Logo Przewdonik Katolicki

Pamiętać o bohaterach

Sławomir Kmiecik
Fot.

Tegoroczne obchody 69. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego obfitowały we wzruszające i szlachetne przedsięwzięcia, ale, niestety, pełne były też gorszących wypowiedzi, awantur i skandali. Na szczęście pamięć o naszych bohaterach trwa i trwać będzie.

Tegoroczne obchody 69. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego obfitowały we wzruszające i szlachetne przedsięwzięcia, ale, niestety, pełne były też gorszących wypowiedzi, awantur i skandali. Na szczęście pamięć o naszych bohaterach trwa i trwać będzie.

 

Publikacje ośmieszające wolnościowy zryw i zniechęcające do czczenia jego bohaterów odniosły skutek odwrotny do zamierzonego. Uroczystości w Warszawie miały godną oprawę i przyciągnęły tłumy i podobnie było w całym kraju. W godzinę „W”, czyli o 17.00 – godzinie wybuchu powstania warszawskiego – 1 sierpnia głos syren rozbrzmiewał w wielu miastach poza stolicą, także w Wielkopolsce. Była patriotyczna pielgrzymka na Jasną Górę z wyeksponowaniem 69 flag narodowych, zorganizowano liczne koncerty, widowiska, inscenizacje i rekonstrukcje historyczne, rajdy rowerowe, czy – tak jak w Poznaniu – marsze pamięci. Warto przyjrzeć się tym obchodom raz jeszcze, bo stosunek do przeszłości wiele mówi o teraźniejszości.

Komu wolno pamiętać

Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert w dniu rocznicy – 1 sierpnia – ubolewał w radiowej „Trójce”, że od 3–4 lat powstanie warszawskie nie jest już „własnością całego narodu”, gdyż zostało upolitycznione. Niektórzy politycy i komentatorzy z obozu władzy jeszcze ostrzej formułowali pretensje, że pamięć o największej bitwie Polaków w II wojnie światowej jest „zawłaszczana” przez środowiska konserwatywne i niepodległościowe, a zwłaszcza PiS. Strona „pozwana” w odpowiedzi argumentowała, że nikt nie zrobił więcej dla oddania czci bohaterskim powstańcom niż śp. Lech Kaczyński, dzięki któremu w 2004 r. utworzono niezwykłe Muzeum Powstania Warszawskiego. A dziś środowisko tragicznie zmarłego prezydenta, wykonując jego testament ideowy, doznaje ciągłych ataków i szyderstw ze strony ludzi, dla których hasła „Bóg, Honor, Ojczyzna” to przejaw nacjonalizmu, a nawet... faszyzmu.

Bieżące konflikty partyjne w tym roku – niestety – znowu wypierały racje historyczne, moralne, patriotyczne. Trudno jednak, by wokół heroicznego zrywu warszawiaków sprzed 69 lat nie było sporów natury politycznej, skoro urzędujący minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski już dwa lata temu nazwał powstanie warszawskie „narodową katastrofą”. Te słowa wywołały oburzenie i do dziś są zadrą w dyskusjach o tym, jak powstanie z 1 sierpnia 1944 r. powinno być zapisane w świadomości Polaków. Przy okazji tegorocznych obchodów emocje podgrzał jeszcze bardziej inny minister z ekipy Donalda Tuska, skądinąd wielce zasłużony powstaniec, Władysław Bartoszewski .

Kto dla kogo jest „motłochem”

W „Gazecie Wyborczej” minister Bartoszewski odgrażał się, że tym razem nie przyjdzie na uroczystości przed pomnikiem Gloria Victis na warszawskich Powązkach, bo nie chce spotkać się z „motłochem”, który przeciw niemu buczy i gwiżdże. Były szef polskiej dyplomacji zasugerował, że na komendę robią to ludzie, dla których motywacją jest polityczna nienawiść. Ostatecznie minister zgodził się wziąć udział w obchodach, ale w słowach nadal nie przebierał. „Motłoch nie będzie ograniczał mojej swobody” – ogłosił na antenie TVP Info. I niestety, wywołał wilka z lasu. Kiedy bowiem składał kwiaty wraz z Donaldem Tuskiem, część zebranych rzeczywiście buczała. Wtedy jakaś starsza pani, broniąc 91-letniego ministra, wyjęła butelkę z wodą i zaczęła na oślep oblewać wszystkich dokoła. Działo się to na oczach strażnika miejskiego, który nie interweniował. Wycie i gwizdy są oczywiście ostatnią rzeczą, jaką chciałoby się słyszeć na cmentarzu, bo nad grobami potrzebna jest przede wszystkim modlitwa, skupienie i szacunek. Trudno jednak pominąć słowa Jarosława Kaczyńskiego, który  pytany o ten incydent przez dziennikarzy, zauważył, że jeżeli ktoś mówi o ludziach „bydło”, „hołota”, „tłuszcza” czy „motłoch”, jak robi to minister Bartoszewski, to jest na to reakcja. „Żaden życiorys ani sędziwy wiek tutaj nic nie zmienia” – wyjaśniał prezes PiS. Poseł Jacek Sasin dodał, że tylko Władysław Bartoszewski wywołał takie negatywne emocje i zachowania w myśl zasady: kto sieje wiatr, ten zbiera burzę. Istotnie, w czasie składania kwiatów przez prezydenta RP Bronisława Komorowskiego czy prezydent Warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz panował spokój, choć prorządowe media wykazywały, że tu i ówdzie jednak rozlegały się „pomruki”.

Komu wolno składać kwiaty

Mniej nagłośniono natomiast inne zdarzenie, do którego doszło na Powązkach. Poseł Marek Suski alarmował, że Jarosław Kaczyński i posłowie PiS nie zostali wpuszczeni przed pomnik Gloria Victis w czasie oficjalnych uroczystości. Straż miejska pilnowała, aby prezes PiS nie dostał się do strefy odgrodzonej barierkami – musiał stać za nimi do czasu wyjścia notabli. Opozycyjnej delegacji nie pozwolono nawet złożyć kwiatów podczas głównej uroczystości. Przedstawicielka biura prezydent Warszawy tłumaczyła, że są to obchody miejskie, a nie państwowe i dlatego politycy PiS nie mogą brać w nich udziału. Czy można dziwić się, że w tak złym klimacie politycznym dochodziło do innych awantur? Na Uniwersytecie Warszawskim samorząd studencki na 1 sierpnia zaplanował projekcję komedii z czasów PRL-u pt. Miś. W odpowiedzi powstała internetowa inicjatywa przywołująca słynne hasło z czasów okupacji: „Tylko świnie siedzą w kinie”. To wywołało potok obelg ze strony tych, którzy w czasie obchodów 69. rocznicy największego zrywu przeciwko niemieckim okupantom woleli oglądać komediowe gagi z epoki PRL. Portal Tomasza Lisa NaTemat.pl, gdzie blogi prowadzi wielu ministrów i celebrytów, opublikował z kolei artykuł ostro atakujący ideę obchodów rocznicy powstania warszawskiego. Autor Jakub Noch nie tylko sugerował, że „cała Polska nie musi przeżywać rocznicy tak jak Warszawa”, ale pytał prowokacyjnie: „Też masz dość Powstania Warszawskiego?” i wmawiał czytelnikom, że organizacja uroczystości rocznicowych nie ma sensu.

U kogo powstaniec ma głowę Myszki Miki

Większy ciężar gatunkowy miała szokująca okładka tygodnika „Wprost”, na której – pod hasłem „Pop-wstanie'44” – przedstawiono warszawskiego bojownika z głową Myszki Miki. Redakcja w okładkowym materiale sygnalizowała problem: „Jak tragedię powstania warszawskiego zmieniono w mit popkultury”. Autor tekstu Jacek Wasilewski narzekał, że krew, pot i łzy powstańców stają się odrealnione, gdyż na pierwszy plan wysuwana jest młodość, miłość i romantyzm żołnierzy AK, przez co zyskujemy bohaterów, ale tracimy wymiar tragedii. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że heroiczny zryw z 1 sierpnia 1944 r. staje się częścią popkultury właśnie za sprawą takich publikacji, jak ta we „Wprost”. Wydawca tygodnika miał zresztą świadomość, że wywołuje burzę. Na swoim twitterowym profilu napisał, że okładka „na pewno nie przejdzie bez echa” i zastanawiał się, „czy nie będzie to echo wołającego na puszczy”. Na razie jednak takim bezskutecznym wołaniem pozostają apele o to, aby szanować ofiarę krwi powstańców i nie kpić ze świętości, za jaką Polacy uważają 63-dniową bitwę z Niemcami o Warszawę, a tak naprawdę o wolność i suwerenność ojczyzny.

Dla kogo powstanie jest najważniejsze

Zapatrywania Polaków w tej kwestii oddał sondaż Homo Homini dla „Rzeczpospolitej”, który wykazał, że większość polskiego społeczeństwa uznaje powstanie warszawskie za najważniejszy zryw narodowy w całej naszej historii. Aż o 20 pkt. procentowych wyprzedza ono inny bój o niepodległość kraju – powstanie listopadowe z lat 1830–1831. Tym wynikiem nie jest zaskoczony prof. Witold Kieżun, podporucznik AK, uczestnik powstania, więzień sowieckich łagrów i więzień UB. W jego opinii, powstanie warszawskie było największym buntem wolnościowym w dziejach świata, który sami Niemcy porównują dziś jedynie z zaciętymi walkami pod Stalingradem. W te nastroje „ulicy” jak co roku potrafili wczuć się pracownicy i wolontariusze Muzeum Powstania Warszawskiego wraz z jego dyrektorem Janem Ołdakowskim. Zespół Lao Che w przymuzealnym parku Wolności przedstawił poruszający spektakl muzyczno-historyczny, który przyciągnął tłumy nie tylko młodych ludzi, ale piosenki tej grupy o powstańczej Warszawie robią naprawdę niesamowite wrażenie. Następnego dnia w muzeum przy ul. Grzybowskiej odbył się równie udany koncert „Zakazane piosenki”, w czasie którego klimat Warszawy z lat okupacji i powstańczych walk oddali utalentowani pieśniarze, między innymi Katarzyna Groniec, Mela Koteluk i Skubas (Radosław Skubaja). Te same utwory 1 sierpnia zabrzmiały w Warszawie na placu Zamkowym, gdzie śpiewali je mieszkańcy stolicy. Otwarty koncert „Zakazanych piosenek” okazał się niezwykłym przedsięwzięciem, podczas którego w kąt poszły polityczne spory i ideologiczne urazy. Niesamowite wrażenie robiły też sceny z warszawskich ulic, które zamarły, gdy o godz. 17.00, w godzinę „W”, zawyły syreny.

Miasto, które zamiera na minutę

Przechodnie przystawali, niejeden uronił łzę, stawały samochody, autobusy i tramwaje. W sieci pojawił się potem piękny film „o mieście, które raz w roku zatrzymuje się na minutę”. Flagi, chorągiewki, race i cała Warszawa stojąca w skupieniu. Nie można było nie poczuć wzruszenia i dumy, patrząc na te obrazy. Wrażenie zrobił też gest nuncjusza apostolskiego w Polsce abp. Celestina Migliore, który podczas Mszy św. odprawionej w intencji poległych powstańców przypomniał znamienne słowa bł. Jana Pawła II o powstaniu. Ojciec Święty 2 czerwca 1979 r. przy okazji swej pierwszej pielgrzymki do Polski, powiedział: „Nie sposób zrozumieć tego miasta Warszawy, stolicy Polski, która w 1944 r. zdecydowała się na nierówną walkę z najeźdźcą, w której została opuszczona przez sprzymierzone potęgi, na walkę, w której legła pod własnymi gruzami, jeśli się nie pamięta, że pod tymi samymi gruzami legł również Chrystus Zbawiciel ze swoim krzyżem sprzed kościoła na Krakowskim Przedmieściu”. Podniosła atmosfera panowała też, kiedy Bronisław Komorowski w parku Wolności przekazał ordery Virtuti Militari rodzinom dziewięciu powstańców warszawskich nadane rozkazem dowódców jeszcze w czasie walk w 1944 r. Pośmiertnie uhonorowani żołnierze walczyli w słynnych batalionach Armii Krajowej, takich jak „Parasol”, „Zośka” czy „Miotła”.

Ktoś zapyta: po co to wszystko? Jaki sens ma czczenie przegranej batalii o wolność, która pochłonęła tak wiele ofiar i pociągnęła za sobą tyle zniszczeń? Na ten temat napisano już wiele rozpraw, ale może najlepiej przywołać słowa śp. prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który w 2008 r. powiedział: „Przeciwnicy powstania warszawskiego, albo inaczej, przeciwnicy obchodzenia jego rocznicy, jako rocznicy klęski, nie biorą jednej rzeczy pod uwagę – my nie obchodzimy rocznicy klęski, my obchodzimy rocznicę tragiczną, ale niezbędną w naszej historii, my czcimy bohaterów, czcimy wyjątkowo bohaterską armię! Czcimy i czcić będziemy, w każdy dostępny sposób”. Zapewne wielu z nas, bez względu na poglądy polityczne, podpisuje się pod tym twierdzeniem obiema rękami.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki