Logo Przewdonik Katolicki

Pożegnanie Słowika - ostatni wywiad profesora Stefana Stuligrosza

Jolanta Hajdasz
Fot.

Rok temu, w czerwcu 2011, przy okazji pracy nad filmem o abp.Baraniaku spotkałam się z prof. Stefanem Stuligroszem. Z entuzjazmem wypowiadał się na temat bohatera, ale nieustannie rozmowa ta wykraczała poza ramy nakreślone tematyką filmu. Dziś wiemy, że był to ostatni długi wywiad udzielony przez Profesora mediom. Prezentujemy jego fragmenty, niestety Profesor nie zdążył ich autoryzować.

Rok temu, w czerwcu 2011, przy okazji pracy nad filmem o arcybiskupie Baraniaku spotkałam się z profesorem Stefanem Stuligroszem. Z entuzjazmem wypowiadał się na temat bohatera, ale nieustannie rozmowa ta wykraczała poza ramy nakreślone tematyką filmu. Dziś wiemy, że był to ostatni długi wywiad udzielony przez Profesora mediom. Prezentujemy jego fragmenty, niestety Profesor nie zdążył ich autoryzować.

 Jolanta Hajdasz

 

 

Miałem bardzo bogate życie, a mam obecnie 91 lat. Raduję się tymi moimi chłopaczkami, którzy mnie otaczają. Ich przyjaźń, ich miłość do mnie, dodaje mi sił. Ale  najwięcej energii to dają mi tutaj moje kochane córki, moje wnuki, mój mały prawnuczek półtoraroczny, który wzrusza mnie, gdy patrzy na mnie i mówi dziadzia,  dziadzia...  Za to wszystko, za to życie moje, Bogu dziękuję i jestem wdzięczny.

                                                                                             Stefan Stuligrosz, Poznań 2011

 

Przed wojną w Poznaniu moja matka miała pralnię i prasowalnię, tu blisko przy Ostrowie Tumskim. Tamtędy na spacer przechodził często taki sympatyczny ksiądz. Raz po raz wstąpił do tej prasowalni. Pytał, jak się mamie pracuje i jak się tam mieszka. Ja wtedy pracowałem w domu handlowym Woźniaka, byłem kupcem. Nie wiedziałem, kim jest ten ksiądz, a to był sekretarz kard. Hlonda, Antoni Baraniak. Nie przypuszczałem też, że kiedyś odegra tak wielką rolę w moim życiu, że będziemy się przyjaźnić.  

Chętnie ze mną rozmawiał. Jak się dowiedział, że lubię śpiewać, że lubię grać, że gram na organach, że należę do katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży Męskiej na Śródce, że moim opiekunem jest ks. Aleksander Woźny, no to nawiązała się między nami serdeczna więź.

Potem przyszła wojna naturalnie. Kierowałem wówczas konspiracyjnie chórem prowadzonym  wcześniej przez ks. Wacława Gieburowskiego i pracowałem w Zakładach im. Hipolita Cegielskiego.

Po wojnie, od razu w 1945 r., założyłem chór, który nazwałem „Poznańskie Słowiki”. To moje, to nasze śpiewanie zawsze splatało się z dziejami polskiego Kościoła.

I pamiętam taką rzecz. Był rok 1951. Władze komunistyczne zażądały od Episkopatu polskiego zarejestrowania i zgłoszenia wszystkich stowarzyszeń i organizacji kościelnych. My jako chór należeliśmy do takiego stowarzyszenia chórów przy kościele. Władze domagały się dokładnych informacji o każdym ze zrzeszonych, imię nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania, stanowisko w pracy itd. W ten sposób chcieli wtargnąć i rozbić Kościół od wewnątrz. Wówczas Episkopat Polski podjął jedynie słuszną, aczkolwiek dla takich ludzi jak ja bolesną decyzję: zawieszenie działalności wszystkich tych stowarzyszeń. Komuna zakazała wtedy też organizowania wszelkich zebrań czy zgromadzeń. Jako chór traciliśmy więc  podstawy do działalności. Wezwali mnie wtedy do Ministerstwa Kultury w Warszawie i tam  padło pytanie, co ja zamierzam zrobić z naszym chórem, a już wówczas miał on dość wysoki poziom i liczył się w kulturze PRL-u. Oni zaproponowali mi, żebyśmy stali się chórem reprezentacyjnym przy Związku Młodzieży Polskiej, takiej młodzieżówce komunistycznej, a ja się broniłem, mówiłem, że ZMP nam nie odpowiada, że należy do nich młodzież od lat 16 do 30, a moi chłopcy kończą mutację w tym czasie, a w tenorach i basach śpiewają panowie po lat więcej niż 30, więc my się nie mieścimy w tej organizacji – mówiłem. „A może by tak obywatel – pytali, mówiąc „obywatel”, bo nie byłem towarzyszem, nigdy nie byłem partyjny – więc może by obywatel przyjął propozycję prowadzenia chóru przy Zarządzie Głównym  Związku Kompozytorów Polskich z prawem prawykonań wszystkich utworów chóralnych  komponowanych tym czasie?”. A ja tylko sobie pomyślałem: „Jezus Maria, kantaty o Leninie, o Stalinie… nie dam rady”. A ten dyrektor departamentu kultury, czy jakoś tak, mówi mi wprost: „Panie Stefanie, niech pan nie rozwiązuje chóru, bo będzie to uznane za sabotaż w stosunku do kultury. A szkoda chóru, szkoda pana”. Naprawdę nie wiedziałem, jak się zachować.  Poszedłem do abp. Walentego Dymka, który cenił i wspierał nas jako chór, i pytam go, czy byłby gotów rozważyć możliwość zarejestrowania nas jako chóru katedralnego. Strasznie się oburzył na mnie, krzyknął, że jest członkiem Episkopatu i że nie może i  nie będzie się sprzeciwiać temu, co Episkopat postanowi. „I  tak pomyśl sobie sam  – powiedział do mnie – gdybym cię nawet zarejestrował, to na pewno zrobią z was jakiś donosicieli, uzależnią was od siebie, a ja na to się nie mogę zgodzić”. Miał rację. Ja już miałem zresztą  takich kilku podejrzanych śpiewaków w chórze męskim, ale nie ujawniałem moich przypuszczeń. I wpadłem na pomysł, by pójść do Filharmonii Poznańskiej i zapytać, czyby nas nie wzięli pod opiekę. A w Filharmonii jakby sama opozycja przeciw komunie,  naczelny dyrektor Śliwiński, lwowianin, Stanisław Wisłocki, dyrektor artystyczny, i prof. Tadeusz Szeligowski, członek  Rady Artystycznej. I mówią, że nas bardzo chętnie przyjmą. Ja na to: „Ale my śpiewamy w kościele, bo byliśmy już chórem przy kościele Wszystkich Świętych w Poznaniu”. A oni: „To nam nie przeszkadza”. To wracam do abp. Dymka i opowiadam to wszystko, a on zastanowił się i zaakceptował to rozwiązanie, ale powiedział, że  ma jedną prośbę. „Nie chcę – mówi arcybiskup – żebyś chłopców jako chór przyprowadzał do kościoła,  gdybyś miał śpiewać jakieś komunistyczne pieśni, to nie może tak być”. Zmartwiłem się bardzo. To dla mnie były bardzo gorzkie słowa. Powiedziałem mu, że nie wiem, czy jestem na tyle silny i mocny, więc nie będę niczego ślubował, ale obiecuję, że będziemy się przed tym bronili tak długo, jak tylko to będzie możliwe. I potem, owszem, śpiewaliśmy na uroczystościach pierwszomajowych, tych rocznicach rewolucji październikowej, ale tylko takie piosenki, jak Kalinka, kalinka maja  czy Wieczorny dzwon i  nie splamiliśmy się komunistycznymi pieśniami. Po śmierci abp. Dymka śpiewaliśmy nawet przy jego trumnie.

Jego następcą został właśnie ten mój przedwojenny znajomy, później ukochany przyjaciel, ks. Antoni Baraniak. Jak się o tym dowiedziałem? Pewnego dnia w 1957 r. odebrałem w domu telefon. „Panie Stefanie, tutaj mówi biskup Baraniak” – usłyszałem. Zdębiałem. Myślałem, że ktoś sobie ze mnie żarty robi, ale słucham. A to był on i mówi, że obejmuje metropolię poznańską i że byłoby mu bardzo przyjemnie, gdybym ze swoim chórem zechciał zaśpiewać na jego ingresie. Zwróciłem mu uwagę, że przecież my jesteśmy zarejestrowani przy Filharmonii, że te pierwsze maje i rocznice rewolucji, a on na to, że mu to nie przeszkadza, że jest ugoda między państwem a Kościołem i że chce, byśmy wrócili do katedry, nawet jeśli będziemy nadal  śpiewać w Filharmonii. I wtedy między nami nawiązała się bardzo serdeczna przyjaźń. Do tego stopnia serdeczna, że w każdą Wigilię zapraszał chór na opłatek, gdy się dzielił życzeniami z księżmi. Księża potem wychodzili, a cały pałac był oblegany, że tak powiem przez chłopców, wszystkie sale były dla nich dostępne. Był poczęstunek, było wspólne kolędowanie, wspólne fotografowanie.

Ale wtedy w katedrze spokojnie mogliśmy śpiewać tylko dwa lata, bo znowu komuna zaczęła przykręcać śrubę. Zwolnili mi dwóch panów z chóru i oni nie mogli nigdzie znaleźć pracy. Wezwał mnie wówczas kierownik wydziału kultury i zażądał, że mam zrezygnować z kontaktów z arcybiskupem. „Bo tak długo, jak będziecie tam, w katedrze, śpiewali – powiedział – będą szykany wobec chóru”. Powiedział mi też, że tych dwóch nadal nie znajdzie pracy i że żaden z moich chłopców, którzy w tym roku mają zdawać maturę, jej nie zda. Poszedłem do abp. Baraniaka pytać, co robić. A on mi powiedział jednoznacznie: „Musicie przetrwać”. Przestaniecie na razie śpiewać w katedrze. Ale Stefanie, nie rezygnuj z tej swojej postawy katolika.

Potem jeszcze nieraz śpiewaliśmy w kościołach. Gdy abp Baraniak zmarł w sierpniu 1977 r., byłem na wakacjach nad morzem. Przerwałem urlop, zwołałem chór, byśmy mogli zaśpiewać na jego pogrzebie. Zgłosili się wszyscy, bo bardzo go kochali. Pamiętali i te opłatki i wakacje, które chórowi organizował, i cukierki, którymi nas zawsze częstował.

 

I jeszcze jedno zdarzenie mi się przypomina. Byłem chory, leżałem cztery miesiące w szpitalu – woreczek żółciowy, wyrostek robaczkowy i cztery zatory płucne, jeden po drugim. Pamiętam, że był  Wielki Czwartek, byłem pewien, że umrę, czułem się tak bardzo źle. W tym szpitalu jeden z palotynów był kapelanem i zapomniał w tym ważnym dniu przyjść do mnie z Komunią św.  Było mi bardzo przykro, a leżałem w trzyosobowym pokoju i dwóch pacjentów już poszło na święta do domu, i byłem sam. Tak się zbuntowałem wewnętrznie i w myślach mówię sobie: „Panie Boże, co ty ze mną chcesz zrobić, mam umrzeć już teraz czy nie”. A w domu przecież żona i  małe córki. I tak pomodliłem się bardzo gorąco i wziąłem do ręki mszalik, który leżał na stoliku przy moim łóżku, tak jakbym żądał odpowiedzi na moje pytanie.  Otworzyłem mszalik na chybił trafił i patrzę – a tu słowa non moriam – nie umrzesz, lecz będziesz żył na chwałę mojego imienia. Rozpłakałem się. W Wielki Piątek pogorszenie straszne, Wielka Sobota jeszcze gorzej, nie mogłem oddychać, traciłem przytomność. Ale… obudziłem się w poranek wielkanocny o 6 rano, miałem tam pokój na parterze, okno, a za oknem forsycje kwitnące, dzwony biją na Rezurekcję, a ja czuję głęboki oddech, jakbym był całkiem zdrowy, chwytam się za puls, a tam regularne puk, puk, puk… spokojne.

 

Wróciłem do domu, a moje ukochane córuchny urządziły dla mnie szpital. Ania, Marysia i Stefka zrobiły sobie z tektury i bristolu czepki, jak pielęgniarki, i się mną opiekowały. Termometr był z patyków. Jeszcze jakieś inne miały instrumenty i pamiętam do dziś tę powagę, gdy Marysia mówi do Ani: „Siostro, ile chory ma gorączki?”, a Anna odpowiada: „45 stopni”…  I jak tu się nie śmiać, jak tu nie być szczęśliwym.

 

Ja, przejeżdżając czasem obok katedry, wiem i czuję jeszcze, że z nami jest teraz ten nasz wielki przyjaciel, Jan Paweł II, już błogosławiony. I myślę sobie, że miałem bardzo bogate życie, a mam obecnie 91 lat. Mimo ułomności, bo mam trudności z chodzeniem, żartuję, że na szczęście „pod sufitem” mam jeszcze dobrze umeblowane, mam dobrą pamięć i mam dużo energii twórczej. Raduję się tymi moimi chłopaczkami, którzy mnie otaczają. Ich przyjaźń,  ich miłość do mnie, mimo że jestem bardzo wymagającym kierownikiem zespołu chóralnego, dodaje mi sił. Ale najwięcej tych sił to dają mi tutaj moje kochane córki, moje wnuki, mój mały prawnuczek półtoraroczny, który wzrusza mnie, gdy patrzy na mnie i mówi dziadzia,  dziadzia... Za to wszystko, za to życie moje Bogu dziękuję i  jestem wdzięczny. Szczęść Boże! 

 

                                                                               

 

                                                                               Poznań, 22 czerwca 2011 r.

                                                                                                        

                                                                               wysłuchała Jolanta Hajdasz

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki