Logo Przewdonik Katolicki

Krzyżyk i chrześcijańskie korzenie w traktacie to za mało

Michał Bondyra
Fot.

Z bp.Wojciechem Polakiem, przewodniczącym Europejskiej Służby dla Powołań (EVS) oraz delegatem Konferencji Episkopatów Europy (CCEE) ds. powołań rozmawiaMichał Bondyra

 

Z bp.Wojciechem Polakiem, przewodniczącym Europejskiej Służby dla Powołań (EVS) oraz delegatem Konferencji Episkopatów Europy (CCEE) ds. powołań rozmawia Michał Bondyra

 

Ojcowie zjednoczonej Europy Robert Schuman, Alcide De Gasperi i Konrad Adenauer wykazywali się pobożnością do tego stopnia, że dwaj pierwsi są kandydatami na ołtarze. Symbol unijnej flagi też według zamierzenia jej twórcy Aresie Heitza wyraźnie odwołuje się do chrześcijańskiej symboliki – dwunastu gwiazd z diademu Matki Bożej. Dlaczego dziś Unia Europejska z taką łatwością o tym zapomina, pomijając swoje chrześcijańskie korzenie?

– Unia Europejska to projekt bardzo złożony. Oprócz tego, że jest projektem politycznym i ekonomicznym, jest też, a przynajmniej powinna być, projektem duchowym. Ten ostatni, w rzeczywistości dzisiejszej Europy, nie jest jednak priorytetowy. Sprawy ideowe, duchowe, z tradycją, korzeniami pozostawiono w gestii poszczególnych państw. Nie uważam, by poszczególne kraje były zmuszane do wyrzekania się swojego kulturowego i historycznego dziedzictwa, ale widać, że w wielu wymiarach jest ono po prostu pomijane. Trudno jednoznacznie powiedzieć dlaczego. Z doświadczenia duszpasterskiego widzę, że wyzwaniem, przed którym dziś stoi Unia Europejska jest wielokulturowość. Widać, że zderzenie cywilizacji i kultur w Unii nie jest takie łatwe do ogarnięcia, może też i dlatego, że na początku problemu wielokulturowości w rzeczywistości europejskiej po prostu nie było.

 

Ta obecność, zderzenie wielu kultur, religii, może być jeszcze silniejsza w momencie wejścia do UE Turcji oraz Bośni i Hercegowiny – świat islamski może się wtedy jeszcze bardziej zetrzeć ze światem chrześcijańskim.

– Ta obecność już ma miejsce. Politycy krajów-liderów Unii, Sarkozy czy Merkel, mówią, że polityka multikulti poniosła fiasko. Ale jak słusznie zauważył w swoim artykule kard. Ravasi, istnienie jednej kultury czy drugiej, żyjących obok siebie, jakby w gettcie, zawsze kończy się niepowodzeniem. Traktowanie multikulturowości jak puzzli poukładanych obok siebie na jednej planszy, zawsze jest narażone na konfrontacje, napięcia czy spory. Może więc ma rację kard. Ravasi, gdy przywołując przykład chrześcijaństwa, pokazuje, w jakim kierunku powinna podążać obecna Europa: zamiast multikulturowości – inkulturacja, a więc wchodzenie z całym bogactwem kultury w rzeczywistość cywilizacyjną, którą się na miejscu spotyka, która ma tutaj swoje korzenie. Inkulturacja chrześcijaństwa, projekt mający już ponad dwa tysiące lat, choć nie był wolny od napięć, porażek, a także ryzyka, okazał się bardziej skuteczny niż współczesna koncepcja wielokulturowości.

 

W kontekście tej wielokulturowości: mam wrażenie, że obecnym politykom w UE przyświeca taka bezideowość i bezwyznaniowość, która została też zapisana w traktacie konstytucyjnym. Czy to czasem nie jest krok do antychrześcijańskiej rewolty?

– Znów ważny jest kontekst. Tu, w Gnieźnie, bł. Jan Paweł II porównał projekt europejski do rzeki, w której spotykają się różne dopływy. W niej nie jest tylko nurt chrześcijański, choć to on dominuje na Starym Kontynencie. On jest jednak zasadniczy ze względu na wypływającą z niego koncepcję dotyczącą samej istoty człowieka, jego godności, niezbywalnych praw, zwłaszcza prawa do życia od poczęcia aż do naturalnej śmierci. Projekt europejski zrodził się i wzrastał w duchu chrześcijańskim daleko wychodzącym poza ramy konfesyjne. Dziś błędem jest nieuznawanie fundamentu chrześcijańskiego, na którym wyrastają przecież polityczne czy gospodarcze projekty. Takie odcinanie się od tej podstawy, a więc od własnych korzeni, jest zwyczajnie nierozsądne.

Nie można jednak oczekiwać od polityków, by popierali projekty konfesyjne. Oni są od tego, by tworzyli projekty polityczne czy gospodarcze, które jednak muszą być zgodne z ludzką godnością, naturą człowieka, osobowymi prawami wyrosłymi z chrześcijańskich korzeni. To wszystko ma przecież swoje źródło w Ewangelii. I to właśnie, jak wskazywał Jan Paweł II, przyczynia się do gruntownie humanistycznego charakteru europejskiej kultury, czyniąc ją „tak głęboko, tak autentycznie ludzką”.

 

Problem chrześcijańskich korzeni, ale i obecności chrześcijaństwa w rzeczywistości UE doskonale pokazuje publikacja unijnego kalendarza, w którym znajdziemy święta żydowskie, hinduskie, muzułmańskie, a nawet Halloween. Na próżno jednak szukać możemy Bożego Narodzenia czy Wielkanocy.

– Wada tego kalendarza jest bezsprzeczna, ale co było też dla mnie radością i napawa mnie pewną nadzieją, to słowo „przepraszam” oraz przyznanie, że był to projekt niedoskonały i wadliwy, i zapewnienie, że zostanie on zmieniony. Dobrze się stało, że jego twórcy mają zdolność do refleksji.

Dlaczego zabrakło w nim świąt chrześcijańskich? Może to chęć stworzenia czegoś bardziej globalnego, bezideowego, łączącego wszystkich ponad podziałami, ponad różnicami. Myślę, że ten konkretny pomysł zrodził się w głowach nie tyle samych polityków, co na poziomie dużo niższym, gdzie często spotykają się ludzie z różnymi pomysłami. Może chodziło im o to, by poszukać drogi, która nie spowoduje napięć, bo i tak chrześcijanie nie będą reagowali ostro? Widzę w tym nadgorliwość i jakiś lęk, strach właśnie przed multikulturowością, przed osądem czy opinią innych.

 

Nie jest to dowód na dyskryminację chrześcijan?

– Kiedy mówi się o dyskryminacji chrześcijan w Europie jestem bardzo ostrożny, bo przykłady, które Pan przytacza, owszem, bolą także mnie, ale trzeba do nich przykładać odpowiednią miarę. W południowym Sudanie czy w Pakistanie mamy chrześcijan, którzy dosłownie oddają krew za wiarę, umierają męczeńską śmiercią za Chrystusa. Kalendarz czy brak wpisania chrześcijańskich korzeni w konstytucji, a także kilka innych przykładów, mają jednak inny wymiar. Zestawianie tych dwóch rzeczywistości jest nieporozumieniem.

 

Oczywiście, ale Europa to cywilizacja kształtowana przez setki lat. Nie uważa Ksiądz Biskup, że i wymagania względem ludzkich zachowań w niej powinny być znacznie wyższe?

– Tak, ale zastanówmy się nad obecnością chrześcijan w Unii. Nad jakością tej obecności. Te wymagania są wyższe, ale przecież nie tylko względem polityków, ale także względem nas, chrześcijan. Ciekawą diagnozę postawił w książce Chrześcijańska Europa. Konstytucyjny imperializm czy wielokulturowość? Joseph Weiler – pobożny Żyd, który na temat chrześcijańskiej Europy pisał w momencie, gdy ważyły się losy zawarcia w traktacie zdania na temat chrześcijańskich korzeni Starego Kontynentu. Porównał on chrześcijan w Europie do prześladowanych Żydów w czasach inkwizycji w Hiszpanii. Postawę marranos (hiszpańskich Żydów), którzy bojąc się śmierci zapierali się swojej wiary, udając, że przechodzą na chrześcijaństwo, zestawił z postawą współczesnych chrześcijan w Europie, którzy też się ukrywają ze swoją wiarą, po prostu dlatego, że się jej wstydzą.

Podczas beatyfikacji Jana Pawła II, Benedykt XVI powiedział, że jego poprzednik jest błogosławiony nie dlatego, że był proboszczem świata, tylko „ze względu na swoją wiarę: odważną, mężną i wielkoduszną”. Dwukrotnie powtórzył, że Jan Paweł II pomógł chrześcijanom na całym świecie, także w Europie, aby „nie lękali się być chrześcijanami, należeć do Kościoła, głosić Ewangelię”. W tym miejscu rodzi się pytanie o nasz lęk czy wstyd, a pozytywnie o obecność w rzeczywistości europejskiej, o głoszenie tutaj Ewangelii, o naszą przynależność do Kościoła, który jest w Europie. Trzeba to przemyśleć, by nie iść na barykady, ale konsekwentnie wyznawać wiarę życiem, swoim myśleniem i swoimi wyborami przyznawać się do Chrystusa. To jest wezwanie do Nowej Ewangelizacji, która pomoże nam chrześcijanom odnajdywać motywy wiary, nadziei i miłości, ale także dawać świadectwo Chrystusowi i głosić Jego Ewangelię w sposób przekonujący dla innych, w społeczeństwie bardzo zróżnicowanym i skomplikowanym.

 

Incydenty, o których napomknąłem, wynikają zatem z postawy nas – Europejczyków, nas – chrześcijan?

– Oczywiście nie bezpośrednio, ale są wyzwaniem dla nas, abyśmy się zastanowili, jak głosić Chrystusa w tak złożonej rzeczywistości. Fakt założenia krzyżyka, zapisania w konstytucji europejskiej odwołania do korzeni chrześcijańskich to dziś za mało. To są znaki zewnętrzne, które muszą być konsekwencją czegoś bardziej podstawowego – chrześcijańskiej obecności w rzeczywistości dzisiejszej Europy i świata. Trzeba wyjść do ludzi w nowy sposób, stosując nowe metody głoszenia Ewangelii, spotykając człowieka, który żyje w wielokulturowym i wielowyznaniowym społeczeństwie, niejednokrotnie bardzo skomplikowanym, sam tak często pogubiony w wielu sytuacjach i wydarzeniach, które go przytłaczają i przerastają. Nie chodzi tu tylko o to, by samemu być świadkiem przekonanym do swoich wartości – bo to jest fundament. Chodzi natomiast o to, by wciąż poszukiwać sposobu dotarcia do  współczesnego człowieka, dotarcia do jego serca z Dobrą Nowiną, a to już jest wyzwanie bardziej wymagające. Nawet jeśli w takiej Hiszpanii, w której narzuca się programową laicyzację, wychodzą na ulicę 2 mln ludzi broniących rodziny i życia, to dramatem jest to, że ta manifestacja nie przekłada się na konkretny projekt życia, który ma być alternatywą dla cywilizacji śmierci. To jest proces duchowej przemiany, docierania z  Ewangelią na współczesne areopagi świata; w mediach, w polityce i wielu innych miejscach.

 

Na tę obecność chrześcijan przemożny wpływ mają także kapłani. Liczba powołań drastycznie spada – alarmują statystyki. Dlaczego?

– Dotykamy statystyk, a proszę mi powiedzieć, dlaczego w laickiej Francji, gdzie na południu jest swoista katastrofa powołaniowa, parafie są łączone, a proboszczami zostają świeccy, w regionie paryskim seminarium w tym samym czasie pęka w szwach – jest 97 kleryków?

 

Nasuwa mi się jedna odpowiedź: stoi za tym człowiek.

– Tak, projekt duszpasterski kard. Lustigera, który ożywił powołaniowo wielki region Paryża. Patrząc globalnie, trzeba powiedzieć, że sytuacja powołaniowa w Europie jest trudna. Są jednak znaki nadziei – jak ten w Paryżu. Trzeba je wyłuskać i zobaczyć, na czym polegają.

Kolejny przykład, zaczerpnięty z Roku Kapłańskiego, to inicjatywa francuskiego serwisu powołaniowego, który we wszystkich gazetach, od najbardziej liberalnych po najbardziej konserwatywne, wykupił stronę, na której zamieścił zdjęcie księdza w koloratce, a pod nim prosty napis: „Jestem księdzem”. W ten sposób wiele osób dowiedziało się, że w tak zlaicyzowanym i wielokulturowym społeczeństwie jest też taka osoba jak ksiądz. To daje do myślenia. Francuski serwis prowadzi też portal internetowy odwiedzany przez tysiące młodych ludzi. Dlaczego? Bo pokazuje istotę kapłańskiego życia: wspólnotę, która się modli, wspólnie pracuje, głosi Ewangelię. Wielu ludzi w swych postach pisze: „myśmy tego nie znali!” Dlaczego? Bo kapłan zniknął kompletnie z życia społecznego. Jak można odkrywać powołanie do kapłaństwa, jeżeli nie widzi się tego stylu życia, brakuje konkretnego doświadczenia? Wielu dyrektorów ośrodków powołaniowych mówi mi, że dziś nie wystarczy powiedzieć: „Przyjdź do Jezusa – On cię zbawi”. Młodzi często odpowiadają: „Ależ my czujemy się dobrze”, „Nikogo nie potrzebujemy”, „W czym ma nam On pomóc?” Nie wystarczy już samo głoszenie, ale potrzeba też odpowiedniej formy przekazu. Dziś muszą być projekty punktowe, projekty wspólnot, małych grup. Tak jak w Paryżu.

 

Jak zatem wygrać Europę dla wartości zakorzenionych w chrześcijaństwie?

– Problem polega na tym, że w świecie, w którym żyjemy, antywartości są głośniejsze i oferują tylko to co dla człowieka łatwe, przyjemne, co mu schlebia, pozwala mu poczuć się dobrze. Good feeling i to wszystko. Życie nie składa się jednak tylko z dobrego samopoczucia, to twarda rzeczywistość. A w niej albo się broni tego co najważniejsze, albo poddaje się antywartościom, które będą nas niszczyć, prowadząc do klęski.

Ideologie Europy, jak przypominał bł. Jan Paweł II „przychodziły, odchodziły, a człowiek trwa”. Musimy się oczywiście przed nimi bronić, by nie poraniły nas do tego stopnia, że to trwanie stanie się wręcz niemożliwe, katakumbowe. Z drugiej strony jedynym możliwym sposobem nie jest obrażanie się na propagowane antywartości i chronienie się przed nimi pod kloszem, ale przenikanie tej współczesnej europejskiej kultury Ewangelią Chrystusa i tym, co z niej płynie. Ważniejsza niż jakakolwiek ideologia jest dla mnie obecność chrześcijan, przekonanych i głęboko wierzących, ale jednocześnie otwartych na świat, szukających skutecznego sposobu na głoszenie Chrystusowej prawdy drugiemu człowiekowi, na dotarcie do człowieka, który żyje w Europie. Projekty ideologiczne i lobbystyczne taką rzeczywistością nie będą zainteresowane, ale człowiek już tak.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki