Logo Przewdonik Katolicki

Kim Pan jest, Panie Möller?

Marzenna Plewa-Dziurdzia
Fot.

Ze Steffenem Möllerem rozmawia Marzenna Plewa-Dziurdzia

 

Absolwent dwóch kierunków Otwartego Uniwersytetu w Berlinie – filozofii i teologii protestanckiej – jest jedną z setek osób nieustannie podróżujących między Polską a Niemcami. Ma meldunek w Berlinie i Warszawie, gdzie właśnie przeprowadza się z jednego mieszkania do drugiego. Jest początek roku 2011, trwa remont, zbliżają się jego kolejne urodziny.

Nadal jest prawdopodobnie najbardziej popularnym i przyjaźnie odbieranym w naszym kraju Niemcem. Niesłychanie pracowity, a przy tym obdarzony poczuciem humoru, przenikliwością i z roku na rok coraz większą refleksyjnością. W pierwszej książce pokazał się jako kabareciarz, w drugiej – skrajny meloman, zakochany w twórczości Brucknera. Pracuje nad kolejną publikacją, którą jego niemiecki wydawca zapowiada na… Euro 2012.

 

 

Kim w sensie kulturowym Pan się czuje najbardziej – Niemcem, Europejczykiem czy kosmopolitą?

– (Cisza, a po chwili…). Milczenie jest znakiem, że brakuje mi słów.

 

Dlaczego?

– Ponieważ przestałem się tak definiować. To są zewnętrzne miary, które nie dotyczą już mojej rzeczywistości. Ja kursuję, jestem Betweenerem, człowiekiem gdzieś z pomiędzy. Dziś już w Warszawie, a jeszcze wczoraj byłem w Berlinie. Mój dentysta jest tu, a laryngolog w Berlinie. Oczywiście, jestem Europejczykiem, bo dobrze się czuję we Włoszech i w Anglii, a gorzej w Stanach. Jeśli chodzi o muzykę, to słucham dosłownie wszystkiego. Jestem fanem muzyki poważnej, ale to wcale nie oznacza, że słucham tylko niemieckiej muzyki. Lubię też rosyjską, polską, każdą dobrą.

 

Jaki rosyjski kompozytor jest Pana ulubionym?

– Szostakowicz i Czajkowski, czyli dwóch wielkich Polaków, bo każdy z nich miał polskie korzenie. Także Prokofiew…

 

Skąd się wzięła Pańska wielka miłość do muzyki Brucknera?

– Bruckner jest według mnie wybitnym kompozytorem, bo jego muzyka łączy dwie – na pozór wykluczające się – cechy: monumentalizm i wielką subtelność. Dzięki tym wielkim kontrastom jego twórczość odzwierciedla całą gamę ludzkich emocji.

 

Pan lubi kontrasty?

– O, tak, lubię.

 

?

– Bo nie są nudne.

 

Od lat sporo czasu spędza Pan w Polsce. Czy można zarazić się polskością?

– Moim zdaniem tak, to jest możliwe. Wszystko jednak zależy od indywidualnych predyspozycji. Zauważyłem to bardzo wyraźnie, bo mam dwóch braci. Ja się zaraziłem polskością, a bracia tu byli i… nic! Jeden jest frankofilem, mieszkał kilka lat we Francji. Drugi zakochał się w Hondurasie i woli mówić po hiszpańsku.

 

Gdzie się Pan lepiej czuje – w Polsce czy w Niemczech?

– Ja tu i tu czuję się i dobrze, i źle. Dzisiaj siedzimy w remontowanym warszawskim mieszkaniu, jest straszny rozgardiasz i mam ochotę natychmiast wyjechać. Mam dosyć wszystkiego – dentysty, u którego byłem rano, remontu i bałaganu. Chciałbym uciec do Berlina, gdzie mam spokojny azyl. Za kilka dni tam będzie dla mnie za cicho i zatęsknię za Warszawą. Mam wrażenie, że przeciwstawienie Berlin–Warszawa przestało już mieć tak ostry kontekst narodowy. Jak ulice Grunwaldzka i Mickiewicza. To są po prostu dwie ulice i ja chodzę między jedną a drugą, nie czując, że przekraczam jakieś granice. Znam język polski i niemiecki. Uważam, że taka powinna być przyszłość Europy. Podróże między krajami, życie w różnych środowiskach, bo to uczy dystansu.

 

Fajniej jest na Unter den Linden Strasse czy na Marszałkowskiej?

– Dla mnie jest tak samo, bo tu i tam czuję się dobrze. Teraz główną zasadą mego życia jest zmiana. Lubię zmiany i kontrasty.

 

To dosyć nietypowe jak na stereotyp Niemca, nie sądzi Pan?

– Może jak na stereotyp tradycyjnego, starszego Niemca to jest dziwne. Taki Niemiec lubi spędzać całe dziesięciolecia w jednym mieście. Jednak we współczesnych Niemczech, jak w Polsce i całej Europie, są teraz bardzo silne tendencje migracyjne. Ludzie jeżdżą i latają, tam i z powrotem…

 

W książce Moja klasyczna paranoja czytelnik może przeczytać o Pańskim rodzinnym domu, o protestanckim pochodzeniu. Skąd pomysł na takie zwierzenia?

– W ten sposób chciałem dojść do źródła moich utrwalonych i jednoznacznych gustów muzycznych. Od dzieciństwa kocham muzykę klasyczną, na co złożyło się sporo okoliczności. Na pewno jednak jednym z najważniejszych powodów było obcowanie z muzyką kościelną, np. z dziełami Bacha. Wpłynęła na to także ewangelicka rodzina, w której się wychowałem. Mój ojciec wykładał teologię. Religijne korzenie każdego człowieka mają ogromne znaczenie.

 

Miłość do klasyki jako motyw przewodni ostatniej Pańskiej książki to kostium czy istota kulturalnego „ja”?

– Prawdziwa miłość nigdy nie jest kostiumem. Ona musi być szczera, bo inaczej nie jest miłością. Ja słucham muzyki klasycznej codziennie i to godzinami. Jest to na swój sposób „moja religia”. Ludzie wierzący w ciągu dnia wybierają i odmawiają różne modlitwy, ja zaś sięgam po różne style muzyczne, kompozytorów, utwory i wykonania. Raz muzyka mnie nastraja, potem uspokaja, a czasem pobudza do działania. Muzyka jest kluczem do ludzi na całym świecie. Przemawia bezpośrednio do zmysłów. Nie trzeba w nią wierzyć, można jej wierzyć, czuć ją, indywidualnie odbierać.

 

Dla zrozumienia melodii nie trzeba znać języków obcych?

– Owszem, trzeba. Trzeba znać instrumenty i uczyć się ich tak systematycznie jak innych języków – poza ojczystym albo włącznie z nim. Jeśli człowiek nie zabierze się za taką edukację muzyczną przed ukończeniem 20 lat, okazuje się, że z biegiem czasu przychodzi to coraz trudniej. Bycie prawdziwym melomanem wymaga lat przygotowań, nauki i refleksji – zupełnie jak w przypadku religii… Młodzież chodzi na specjalne nauki przed Pierwszą Komunią Świętą i bierzmowaniem. Tak samo powinna przebiegać edukacja muzyczna z prawdziwego zdarzenia. Muzyka przemawia wprost do naszych zmysłów, ale okazuje się, że mają one filtry – religijny czy szerzej, związany z kręgiem kulturowym danego człowieka. Przez całe życie pozostajemy przecież pod wpływem wielu, wielu czynników. My, Europejczycy, zazwyczaj nie przepadamy za rytualną muzyką indiańską, najczęściej lubimy muzykę rockową albo klasyczną. Dlaczego? Bo tak rośliśmy, tak zostaliśmy wychowani. Przy słuchaniu muzyki orientalnej – tureckiej lub libańskiej – zazwyczaj mamy kłopoty z jej pełnym pojmowaniem. Te wszystkie uwarunkowania są niezwykle istotne.

 

Co by Pan doradził Polakom, żeby uwierzyli, że Made in Poland is Good?

– Tak, Polacy mają taki problem. Ja to nazywam „polskim masochizmem”. Żałowałbym jednak, gdyby zaczęto to leczyć, bo to cudowna, w gruncie rzeczy napędzająca Polaków, cecha. Wolę ją od niemieckiego, zbyt wysokiego mniemania o sobie.

 

Kompleksy czasem nie są rozwojowe i twórcze…

– Ale są sympatyczne i ciepłe – oczywiście dla ludzi z zewnątrz.

 

Książka Polska da się lubić w 2006 r. była w Polsce bestsellerem, a jej niemieckojęzyczne wcielenie długo okupowało top listę „Der Spiegel”. Wydana w Niemczech Vita Classica po roku od premiery doczekała się wersji polskiej. Czy następna publikacja będzie wydana symultanicznie w Polsce i Niemczech?

– Kolejność wydań była naprawdę przypadkowa. Vita Classica napisałem we Włoszech. Mieszkałem tam prawie rok. Wówczas nie miałem kontaktu z językiem polskim i dlatego powstał tekst po niemiecku. Być może stoją za tym głębsze przyczyny. Chyba nie miałbym odwagi, aby od razu napisać ją po polsku, bo trzy lata temu byłem kojarzony z serialem M jak miłość. Polacy postrzegali mnie przez pryzmat tego filmu i kabaretu. Jak człowiek siedzi w takiej symbolicznej szufladzie, to często jest mu bardzo trudno z niej wyjść. Sam wtedy mało kieruje swoim losem i podporządkowuje się opinii innych. Potrzebowałem złapać dystans do Polski, aby mieć siłę, by wyskoczyć z tej szuflady i napisać coś, co niekoniecznie jest kabaretem.

 

Pojechał Pan do Włoch, aby odpocząć od Polski?

– Nie, nie odpocząć. Wyruszyłem do Włoch, aby odkryć nowe horyzonty. Mimo obaw mego niemieckiego wydawcy nie napisałem książki Viva Italia. Wydaje mi się, że nigdy nie napiszę o Włoszech, gdyż nie zanosi się na to, mimo wieloletnich związków z tym krajem. Zresztą to przez Italię trafiłem do Polski. Na campingu we Florencji po raz pierwszy zetknąłem się z Polakami. Potem szybko się okazało, że polska mentalność bardziej mi odpowiada niż włoska. Włosi są dla mnie zbyt wylewni. Do dziś tak zostało – Polacy mnie inspirują do badania różnych zjawisk. Od prawie 20 lat intryguje mnie, dlaczego lubię właśnie Polaków, tak jak muzykę klasyczną. O włoskiej duszy nie chciałoby mi się pisać. Tak samo o Anglikach, chociaż u nich też niedawno pół roku mieszkałem. Jest w muzyce klasycznej i Polakach coś tak niezrozumiałego, co mnie zaciekawia i skłania do dalszych dociekań. To dla mnie dwie największe zagadki!

 

Czy w swojej następnej książce także wystąpi Pan w roli głównej?

– Obecnie piszę nową książkę o Polakach. Niby już wszystko zostało powiedziane, a mnie chce się dalej drążyć. Będzie to tekst mniej autobiograficzny niż Polska da się lubić! albo Viva Polonia. Słowo „ja” będzie się tam pojawiać rzadziej. To naturalne, bo własne przygody w Polsce już dokładnie opisałem. Trzecia moja książka ma się najpierw ukazać po niemiecku, z okazji Mistrzostw Europy w Piłce Nożnej. Swoim rodakom w Niemczech chcę przybliżyć polskie osiągnięcia z dziedziny literatury, zabytków, sztuki, ale też telewizji, gwiazd pop. Chcę Niemcom dać prawdziwy obraz polskiej rzeczywistości. Nie tylko Karkonosze i Mazury!

 

Napisze Pan, dlaczego niemiecka drużyna piłkarska jest lepsza od polskiej?

– (Śmiech) Raczej nie będę w to wnikać, bo od razu wybuchłaby dyskusja, czy niemiecka reprezentacja narodowa nie jest w połowie polska! Unikam takich tematów, ale cieszę się, że moje życie, które toczy się między dwoma biegunami – polskim i niemieckim – jest w pewnym sensie odzwierciedleniem tego, co w ogóle się dzieje w Europie. Taki Podolski – tak samo jak ja i wielu innych – żyje i w Niemczech, i w Polsce. Jest nas bardzo wielu. Spotykamy się zawsze w pociągu Berlin–Warszawa–Berlin. Rozmawiam z Niemcami, którzy świetnie mówią po polsku, i Polakami, którzy bez akcentu mówią po niemiecku.

 

Adam Nowak, lider zespołu Raz, Dwa, Trzy od lat uważa, że Trudno nie wierzyć w nic. Co Pan na to?

– Nie wierzyć w nic jest niemożliwe! Każdy w coś wierzy, np. że Ziemia jest okrągła.

 

Po tylu latach badań chyba już to sprawdzono?

– Ja tego nie wiem. Wierzę jednak w to, co naukowcy napisali w książkach. Tak na pewno to ja nie wiem, czy Ziemia jest kulą. Wielu rzeczy nie wiem ze 100-procentową pewnością. Na przykład, co mój dentysta włożył mi dziś w ząb po jego rozwierceniu, ale wierzę, że posłuży to mojemu zdrowiu i będzie dobrze, a nie gorzej.

 

Na ile Pańskie widzenie świata buduje teologia, której także jest Pan absolwentem?

– Buduje cały czas. Trudno mi ocenić wagę wpływu bezpośredniego. Zawsze jednak zajmowały mnie opowieści biblijne. Moim ulubionym autorem biblijnym jest tzw. mały prorok – Jonasz. Napisał znakomitą historię, bardzo głęboką, z wieloma zwrotami akcji, tak zaskakującą, że do dziś mnie zadziwia. Poważna i ironiczna jednocześnie. Dla mnie jeden z nielicznych przykładów… humoru w Biblii. Moim zdaniem to twór najpopularniejszego biblijnego proroka. To jednak wyłącznie moja opinia. Jestem za tym, aby zekranizować tę historię!

 

Kto i co inspiruje Pańskie pióro?

– Ja sam siebie najbardziej inspiruję. Jeśli chodzi o zjawiska – interesuje mnie wszystko i od zawsze. To jest mój problem od zawsze. Dlatego studiowałem filozofię, a nie stomatologię, bo to jest ograniczony krąg zagadnień. Interesuje mnie dosłownie wszystko. No, teraz skłamałem. Nie interesowałem się nigdy Phillem Collinsem, który był idolem mego brata, Tilmana. To dla niego głównie napisałem Moją klasyczną paranoję. Miał zawsze inne preferencje muzyczne…

 

Lżejsze od Pańskich?

– On by tego tak nie ujął. Za takie określenie skoczyłby mi do oczu!

 

Dobrze, że go tu nie ma.

– Tilman ma zupełnie inny gust muzyczny od mojego. Zawsze o tym sporo dyskutowaliśmy. To była podstawa – dlaczego ja lubię klasykę, a on zupełnie inne utwory i wykonawców. Mój drugi brat, młodszy, słucha hip hopu, na punkcie którego ma takiego hopla jak ja na punkcie muzyki poważnej. Widocznie religijność naszego ojca przechodziła muzyczne metamorfozy!

 

Co się w Panu zmieniło między jedną a drugą książką?

– Chyba uprawiam mniej kabaretu. Bardziej chce mi się pisać poważne, refleksyjne teksty. Mam wrażenie, że im dłużej jestem w Polsce, tym mniejszą mam ochotę na kabaretowy dowcip, bo tym więcej widzę dookoła. Kabaretowe widzenie dominowało po 2–3 latach bycia w Polsce, potem zacząłem analizować głębiej i nie tylko dowcip, refleks i puenta mają dziś dla mnie znaczenie. O Niemczech nie mogę w zasadzie robić kabaretu, bo wszystkie śmieszne z pozoru rzeczy mają dla mnie drugie dno. To chyba typowe, gdy ma się żartować z ojczyzny i rodaków. Wielu Niemców mnie o to pyta. W roku 2010 miałem ponad 70 występów w całych Niemczech – od Hamburga do Monachium. Mówię wtedy o Polakach, a ziomkowie pytają mnie, dlaczego nie „obnażam” Niemców. Brakuje mi takiej zewnętrznej perspektywy, jaką mam w Polsce.

 

Przekroczył Pan męski Rubikon i skończył 40 lat. Co to dla Pana oznacza – mentalnie, duchowo i zewnętrznie?

– Na zewnątrz konieczność częstszych wizyt u stomatologa i posiwiałe skronie. Rośnie też presja otoczenia, która każe mi myśleć, że być może nie jestem już wolnym człowiekiem… Wszyscy coraz częściej dopytują mnie, kiedy biorę ślub i będę wreszcie miał dzieci. To pojawia się średnio już trzy razy dziennie. Myślałem, że żyję w wolnych krajach, ale tak nie jest!

 

Przejmuje się Pan tym?

– Chyba za mało! Jednak inni za mnie to przeżywają. Wewnętrznie jestem bardziej spokojny. Moim zdaniem dużo osiągnąłem, napisałem dwie książki o swoich pasjach, co mnie cieszy. Jedna miała duży sukces, druga mniejszy, ale to nie jest ważne. Ważne, aby dać świadectwo.

 

Czego można Panu życzyć w związku z nową książką?

– Więcej czytelników, po prostu.

 

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Konkurs dla czytelników, w którym można wygrać 2 książki Moja klasyczna paranoja ufundowane przez polskiego wydawcę Steffena Möllera.

 

1. Gdzie wychował się najbardziej znany w Polsce Niemiec?

a) we Frankfurcie nad Odrą,

b) w Wuppertalu,

c) na pograniczu polsko-niemieckim.

 

2. Kiedy ukaże się nowa książka Steffena Möllera?

a) niedługo,

b) gdy autor wróci z Włoch do Niemiec,

c) latem 2012 r.

 

3. Steffen Möller pochodzi z rodziny?

a) o tradycjach polsko-niemieckich,

b) chrześcijańskiej,

c) protestanckiej.

 

Na kartki – papierowe i elektroniczne – czekamy do 28 lutego 2011 r.

Książką autorstwa Steffena Möllera nagrodzone zostaną odpowiedzi prawidłowe i dowcipne zarazem.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki