Logo Przewdonik Katolicki

Tego się nie spodziewałam...

Kamila Tobolska
Fot.

Kiedy patrzę na tę radosną, uroczą dziewczynę, nie mogę uwierzyć, że polskie prawo pozwala na zabicie takiej osoby jak ona.

 

Spotykam się z Maliną Świć w Warszawie. Prawie w połowie drogi między jej uczelnią w Białymstoku a Poznaniem, gdzie mieści się nasza redakcja. Malina wraca właśnie po sesji egzaminacyjnej do swojego rodzinnego domu w Broku nad Bugiem. Dobrze nam się rozmawia, a ja już żałuję, że nie zmieszczę w artykule całej jej  barwnej opowieści. Mam jednak nadzieję, że to, co napiszę ukaże wyjątkowość tej 23-letniej dziewczyny.

 

Wybrała medycynę

Kiedy Malina przyszła na świat, dostała jeden punkt w skali Apgar. Jej mamie zakomunikowano, że wprawdzie przeżyła, ale nie wiadomo czy będzie kiedyś chodzić i mówić, a nawet czy kiedyś podniesie główkę. Prawdopodobnie to właśnie w związku z urazem okołoporodowym Malina jako dziecko często chorowała. Od lat bowiem zmaga się z epilepsją. Na szczęście jej napady są częściowe i przebiegają dość łagodnie.

Malina od zawsze uczyła się dość chętnie i odpowiedzialnie podchodziła do swoich obowiązków. Kiedy przyszedł moment wyboru studiów wahała się między Wydziałem Lekarskim w Białymstoku a psychologią na KUL-u i na UKSW w Warszawie. Tak na wszelki wypadek, zalogowała się jeszcze na analitykę medyczną. − Nie znałam wówczas wyników matury, ale okazało się, że przyzwoicie ją zdałam i dostałabym się na wszystkie te cztery wydziały − wspomina z uśmiechem. Wybrała wówczas białostocki Uniwersytet Medyczny. Inspiruje ją św. Joanna Beretta-Mola. − Ona jest dla mnie, przyszłej lekarki, pięknym wzorem. Nie tylko troszczyła się o pacjentów, ale była też kochającą żoną i mamą – zauważa Malina. Sama w przyszłości chciałaby się zająć genetyką. Działa zresztą w kole naukowym przy Zakładzie Genetyki na swojej uczelni i planuje napisanie pracy naukowej z tej dziedziny. Już teraz Malina ma kontakt z pacjentami. Potrafi w wyjątkowy sposób rozmawiać z rodzicami dzieci, u których stwierdzono defekt genetyczny. Sama bowiem go ma. Doskonale pamięta moment, kiedy zdiagnozowano u niej zespół Turnera. Miała wówczas 14 lat.

 

O jeden chromosom mniej

Na początku rodzice myśleli, że po prostu słabo rośnie. Towarzyszące niskiemu wzrostowi zaburzenia cyklu miesiączkowego sprawiły, że ginekolog-endokrynolog zalecił zrobienie tzw. kariotypu. Oznaczenie chromosomów wykazało 45,X, czyli brak jednego z nich, typowy dla zespołu Turnera. To uwarunkowany genetycznie zespół wad wrodzonych, który może mieć bardzo różne stopnie ekspresji. − Ja, jak na „turnerkę”, jestem dość wysoka. Mam metr pięćdziesiąt wzrostu i, co nietypowe, kobiecą sylwetkę. Cierpiące na zespół Turnera kobiety są zazwyczaj niezbyt zgrabne, mają koślawość kolan i szeroką klatkę piersiową – wyjaśnia Malina. Wspomina, jak lekarz, przekazując diagnozę, powiedział, że nie będzie mogła mieć dzieci. Standardem u „turnerek” jest bowiem hipogonadyzm, czyli niewykształcone jajniki. − Kiedy usłyszy się, że coś jest nieodwracalne, to pozostaje albo rozpacz, albo znalezienie w tym czegoś dobrego – przyznaje.

Malina musi stosować hormonalną terapię zastępczą. Już od 16. roku życia bierze więc estrogeny, podobnie jak 50-letnie kobiety po menopauzie. Z czasem dowiedziała się, że „turnerki” mają skłonność do różnych chorób: miażdżycy, cukrzycy czy osteoporozy. − Świadomość tego, jak i bezpłodność, są w tej chorobie najtrudniejsze. Wolniej wykonuję też wszystkie czynności, wolniej czytam, co nie ułatwia nauki − przyznaje, dodając, że bywa zmęczona. − Mam sporo trudności, ale im są one większe, tym większą ma się satysfakcję z ich pokonania – stwierdza z błyskiem w oku.

 

Nie muszę się wstydzić

Malina opowiada mi dalej, o tym, co pomyślała, gdy usłyszała diagnozę: „Ja mam jakiś zespół? Przecież jestem normalna, tylko trochę niższa od innych”. Dopiero w szkole średniej, kiedy na lekcji biologii padły słowa, że zespół Turnera powoduje upośledzenie umysłowe, poczuła się bardzo zmieszana. − Rówieśnicy nie wiedzieli o mojej chorobie. Nie umiałam z nikim rozmawiać na ten temat – wyznaje. Już na studiach uczestniczyła w konferencji „Życie ludzkie od początku do narodzenia”. Jedna z jej uczestniczek, profesor genetyki, powiedziała wówczas, iż „turnerki” to wspaniałe kobiety, które żyją tak jak inni. − Poczułam, że chciałabym ją poznać. Kiedy usłyszała ode mnie, że mam zespół Turnera, zaprosiła mnie do swojego zakładu i jeszcze raz oznaczono mój kariotyp. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że mojego defektu genetycznego nie muszę się wstydzić − wspomina. Zaznacza też, że czuje nad sobą wielką Opatrzność Bożą. Tym bardziej że śmiertelność w macicy dzieci z zespołem Turnera wynosi aż 98 proc. − Byłam zdziwiona, gdy o tym przeczytałam – mówi.

Malina podczas studiów mieszka w akademiku w pobliżu białostockiej katedry. Działa tam ośrodek Duszpasterstwa Akademickiego, w który jest zaangażowana. Od lat codziennie, jak przyznaje, uczestniczy we Mszy św., sporo czasu spędza też na modlitwie, omadlając wiele osób. − Od siedmiu lat co roku jeżdżę na Lednicę na Spotkania Młodych, w tym dwa razy byłam tam jako ewangelizator – tłumaczy, dodając, że choroba jeszcze bardziej zbliżyła ją do Boga.

 

Kompromitacja dla lekarza

Bez najmniejszego skrępowania przyznaje się zresztą do swojej wiary i do tego, że opowiada się za życiem. – Ktoś napisał do mnie: bronisz życia, bo jesteś wierząca. Tymczasem wcale nie musiałabym być katoliczką, żeby mnie, jako dorosłą „turnerkę”, do żywego poruszyło to, że za uniemożliwienie zabicia dziecka z moją chorobą w ubiegłym roku Trybunał w Strasburgu przyznał pewnej Polce odszkodowanie. Normalnie żyję, studiuję, mam kolegów i koleżanki, a ktoś uważa, że mama miała prawo mnie legalnie zabić – przyznaje zbulwersowana. Dlatego niedawno uczestniczyła też w pikietach organizowanych przez „Fundację Pro – Prawo do Życia” przed warszawskimi szpitalami, w których zabija się nienarodzone dzieci z zespołem Downa. Poproszono ją również o to, by zabrała głos w czasie spotkania połączonych komisji sejmowych, kiedy w zeszłym roku debatowały one nad obywatelskim projektem ustawy całkowicie chroniącym życie, który ostatecznie odrzucono. − Mówiłam do posłów, że uważam za oczywiste, iż lekarz musi być za życiem i że aborcja to hańba dla lekarzy oraz wielka kompromitacja dla naszej profesji. Oczywiście, stanęłam przed nimi także jako „turnerka”, solidaryzująca się z nienarodzonymi, których można zabijać, i z cierpiącymi z powodu uprzedzeń społecznych oraz myśli, że nie powinni się urodzić − podkreśla.

Z oburzeniem Malina wspomina też zajęcia, na których mówiono studentom o badaniach prenatalnych. − Usłyszałam tam, że lekarz musi przestrzegać prawa i jeśli rozpozna u nienarodzonego dziecka chorobę genetyczną, musi poinformować pacjentkę, że ma ona prawo taką ciążę przerwać. Nie mogłam tego słuchać! Powiedziałam, że tylko pięć głosów w Sejmie zadecydowało o tym, że nadal mamy ustawę, która pozwala na zabijanie chorych dzieci – opowiada.

 

Ile nas jest?

Moja rozmówczyni przymierza się do włączenia w działalność stowarzyszenia wspierającego osoby chore na zespół Turnera. Myśli również o utworzeniu takiego w Białymstoku. − Na 2,5 tys. dziewczynek rodzi się jedna z zespołem Turnera. To oznacza, że wśród 5 tys. osób jest ktoś cierpiący na to schorzenie. W liczącym 300 tys. mieszkańców Białymstoku można się więc spodziewać ok. 60 „turnerek”. Warto więc, abyśmy zobaczyły, że jest nas więcej i wzajemnie się wspierały – stwierdza. Szuka innych dziewcząt i kobiet z zespołem Turnera także na forach internetowych. O ile czas jej pozwala, stara się też tą drogą podnosić na duchu rodziców, u których dzieci zdiagnozowano to schorzenie. Zdarza się, że proszą ją oni o spotkanie. Osobiście poznała więc już kilka „turnerek” w różnym wieku. Często kończą one studia, są nauczycielkami, prawniczkami czy, tak jak ona, lekarkami.

Malina często myśli też o tym, co będzie dalej. − Modlę się do Boga, aby dał mi dobre rozeznanie. Najpierw nie sądziłam, że mam inną liczbę chromosomów niż inni, potem − że zostanę studentką medycyny. Nie spodziewałam się też, że będę ewangelizować na Lednicy, ani, że będę działaczką pro-life, mówiącą w imieniu nienarodzonych. Ile to niespodzianek spotkało mnie w życiu! Kto wie, jakie kolejne niespodzianki Bóg dla mnie jeszcze szykuje – mówi Malina z uśmiechem.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki