Logo Przewdonik Katolicki

Summa Korczakowska

Małgorzata Szewczyk
Fot.

Historia życia, działalności i tragicznej śmierci Janusza Korczaka obrosła prawdziwą legendą. Jest on postacią tak posągową, symboliczną, że niemal nierzeczywistą. Ale Stary Doktór był też po prostu człowiekiem z krwi i kości, i taki jego obraz wyłania się ze wznowionego właśniePamiętnika...

Historia życia, działalności i tragicznej śmierci Janusza Korczaka obrosła prawdziwą legendą. Jest on postacią tak posągową, symboliczną, że niemal nierzeczywistą. Ale Stary Doktór był też po prostu człowiekiem z krwi i kości, i taki jego obraz wyłania się ze wznowionego właśnie Pamiętnika...

 

W finałowej scenie filmu w reżyserii Andrzeja Wajdy o „jednym z najserdeczniejszych mędrców, którzy pokłonili się Dziecku”, jak pisał o Korczaku ks. Jan Twardowski, wagon pociągu z dziećmi i Henrykiem Goldszmitem, zmierzającymi do Treblinki, odczepia się od reszty składu. Stu dziewięćdziesięciu dwóch nieletnich wychowanków Domu Sierot z ul. Siennej z kierownikami i wychowawcami oraz Starym Doktorem nie dojeżdża do obozowej rampy, tylko wyskakuje z wagonu i zmierza ku wolności. Ten symboliczny obraz oswobodzenia Żydów z kajdan zagłady i piętna nie pozostawia widza obojętnym, porusza w nim strunę empatii, a jednocześnie nadaje autorowi Króla Maciusia Pierwszego jeszcze wyraźniejszych rysów symbolicznych, nieprzeciętnych. Tymczasem wojna i okupacja mocno odcisnęły się na postrzeganiu przez niego rzeczywistości i samego siebie.

 

Życie zamknięte w pamiętniku

„Życie moje było trudne, ale ciekawe...” – zapisał w swoim Pamiętniku..., którego rękopis przepisywał na maszynie brat intendentki Róży Azrylewicz-Sztokman, Henryk. To właśnie na jego kartach Henryk Goldszmit zawarł świadectwo autobiograficzne swojego życia, a zwłaszcza ostatniego okresu spędzonego w murach warszawskiego getta, choć pisał go zaledwie przez trzy miesiące – od maja do sierpnia 1942 r. Zapiski te nieco kontrastują z powszechnym, utartym obrazem pediatry, pisarza, publicysty, społecznika, wychowawcy, prekursora walki o prawa dziecka, funkcjami okraszonymi waloryzującymi określeniami „żarliwy, odważny, niestrudzony, wybitny”. 

Korczak czuł się stary, zmęczony, słaby i chory, był przytłoczony codziennym załatwianiem spraw związanych z utrzymaniem podopiecznych (walka o tran, przydział paczek żywnościowych, kołatanie do darczyńców) i zajęciami z dziećmi, wizytami lekarskimi, trapiony kaszlem, bólem złamanego zęba i bezsennością. Piętno odcisnęły też na nim zabiegi o przetrwanie Domu Sierot, który ostatecznie ulokował się przy ul. Siennej 16. Budynek ten stał się miejscem, skąd jego mieszkańcy wyruszyli na Umschlagplatz 5 sierpnia 1942 r., ale i powiernikiem zapisów Starego Doktora.

Korczak mieszkał w izolatce, pisał przeważnie w łóżku, wcześnie rano lub nocą, przy karbidowej lampce, o czym często wspomina. „29 maja [19]42, godzina szósta rano, łóżko” albo w innym miejscu: „Natchnienie daje mi świadomość, że oto leżę w łóżku i tak aż do rana, a więc dwanaście godzin normalnej pracy płuc, serca i myśli”. Jak sam przyznaje, pokrzepiał się napojem, który przyrządzał „z fusów prawdziwej kawy z miodem sztucznym” albo „kieliszkiem wódki, którą trzymam pod łóżkiem”.

Znajdziemy tutaj wspomnienia z dzieciństwa (pogrzeb kanarka czy szopka z ul. Miodowej), reporterskie migawki z warszawskich ulic, realia życia w getcie, zapis codziennych sytuacji (walka o każdą główkę kapusty czy worek kartofli), dochodzących odgłosów strzałów, obraz trupów mijanych przez przechodniów na ulicach, ale i jego własne rozterki, sny, doświadczenia, koncepcje wychowawcze, wizja świata i refleksje. Powraca do tematów starości, choroby, toposu dziecka-starca („Dom Sierot jest teraz domem starców”). Sześćdziesiąt trzy albo cztery lata życia lekarza i społecznika (ojciec przez kilka lat nie wyrobił mu metryki, stąd nieznana jest dokładna data jego urodzin) zamknięte w niezbyt obszernej książce.

 

„Chciałbym umierać świadomie…”

Czytając Pamiętnik... ma się wrażenie panującego w nim bałaganu, czego i sam autor miał świadomość. „Chciałbym ład jakiś wprowadzić w pisanie. Trudno będzie” – zanotował pod datą 18 lipca. Chaos potęgują luźna kompozycja scen i obrazów, zmieszanie planów i czasów narracyjnych, kontrast opisów spraw błahych i poważnej refleksji, wielość gatunków, żywiołowość języka.

Korczak zdaje się być wyczerpany otaczającymi go obrazami. Prześladuje go myśl o śmierci, zresztą, jak sam się przyznaje, w młodości nawet zaczął pisać powieść Samobójstwo, której bohater znienawidził życie w obawie obłędu. Na kartach Pamiętnika..., pod datą 21 lipca 1942 r., dzień po rozpoczęciu deportacji Żydów z getta, zapisał kilka zdań, w których można doszukać się swoistej formy testamentu Starego Doktora.

„Chciałbym umierać świadomie i przytomnie. Nie wiem, co powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym powiedzieć tyle i tak, że mają zupełną swobodę wyboru drogi”.

W Innych pismach, wydanych razem z Pamiętnikiem... można odnaleźć swoisty fundament korczakowskiego systemu wartości i wiary w człowieka. Składają się na nie rozmyślania pesachowe, wspomnienia, przypowieści, teksty do gazetki Domu Sierot, sprawozdania gospodarcze i wychowawcze, listy do przyjaciół. Notował m.in.: „Nawet podczas wojny lepiej iść prostą drogą”. „Zadaniem serca jest kochać. Żołądek jest głodny, jeżeli mu nie dać pokarmu, jeżeli jest pusty i nie ma w nim jedzenia – a serce jest głodne i smutne, i pełne tęsknoty, jeśli nie ma w nim miłości”.

Z tych pism wyłania się obraz człowieka wnikliwie obserwującego rzeczywistość, wrażliwego na krzywdę dzieci, opiekuna tych, za których czuł się odpowiedzialny. I nie jest to tylko teoria. Wystarczy sięgnąć po zapis z zimy 1941/1942 pt. Dwie trumny (na Smoczej i na Śliskiej). Korczak jest dogłębnie poruszony tym, co widzi, idąc ulicą. Sam się zresztą przyznaje, że mimo zmarłych leżących pod murami kamienic czy w bramach, których widok stał się codziennością, właśnie widok piętnastoletniego chłopca, leżącego na śniegu na ul. Smoczej i stojącej obok niego matki, szepczącej słowa „Ludzie, ratujcie”, głęboko zapisał się w jego pamięci, podobnie jak owinięte w papier ciało trzylatka, które matka pozostawiła na ul. Śliskiej. Z niezwykłym wprost pietyzmem Korczak opisuje paczkę z ciałem chłopca. O tym, że są to zwłoki dziecka, świadczy wystająca bosa stopa, pozostawiona przez matkę rozmyślnie, „żeby ludzie wiedzieli, że nie ma bucików ani pończoszek, że nie ma co zabrać”.

Nieludzkie warunki getta nie wykorzeniły w nim odpowiedzialności za podopiecznych, którymi opiekował się w Domu Sierot. Przeciwnie, stały się kanwą biograficznej refleksji nad upodleniem świata i nędzą ludzkiej kondycji.

Bezsprzecznie fakt, że pozostał ze „swoimi” dziećmi do końca, wymagał nadzwyczajnej odwagi i heroizmu. Niektórzy badacze zwracają jednak uwagę, że ta postawa Starego Doktora była dla niego czymś naturalnym, podyktowanym jego całym życiem i pracą. Podobnie do niego postąpili bowiem jego najwierniejsi współpracownicy, kierownicy i wychowawcy około trzydziestu sierocińców i internatów getta.

 

***

Jest ranek, 4 sierpnia 1942 r. „Podlewam kwiaty. Moja łysina w oknie – taki dobry cel? Ma karabin. – Dlaczego stoi i patrzy spokojnie? Nie ma rozkazu. A może był za cywila nauczycielem na wsi, może rejentem, zamiataczem ulic w Lipsku, kelnerem w Kolonii? Co by zrobił, gdybym mu kiwnął głową? – Przyjaźnie ręką pozdrowił? Może on nie wie nawet, że jest tak jak jest? Mógł przyjechać wczoraj dopiero z daleka...”. To ostatnie zdania zapisane w Pamiętniku...

Dwa, trzy dni później epilog dopisała śmierć.

 

 

Korzystałam z: Janusz Korczak,  Pamiętnik i inne pisma z getta, Warszawa 2012.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki