Logo Przewdonik Katolicki

Genetyk idzie do nieba

Monika Białkowska
fot. www.lejeuneclinic.com

Jeśli dziś pokutuje gdzieniegdzie przekonanie, że badania genetyczne są grzechem, bo prowadzą do aborcji – to dlatego, że świat nie usłyszał wystarczająco wyraźnie i nie zrozumiał jego głosu.

Jérôme Lejeune, lekarz genetyk, którego dekret o heroiczności cnót podpisał pod koniec stycznia papież Franciszek, był odkrywcą trisomii 21 i zdeterminowanym obrońcą każdego życia, w tym również swoich pacjentów: dzieci z zespołem Downa.

Najpierw być człowiekiem
Zanim jednak był lekarzem, był mężem i ojcem. Nie był to do jego życia tylko dodatek. Choć Jérôme Lejeune – jak opowiadał później swojej córce – marzył o poślubieniu wysokiej blondynki, która miałaby na imię Dominika, w czasie studiów w uniwersyteckiej bibliotece spotkał młodą, ciemnowłosą Dunkę, Birthe Bringsted. Birthe studiowała filologię francuską i potrzebowała akurat pióra, żeby coś zapisać – poprosiła więc o nie młodego studenta medycyny, który zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Ona zresztą nie pozostała mu dłużna. Żeby go poślubić, zmieniła wyznanie, w ceremonii nazywanej abiuratio odrzucając luteranizm na rzecz wiary katolickiej. Nie był to jedynie pusty gest: katolicyzm przyszłego męża rzeczywiście ją zachwycił, Jérôme był w swojej wierze autentyczny i bardzo naturalny. Pobrali się w marcu 1953 r. Aude Dugast, postulatorka procesu beatyfikacyjnego Jérôme’a wspominała, że bez żony nie byłby on sobą: że uzupełniali się tak bardzo, jak uzupełnia się wiara i rozum, a żona była przy nim zawsze, aby mu pomagać i go wspierać. Birthe Lejeune mówiła: „Mąż dał mi szczęście”. Jérôme Lejeune powtarzał, że żona była jego partnerem we wszystkim, również w naukowych odkryciach.
Stworzyli razem dobry i mądry dom dla swoich dzieci, w którym to domu ojciec nie był wielkim naukowcem, ale po prostu tatą: do tego stopnia, że dzieci dziwiły się, kiedy w szkole nazywano ich tatę wielkim uczonym. Mimo ważnych badań, które prowadził i setek dzieci, które miał pod opieką w szpitalu, dla swoich zawsze znajdował czas, żeby razem zjeść codzienny obiad i iść na spacer do lasu.
To wszystko nie jest tylko dodatkiem do jego świętości. To jest tej świętości fundamentem: prosta, codzienna i jak sam przyznawał, trudna – bo wymagająca ogromnej cierpliwości – miłość.

Od bruzd do genów
Jérôme Jean Louis Marie Lejeune urodził się w 1926 r. W medycynie interesowała go najpierw pediatria i medycyna wiejska, a kiedy skupił się na badaniu choroby, którą wówczas nazywano mongolizmem (czyli zespołu Downa), wywołał niemałą konsternację wśród kolegów: powszechnie przyjmowało się bowiem wówczas, że jej przyczyną jest brak moralności u matki dziecka.
Zespół wad opisał w 1866 r. John Langdon Down, ale nie udało mu się wówczas wyjaśnić ich przyczyny. Lejeune we wczesnych latach 50. zajął się poszukiwaniem tych przyczyn. Najpierw, wraz z Raymondem Turpinem, wykazał, że zespół Downa wiąże się ze zmianami w liniach papilarnych i bruzdach dłoniowych, a te są niezmienne przez całe życie i są określane już we wczesnym etapie rozwoju zarodka. Jeśli tak, to oznacza, że zespół Downa również ma swoją przyczynę na początku formowania się nowego życia, a nie w późniejszych czynnikach. Wtedy Lejeune z Martą Gautier, przy wykorzystaniu najnowszych technik hodowli tkankowej, rozpoczęli liczenie chromosomów u dzieci z zespołem Downa. Z jego notatek wynika, że 22 maja 1958 r. udało im się wykazać obecność 47 chromosomów zamiast 46, jak u zdrowych ludzi. Birthe Lejeune wspominała potem, że Jérôme wiózł wtedy rodzinę na wakacje do Danii i ciągle powtarzał: „Znalazłem! Znalazłem!”.

Bóg pierwszy
Owo „eureka”, jak u Archimedesa, stało się dla Jérôme’a Lejeune’a początkiem długiej drogi, której końca nie był jeszcze w stanie przewidzieć.
Pierwsze zdjęcie kariotypu, czyli zestawu chromosomów osób z zespołem Downa nie wywołało wielkiego zainteresowania w świecie naukowym, podobnie jak pierwsze artykuły Lejeune’a na ten temat. Dopiero rok później inni naukowcy zaczęli się na nie powoływać i potwierdzać odkrycie, a Lejeune opisywać zaczął również inne choroby, związane z nieprawidłowościami w chromosomach. Nagrody i powszechne uznanie w końcu nadeszło: w 1962 r. prezydent USA wręczył Lejeune’owi nagrodę Kennedy’ego, powierzono mu pierwszą w Paryżu katedrę genetyki człowieka, a w 1969 r. otrzymał nagrodę Williama Allana, najwyższe na świecie wyróżnienie w dziedzinie genetyki. Uważano powszechnie, że jest doskonałym kandydatem do Nagrody Nobla. Był jednym z największych naukowców na świecie. Ale wiedział, że to Bóg jest pierwszy.

Straciłem Nobla
Dlaczego zaczął badać przyczyny zespołu Downa? Widział dzieci z zespołem Downa i widział ich rodziców, obwiniających siebie za chorobę dziecka. Chciał ich uspokoić. Domagał się zmiany nazwy choroby z „mongolizm” na „trisomia 21”, żeby wyraźnie pokazać, że jedynym jej winowajcą jest wypadek genetyczny. Jednocześnie też głęboko wierzył, że odkrycie przyczyn choroby pozwoli w końcu znaleźć nauce sposób na jej leczenie. Stało się inaczej. Jego odkrycie przyczyniło się do rozwoju tych badań prenatalnych, które miały na celu szybkie rozpoznanie i usunięcie ciąży z trisomią 21 i innymi nieprawidłowościami w chromosomach. Na to Lejeune nie mógł się zgodzić. Uprzedzał żonę, że będzie musiał zabrać głos publicznie, choćby miało go to dużo kosztować. Musiał być wierny swojemu sumieniu – i wierny dzieciom z zespołem Downa, którymi się opiekował. Odbierając nagrodę Williama Allana wygłosił przemówienie, z którym bardzo mocno i jednoznacznie sprzeciwił się aborcji i wykorzystywaniu jego odkrycia dla jej przeprowadzania. W liście do żony napisał: „Dzisiaj straciłem Nagrodę Nobla w dziedzinie medycyny”.

Gdybym wiedział
Miał rację. Przemówienie sprawiło, że znalazł się na pustyni. Przestano zapraszać go na konferencje naukowe. Wstrzymano finansowanie jego badań. Zmuszono go do rozwiązania zespołu badawczego i likwidacji laboratorium. Opuścili go przyjaciele, potępiała prasa. Otrzymywał listy z pogróżkami, zdarzało się wręcz, że ktoś próbował atakować go fizycznie. Gdy zabierał głos w trakcie publicznych debat w obronie życia, rzucano w niego jajkami i surowym mięsem. Trzeba tu dobrze rozumieć klimat tamtych czasów, kiedy to aborcja medyczna była traktowana jako nowoczesny sposób regulacji urodzin i nie stawiano jej niemal żadnych granic. W świecie naukowym wydawało się oczywiste, że jeśli ktoś zajmuje się wykrywaniem nieprawidłowości, to tylko po to, żeby ciążę usuwać. A Lejeune przyznawał, że gdyby przewidział, jak to się skończy – dla chorych dzieci, nie dla niego samego – nigdy by się nie zdecydował na opublikowanie swoich badań. Skoro jednak je opublikował, to świadomie poniósł tego konsekwencje: zdecydował się walczyć w obronie życia, wiedząc, że w ten sposób wszystko straci.

Sumienie
Stracił Nagrodę Nobla i naukową karierę. Ocalił swoje sumienie i znalazł przyjaciół. To z nim Jan Paweł II jadł obiad 13 maja 1981 r., kilka godzin przed zamachem. To jemu powierzył kierowanie utworzoną właśnie Papieską Akademią Życia – choć wiedział, że to nominacja honorowa, Lejeune umierał już wtedy na raka. To z nim król Belgów Baudouin rozmawiał, kiedy parlament głosował nad ustawą legalizującą aborcję – którą jako król miał obowiązek podpisać. I po tej rozmowie i po wspólnej modlitwie Baudouin abdykował, żeby nie składać swojego podpisu pod tym, co nie było zgodne z jego sumieniem.
W Wielką Sobotę 1994 r. Jérôme Lejeune dowiedział się, że będzie dziadkiem. Umarł w Wielkanoc, 3 kwietnia 1994 r. – On pokazuje wszystkim naukowcom i lekarzom, że wiara i rozum naprawdę się uzupełniają – mówiła Aude Dugast. – Wielu myśli, że jeśli chcesz być świętym, nie możesz być naukowcem, a jeśli chcesz być naukowcem, nie możesz być katolikiem. On pokazał, że to nieprawda.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki