Cezar chce co boskie

Stany Zjednoczone uznawane są za kraj, który wyznacza standardy demokracji. Tym bardziej wiec powinniśmy niepokoić się rzeczami, które w ostatnich tygodniach wyprawia się z wolnością sumienia za Wielką Wodą.
Czyta się kilka minut

fot. Wic Mcnamee PAP EPA

Ameryka znajduje się w gorącym roku kampanii prezydenckiej. To niezwykle specyficzny czas, kiedy każde słowo, każdy gest mogą zadecydować o zwycięstwie lub przegranej w listopadowych wyborach. A już na pewno dotyczy to wszelkich kwestii religijnych. Bo w żadnym innym kraju czynnik religijny nie odgrywa tak wielkiej roli: zdeklarowany ateista nie ma tutaj żadnych szans na wygraną, a wiara w Boga jest uznawana niemalże za wyznacznik amerykańskości.

Tym dziwniejsze więc, że akurat teraz administracja prezydenta Baracka Obamy zdecydowała się na serię antychrześcijańskich działań ustawodawczych. Czy jest to wyraz ideologicznego zaślepienia Obamy? Świadomość słabości republikańskich przeciwników? A może wręcz przeciwnie – konieczność wykorzystania resztki czasu, jaka została mu do końca kadencji?

Tak czy owak, w Ameryce zawrzało.

Pakiecik dla katolika

Oczkiem w głowie Baracka Obamy od początku jego rządów jest sprawa powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego dla amerykańskich obywateli. Tyle tylko, że pod tą szlachetną, wydawałoby się, reformą kryje się próba wprowadzenia tylnymi drzwiami rozwiązań sprzecznych z sumieniem, poglądami i wiarą znacznej części amerykańskiego społeczeństwa. Nowa ustawa o ubezpieczeniach zdrowotnych nakłada bowiem na wszystkich pracodawców obowiązek wykupienia dla pracowników pakietu ubezpieczeń, zawierającego m.in. refundację  antykoncepcji, sterylizacji i środków wczesnoporonnych. Zdaniem obecnego gospodarza Białego Domu stosowanie tych środków jest „częścią profilaktyki zdrowotnej” , a zatem powinno być powszechnie dostępne.

Co gorsza, przyjęty dokument nie przewiduje żadnych wyjątków – pełne pakiety ubezpieczeń musiałyby wykupywać dla swoich pracowników także kościelne instytucje i organizacje. W przeciwnym razie groziłyby im dotkliwe sankcje finansowe, stawiające pod znakiem zapytania dalszą egzystencję wielu z tych placówek. Co prawda Obama uspokajał zapewnieniem, że Kościoły miałyby być wyłączone z obrębu działania ustawy, zapomniał jednak dodać, że ten wyjątek nie dotyczyłby katolickich szkół, szpitali czy organizacji charytatywnych, świadczących usługi i pomoc dla ogółu obywateli. Ot, taki „drobny” szczególik.

Nowe przepisy wywołały oczywiście z miejsca oburzenie i gwałtowny sprzeciw wierzącej części Ameryki. „My, ewangelicy, musimy jednoznacznie stanąć w jednym szeregu z naszymi rzymskokatolickimi braćmi i siostrami. Kiedy władza łamie prawo do wolności religijnej jednej grupy, zagraża to wolności wszystkich” – zaapelowali do swoich współwyznawców dwaj wpływowi działacze ewangelikalni, Chuck Colson i Timothy George. Wspólnoty protestanckie zwróciły się też do wszystkich chrześcijan o podpisywanie się pod petycją do prezydenta Baracka Obamy, wzywającą go do cofnięcia reformy w jej obecnym kształcie.

Tysiące osób podpisują także Deklarację Manhattańską, w której zobowiązują się „oddawać Cezarowi, co cesarskie, ale pod żadnym pozorem nie oddawać Cezarowi tego, co należne jest Bogu”. Mówi się, że taką deklarację złożyło już ponad pół miliona osób.

Natomiast metropolita Detroit abp Allen Vigneron, odnosząc się do ustawy, stwierdził, że jest ona ceną, jaką przychodzi dziś płacić katolikom za „kochanie Jezusa i Jego Kościoła”. „Gdy myślę o karach grzywny, które, jak się zdaje, rząd nam narzuci, to są pieniądze, które mógłbym wykorzystać w moich szkołach katolickich, to są pieniądze, które mógłbym użyć, by nakarmić głodnych, zapewnić opiekę dla ludzi z uzależnieniem. Myślę, że będziemy musieli taką cenę zapłacić” – podsumował gorzko Vigneron.

„Profilaktyka” Obamy

Głosy oburzenia były jednak tak liczne i tak głośne, że w końcu nawet sam Barack Obama musiał przyznać w głębi ducha, że tym razem posunął się za daleko. Przyszło mu to zaś o tyle łatwo, że już niedługo i on będzie walczył o głosy katolickich i protestanckich wyborców. Prezydent zmuszony był więc ogłosić zmianę zasad wykupywania pakietów ubezpieczeniowych przez instytucje religijne. „Organizacje religijne nie będą musiały płacić za te usługi i żadna instytucja kościelna nie będzie musiała dostarczać ich bezpośrednio” – oświadczył Obama, zaraz jednak dopowiedział: „Ale kobiety, które pracują w tych instytucjach, będą miały dostęp do bezpłatnych środków antykoncepcyjnych i nie będą już musiały wydawać na nie setek dolarów rocznie”. Oznacza to, że ciężar obowiązku zapewnienia pełnego pakietu „profilaktyki zdrowotnej” spadnie na same firmy ubezpieczeniowe.

I znowu pojawia się tutaj małe „ale”. Otóż, zaproponowane przez Obamę korekty są wciąż zbyt małe i nie rozwiewają wątpliwości co do sposobu egzekwowania ustawy. Ponadto, jak  zauważyli amerykańscy biskupi w specjalnym oświadczeniu z 10 lutego, działaniu ustawy podlegają nadal pracodawcy religijni, którzy sami się ubezpieczają, oraz religijne firmy ubezpieczeniowe. Nie mówiąc już o prywatnych przedsiębiorcach odwołujących się do wartości chrześcijańskich, których ustawa stawia w sytuacji przymusu i konfliktu sumienia.

Poza tym trudno nie odnieść wrażenia, że problem został odsunięty tylko na chwilę, pod wpływem doraźnej wyborczej taktyki. I jeżeli Obama ponownie wygra wybory, to sprawa ta prędzej czy później wróci zapewne ze zdwojoną siłą. Prezydent przegrał bitwę, ale wojna obyczajowa trwa. Jej ostatecznym celem jest przecież dla demokratów triumf „zdrowia reprodukcyjnego”, „profilaktyki zdrowotnej”, „swobodnego wyboru” – czy jak tam to zwał. Podobnie zresztą jak przeforsowanie wszelkimi możliwymi sposobami innych sztandarowych postulatów obyczajowego „postępu” – na czele z redefinicją prawną pojęcia małżeństwa i przyznaniem małżeńskich praw parom homoseksualnym.

Republikańska słabość

Paradoksalnie, wiele wskazuje na to, że zamach na wolność sumienia obywateli może ujść Obamie na sucho. Bo święte wartości Ameryki to jedno, a wyborcze realia zupełnie co innego.

Zacznijmy może od samych katolickich wyborców. Ci w większości popierają nadal… Obamę. Według niedawnego sondażu przeprowadzonego przez Public Religion Research Institute, obecny prezydent wygrałby wśród katolików z każdym republikańskim kandydatem na prezydenta (w przypadku potencjalnego starcia Obama – Newt Gingrich stosunkiem głosów aż 56 proc. – 32 proc.). Z czego to wynika? Po pierwsze, większość amerykańskich katolików to katolicy lewicujący, tradycyjnie popierający demokratów. Nie brakuje ich także w samej wierchuszce Partii Demokratycznej. Tyle że wiceprezydent Joe Biden, amerykańska sekretarz zdrowia Kathleen Sebelius czy b. przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi to katolicy raczej niedzielni, otwarcie popierający aborcję. Cóż, taka amerykańska specyfika. Oczywiście wśród katolików są też i zagorzali republikanie, stanowią oni jednak mniejszość. W tej sytuacji w rolę konserwatystów i ortodoksów wcielają się najczęściej protestanci.

Innym czynnikiem sprzyjającym Obamie są podziały wśród religijnej amerykańskiej prawicy i słabość samych republikanów. Wystarczy przyjrzeć się republikańskim kandydatom do prezydenckiej nominacji. Mitt Romney jest praktykującym mormonem, co już samo w sobie wzbudza nieufność religijnego elektoratu, który nie chce głosować na „sekciarza”. Ponadto Romney naraził się odmową podpisania „przysięgi pro-life”, którą parafowali inni prawicowi kandydaci. Z kolei Newt Gingrich jest co prawda katolikiem, a przy tym politykiem niezwykle charyzmatycznym i świetnym mówcą, cóż jednak z tego, skoro to dwukrotny rozwodnik z bałaganem w życiu osobistym i niejasnymi powiązaniami w światku waszyngtońskich lobbystów. Jego przeciwieństwem jest Rick Santorum – katolik z czystą hipoteką i mocnymi konserwatywnymi poglądami, ale za to bezbarwny i nie przyciągający tłumów.

Wszystko to oczywiście bardzo zwiększa wyborcze szanse Obamy, zwłaszcza wśród tzw. „Hispanics” – katolików hiszpańskojęzycznych i pochodzących z Ameryki Łacińskiej – często biednych, korzystających z państwowej opieki społecznej. Paradoksalnie więc, walczący z katolicką nauką społeczną Obama, może zapewnić sobie reelekcję właśnie głosami katolików.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 9/2012