataku na Polskę, opuścili stację w Mostach. Całe wydarzenie zostało potem sprowadzone do zatargu o charakterze bardziej dyplomatycznym niż militarnym, który dziś nazywany jest incydentem jabłonkowskim.

Wariant Biały, czyli zgładzić Polskę

Inna rzecz, że stosując pozornie „drobne” spięcia i prowokacje podejmowane przez grupy dywersyjne i sabotażowe, Hitler cały czas eskalował napięcie i budował stan rzekomego zagrożenia ze strony Polski. Bo wbrew modnym ostatnio teoriom o możliwości zawarcia sojuszu z III Rzeszą, a przez to uniknięcia napaści z jej strony, trzeba podkreślić, że Hitler był przeświadczony o absolutnej konieczności podbicia Polski. Pragnął wojny z naszym państwem, gdyż ona otwierała mu drogę do dalszych podbojów w Europie, czyli do realizacji programu, który wytyczył w Mein Kampf. A przypomnijmy, że kluczowe zdanie jego „programowej” książki brzmiało: „Niemcy albo staną się mocarstwem światowym, albo przestaną istnieć”. II Rzeczpospolita była postrzegana w Berlinie jako państwo blokujące dalszą ekspansję Niemiec. Już 11 kwietnia 1939 r. Hitler wydał rozkaz przygotowania szczegółowego planu ataku na Polskę o kryptonimie „Fall Weiss” („Wariant Biały”). Koncepcja zakładała gwałtowną napaść bez wypowiedzenia wojny i prowadzenie walk według doktryny Blitzkriegu, czyli wojny błyskawicznej. Ostatecznym efektem nie miało być „tylko” zwycięstwo militarne – chodziło o to, aby nasz kraj przestał istnieć jako samodzielny byt na arenie międzynarodowej, aby – innymi słowy – Polska została wymazana z mapy Europy. Realizując to założenie, Hitler w przemówieniu wygłoszonym 28 kwietnia 1939 r. w Reichstagu wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o nieagresji. Do rozpętania wojny potrzebował tylko kolejnych pretekstów.

Żądania nie do spełnienia

Zarzutem głównym był sam fakt, że Polska okazała się pierwszym krajem, który zdecydowanie odrzucał niemieckie żądania. A te, przedstawione już 24 października 1938 r., dotyczyły – przypomnijmy – włączenia Gdańska do Niemiec, przeprowadzenia przez polskie Pomorze eksterytorialnej autostrady i linii kolejowej łączącej Prusy Wschodnie z Niemcami oraz przystąpienia Polski do paktu antykominternowskiego. Było też wiele oczekiwań mniejszej wagi, których lista mogła być dowolnie zmieniana i rozszerzana. Formułowane dziś twierdzenia, że wystarczyło przystać na żądania Hitlera, aby uniknąć agresji są niepoważne, jeśli weźmie się pod uwagę prosty fakt, że wódz III Rzeszy bez użycia siły, grożąc jedynie wojną, wcześniej zajął Austrię i Czechosłowację. Po każdym spełnionym życzeniu mogłoby paść kolejne, bo cel strategiczny – usunięcie polskiej „zawalidrogi” – z punktu widzenia Hitlera nie podlegał dyskusji.

Wojna od wielu miesięcy wisiała zatem na włosku, ale i tak dla wielu Polaków jej wybuch stanowił szok. Lato 1939 r. było bowiem bardzo upalne i niektórzy dopiero 1 września wracali w głąb kraju z wakacji nad Bałtykiem. O atmosferze tamtego dnia niech świadczy fakt, że w Warszawie jeszcze po południu w teatrzyku „Ali Baba” grany był wesoły program Orzeł czy Rzeszka, w którym Ludwik Sempoliński parodiował Hitlera, śpiewając piosenkę Mariana Hemara ze słynną frazą: „Ten wąsik, ach ten wąsik”. Autor tego utworu i jego wykonawca nie przypuszczali, że już wkrótce – tropieni przez Gestapo – będą musieli pospiesznie uciekać z kraju. A całemu polskiemu społeczeństwu przed 1 września nie mieścił się w głowie ani rozmiar totalnego niemieckiego ataku, ani skala brutalności agresorów.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki