Logo Przewdonik Katolicki

Orły spadające na wroga

Weronika Stachura
Fot.

316 najlepszych z najlepszych, odważnych, znakomicie wyszkolonych, tak by swoje zadania umieli wykonywać w największej tajemnicy cicho i po ciemku. Cichociemni. W tym roku mija 70. rocznica ich pierwszej misji.

316 najlepszych z najlepszych, odważnych, znakomicie wyszkolonych, tak by swoje zadania umieli wykonywać w największej tajemnicy – „cicho” i „po ciemku”. Cichociemni. W tym roku mija 70. rocznica ich pierwszej misji.

 

Linia demarkacyjna czasów

Wybuch II wojny światowej stanowił niejako linię demarkacyjną czasów, nieodwracalnie już dzieląc historię na okres przed i po 1 września 1939 r. Przemysław Bystrzycki, ps. „Grzmot”,  jeden z cichociemnych, w swojej książce Znaki cichociemnych tak wspomina początek wojny: „Bomby przyszły nazajutrz – 2 września. Młodość uciekła bez pożegnania, nie wiedziałem, że w godzinie świtu pewnego zwykłego dnia stanąłem po drugiej stronie czasu. Miasto wyludnione z miejscowej młodzieży, zaludnione obcą, przybyłą, spieszącą ku granicom; rojne wędrującymi rodzinami, w których zawsze kogoś brakowało. (...) Zacząłem brać udział w wielkiej grze dziejów”.

Polacy znajdujący się w potrzasku dwóch wydawać by się mogło nie do pokonania wrogów, walczyli nie tylko o życie swoje i swoich najbliższych. „Bastionem obrony” dla wielu stał się honor Polski. W jego imię powstawały organizacje podejmujące nierówną walkę z okupantem. Jedną z nich utworzyli żołnierze, którzy po klęsce Francji przedostali się do Anglii i tam zgłosili chęć udziału w walce w okupowanym kraju. Jednym z zasadniczych zadań było utrzymanie łączności z walczącym już w konspiracji Związkiem Walki Zbrojnej. Jak się później okazało, najskuteczniejszym sposobem komunikacji Paryż–Warszawa była droga powietrzna. Tworząc elitę w dziejach formacji Wojska Polskiego, cichociemni byli jednostką jedyną w swoim rodzaju.

Początki formowania się cichociemnych nie należały do najłatwiejszych. Po wielu perturbacjach związanych przede wszystkim z brakiem odpowiedniego sprzętu inicjatywę przejęli „spadochronowi zapaleńcy” – kapitanowie Jan Górski i Maciej Kalenkiewicz. Wykładowcy oficerskiego kursu saperskiego w Wersalu doskonale zdawali sobie sprawę, że to samolot i spadochron staną się  najlepszymi narzędziami nie tylko komunikacji z okupowanym krajem, ale i później umożliwią dostanie się żołnierzy Wojska Polskiego do ojczyzny. W przygotowaniach i realizowaniu pomysłu stworzenia nowej wojskowej komórki niemałą rolę odegrała córka gen. Władysława Sikorskiego, Zofia Leśniowska. Dzięki jej interwencji naczelny wódz wydał rozkaz utworzenia pierwszej polskiej jednostki spadochronowej.

 

Cicha robota

Wybrani żołnierze mieli być nie tylko oficerami łącznikowymi, ale i wszechstronnie wyszkoloną kadrą do zadań specjalnych, która w czasie planowanego powstania miała stanowić jednostkę wojsk powietrzno-desantowych. Służba ta wymagała więc zarówno znakomitej kondycji fizycznej, jak i niespotykanej inteligencji. Werbunek i szkolenie najlepszych kandydatów przeprowadzano w największej tajemnicy. Lotnicy, saperzy i żołnierze wszystkich rodzajów broni znikali z baz „cicho” i „po ciemku”. Stąd nazwę swą wzięła właśnie ta elitarna jednostka. W książce Drogi cichociemnych – zbiorze wspomnień żołnierzy – czytamy: „spróbujcie znaleźć lepszą na określenie takiego charakternika, który potrafi znaleźć się niepostrzeżonym tam, gdzie go najmniej się spodziewają i pożądają, cicho, a sprawnie narobić nieprzyjacielowi bigosu i wsiąknąć w ciemność, w noc – skąd przyszedł”.

Na przełomie 1941 i 1942 r. górzyste tereny Szkocji stały się główną bazą szkoleniową cichociemnych. Skok ze spadochronem był jedynie kulminacyjnym punktem wieńczącym kilkumiesięczny okres ćwiczeń. Program szkoleniowy obejmował kilka rodzajów kursów, które miały wyłonić grupy skoczków: do zadań bieżących i biorących udział w powstaniu. Ostatnią grupę stanowili emisariusze i kurierzy polityczni. Oprócz wyczerpujących ćwiczeń fizycznych, uczono ich posługiwania się każdym rodzajem broni. Przyszli cichociemni zgłębiali tajniki dywersji, partyzantki, techniki szyfrowania czy fałszowania dokumentów. Szczegółowo analizowano struktury wojskowe Wehrmachtu i politykę walki wroga.  Podczas szkolenia dokładano starań, by po wylądowaniu na polskiej ziemi żołnierza tej elitarnej jednostki nic nie zaskoczyło, by dzięki metodom pracy silent killing , cichej roboty bez budzenia jakichkolwiek podejrzeń, błyskawicznie umiał „wtopić się w tłum”. W ostatnim etapie przygotowań skoczek opracowywał „legendę o sobie”, uczył się swojego nowego życiorysu, a także brał udział w praktykach swojego „nowego” zawodu, zazwyczaj w administracji. Ocena każdego z kursantów wysyłana była do Polski, dzięki czemu na miejscu łatwiej było przydzielić go do konkretnego zadania.

 

Podpalcie Europę

Pierwsze przerzuty cichociemnych stanowiły bazę doświadczalną zarówno w zakresie wyboru najlepszych tras dla lotników, jak i w sposobie odbioru i organizacji życia skoczka już na polskiej ziemi. Koleje naloty przygotowywano i analizowano w najdrobniejszych szczegółach, by uniknąć jakiegokolwiek błędu. Na miejscu opiekę nad cichociemnymi roztaczały „ciotki”, kobiety, które zajmowały się znalezieniem bezpiecznego lokalu mieszkaniowego oraz zaznajomieniem żołnierza z realiami życia w okupowanej Polsce. Ten wyjątkowy w dziejach polskiej armii oddział przekuł zachętę premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churlilla o „podpaleniu Europy’ w czyn. Mogli tego dokonać tylko doskonale wyszkoleni skoczkowie. Warto dodać, że wciąż nie do końca powszechnie znaną historię 316 śmiałków zainteresował się reżyser Paweł Kędzierski. To o losach polskich żołnierzy biorących udział w trzech głównych sezonach operacyjnych „Intonacja”, „Riposta” oraz „Odwet” Kędzierski w 2008 roku zrealizował film dokumentalny My cichociemni. Głosy żyjących.

 

Ku chwale Ojczyzny

Do tej elitarnej jednostki wybrano 2413 kandydatów, 605 ukończyło szkolenia, 316 przerzucono do Polski. Wśród najsławniejszych cichociemnych byli m.in.: Adam Borys ps. „Pług”, dowódca batalionu „Parasol” w powstaniu warszawskim, Tadeusz Chciuk-Celt ps. „Marek Celt”, emisariusz gen. Sikorskiego, Leopold Okulicki ps. „Niedźwiadek” oraz Elżbieta Zawacka ps. „Zo”, jedyna kobieta wśród cichociemnych.

Nie wszyscy cichociemni znali się nawzajem, nie mieli struktury dowódczej ani sztandaru. Hasłem, które przyświecało ich służbie, były słowa: „ku chwale Ojczyzny”. Spadający do walki orzeł był znakiem rozpoznawczym cichociemnych, ustanowionym przez gen. Sikorskiego. Jego symbolikę wytłumaczył w rozkazie: „Na obczyźnie, gdzie myśli wszystkich Polaków biegną ustawicznie do chwili powrotu. (...) Wojsko Polskie widzi swój powrót w walce, poświęceniu i chwale. Chcemy, by orły naszych sztandarów zwycięsko spadały na wroga, zanim spoczną na oswobodzonej ziemi”.

Specyfika jednostki cichociemnych, u której podstaw była konspiracja, wyznaczała nie tylko charakter ich służby, ale i powojenną przyszłość. Z 316 cichociemnych zrzuconych do kraju zginęło 112, 9 skazano na karę śmierci na podstawie wyroków polskich sądów w okresie stalinizmu. Pierwszego zrzutu walczących w mroku polskich żołnierzy dokonano w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r.

 

 


Wykorzystano książkę Przemysława Bystrzyckiego pt. Znaki cichociemnych. Warszawa 2009

Informacje także na www.cichociemni.ovh.org

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki