Logo Przewdonik Katolicki

Akceptować czy kochać?

Ks. Marek Dziewiecki
Fot.

Jednym ze źródeł nieporozumień i konfliktów między ludźmi jest mylenie miłości z akceptacją. Akceptacji najbardziej domagają się egoiści, krzywdziciele i ci, którzy nie chcą się zmienić, bo twierdzą, że już tacy są.

Jednym ze źródeł nieporozumień i konfliktów między ludźmi jest mylenie miłości z akceptacją. Akceptacji najbardziej domagają się egoiści, krzywdziciele i ci, którzy nie chcą się zmienić, bo twierdzą, że już „tacy” są.

 
Coraz częściej spotykamy ludzi, którzy myślą, że ich największym problemem jest to, że nie akceptują samych siebie. W rzeczywistości ich problem leży gdzie indziej. Jezus nie mówi, że mamy siebie i innych zaakceptować, lecz że powinniśmy kochać.
 
Kochać tzn. mobilizować
Akceptować kogoś to mówić: „Bądź sobą!”. To tak, jakby mówić: „Nie rozwijaj się!”. Nikt roztropny nie zachęca narkomana czy złodzieja do tego, żeby był „sobą”. Żaden człowiek nie jest na tyle dojrzały, by nie mógł już bardziej rosnąć w mądrości, miłości czy odpowiedzialności. Już osiągnięty stopień rozwoju może nam wystarczyć najwyżej na dziś, ale nie wystarczy nam na jutro, gdyż każdy kolejny dzień przynosi nowe, często coraz trudniejsze zadania. Gdy kogoś akceptujemy, zamiast kochać, wtedy zwykle nie uświadamiamy sobie, że w ten sposób – wbrew naszej woli – przeszkadzamy tej osobie w rozwoju, bo sugerujemy, że już nie ma potrzeby pracować nad sobą i się zmieniać.
Akceptować to blokować rozwój, a kochać to mobilizować kochaną osobę do stawania się kimś dojrzalszym i szczęśliwszym niż dotąd! Dojrzały człowiek nie chce być ledwie akceptowany, lecz chce być aż kochany! Wie, że do rozwoju i szczęścia konieczne jest doświadczenie miłości. Akceptować można cenę jakiegoś towaru czy umowę o pracę, a ludzi powinno się kochać. Dziecko nie prosi rodziców o to, by je akceptowali, lecz pyta o to, czy je kochają. Im bardziej czuje się kochane, tym łatwiej przyjmuje od nich upomnienia, bo rozumie, że upomnienia i wymagania są mu potrzebne do rozwoju. Podobnie narzeczeni nie ślubują sobie wzajemnej akceptacji, lecz wierną miłość.
 
Akceptacja i tolerancja
W Piśmie Świętym ani razu nie występują słowa „tolerancja” i „akceptacja”, gdyż tolerancji oczekują ci, którzy mają coś na sumieniu, a akceptacji oczekują ci, którzy błądzą i próbują przymusić nas do pogodzenia się z ich słabościami. Wszystko, co Bóg czyni, zasługuje na pochwałę, ale nawet On nie oczekuje od nas akceptacji, lecz miłości.
Niektórzy twierdzą, że należy zawsze akceptować osobę i że jedyne, do czego mamy prawo, to nie akceptować jej złych czynów. Jest to rozróżnienie czysto akademickie, bowiem w praktyce odnosimy się do ludzi poprzez pryzmat ich zachowań. Wszyscy mamy tę samą godność, lecz nie wszyscy postępujemy w sposób zgodny z otrzymaną od Boga godnością. Gdyby kryterium odnoszenia się do człowieka była nasza akceptacja jego osoby, a nie jego własne zachowanie, to musielibyśmy do wszystkich odnosić się w identyczny sposób. Tymczasem Chrystus uczy nas zróżnicowanej postawy wobec ludzi w zależności od ich zachowań. Tych, którzy postępowali uczciwie, Jezus wspierał, błądzących upominał, a przed krzywdzicielami się bronił.
Każdy roztropny człowiek wie, że jednym ludziom można ufać, a w obronie przed innymi trzeba czasem wzywać policję.
Dwudziestokilkuletnia kobieta opowiedziała mi o tym, że nie wie, jak postępować wobec narzeczonego, gdyż ilekroć zwraca mu uwagę na jego coraz poważniejsze błędy, tylekroć on stwierdza, że ona powinna go akceptować, a nie upominać. W takich sytuacjach wręcz kpi sobie z niej i mówi, że skoro ona go nie akceptuje, to znak, że chce wyjść za mąż za kogoś innego. Wyjaśniłem tej kobiecie, że taka postawa jej narzeczonego świadczy o tym, że on nie kocha ani jej, ani samego siebie. Kto kocha, ten mobilizuje się do rozwoju i usilnie stara się eliminować własne słabości po to, by odtąd nie niepokoić ani nie ranić tych, których kocha.
 
Prawo do potępienia
Ludziom, którzy odróżniają miłość od akceptacji, często stawiany jest zarzut, że jeśli nie akceptują drugiej osoby, to znaczy, że ją potępiają, a do tego nie mają prawa. Łatwo wykazać bezpodstawność tego zarzutu, gdy tylko sprecyzujemy znaczenie podstawowych pojęć. To prawda, że nie mamy prawa nikogo z ludzi potępiać, jeśli przez potępianie rozumiemy przekonanie, że dana osoba nie może się już zmienić i że jest skazana na piekło. Mamy natomiast prawo potępiać daną osobę w sensie stwierdzenia faktu, że czyni zło i że przez to staje się winowajcą. Mamy prawo potępiać osoby, które czynią zło. Nikt rozsądny nie protestuje przeciwko potępianiu ludobójców czy dyktatorów. Kto twierdzi, że możemy potępiać złe czyny, ale nie ich sprawcę, ten wierzy, że czyny same się dokonują lub że sprawca nie ma wpływu na to, co czyni. Kto krzywdzi innych ludzi czy samego siebie, tego potępiają jego własne czyny. Ponadto, gdyby nie było uzasadnione potępianie złoczyńców, to nie mielibyśmy też podstaw do chwalenia tych, którzy czynią dobro.
Kochać człowieka błądzącego to nie akceptować go, lecz mówić mu prawdę o nim i o jego złym postępowaniu. Celem upominania nie jest potępianie winowajcy, lecz mobilizowanie go do zejścia z drogi potępienia. Tak właśnie postąpił prorok Natan, który przyszedł do Dawida, aby pomóc mu w uczciwym osądzeniu samego siebie i w nawróceniu: ty jesteś tym człowiekiem, który winien jest śmierci (por. 2 Sm 12, 7) Jezus podaje jasną zasadę: „Gdy brat twój zgrzeszy przeciw tobie, idź i upomnij go!” (Mt 18, 15). Naszym obowiązkiem jest upomnienie winowajcy, a nie tylko potępienie jego złych czynów. Każdego człowieka wzywa Jezus do nawrócenia, a nie jedynie do zmiany postępowania, gdyż wie, że to, co czynimy, zależy od tego, co nosimy w sercu. To właśnie „z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi” (Mk 7, 21-13) i dlatego nie wolno akceptować takiego wnętrza człowieka. Żaden sędzia nie odstąpi od wymierzenia kary winowajcy tylko dlatego, że skazany będzie apelował o to, by go akceptować takim, jakim jest.
 
Akceptacja prawdy o człowieku
Jedyne, co powinniśmy zawsze akceptować, to odpowiedzialność człowieka za jego świadome i dobrowolne zachowania – dobre lub złe. Należy akceptować prawdę o człowieku. Akceptacja prawdy jest jednak przejawem myślenia, a nie przejawem miłości. Jeśli ktoś akceptuje prawdę o drugiej osobie, to nie znaczy, że ją kocha. Przykładem są mordercy ks. Jerzego Popiełuszki. Oni akceptowali prawdę, że był to ksiądz, który dodawał otuchy i odwagi tłumom ludzi gnębionych przez komunistyczną władzę i pozbawionych praw obywatelskich. Jednak przez to wcale go nie kochali. Przeciwnie, w brutalny sposób go zabili. Jezus ma rację, gdy nas nie akceptuje, lecz kocha i gdy wzywa nas do naśladowania Jego miłości, czyli do rozwoju bez granic. To miłość, a nie akceptacja, daje nam siłę do tego, byśmy stawali się coraz bardziej podobni do Jezusa.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki