Adwent znaczy oczekiwanie...

Świat obramowany zimnym metalem krat widzenie fragmentaryczne. Niebo w kawałku i żadnej szansy na rozszerzenie perspektywy, choćby o centymetr, w lewo lub prawo. Monotonia następujących sobie na pięty dni kołysze do snu jak miarowy stukot kół pociągu. Kolejne wiosny, zimy i lata przysiadają cicho na pryczy, żeby nie zbudzić ze snu. Ze snu o wolności…
Czyta się kilka minut

FOT. WOLNOSC 01 (MARCIN JARZEMBOWSKI): „powrócę do ciebie…”

FOT. WOLNOSC 02 (MARCIN JARZEMBOWSKI): Andrzej Szlachtowicz

 

Świat obramowany zimnym metalem krat – widzenie fragmentaryczne. Niebo w kawałku – i żadnej szansy na rozszerzenie perspektywy, choćby o centymetr, w lewo lub prawo. Monotonia następujących sobie na pięty dni kołysze do snu jak miarowy stukot kół pociągu. Kolejne wiosny, zimy i lata przysiadają cicho na pryczy, żeby nie zbudzić ze snu. Ze snu o wolności…

 

wiem

przyjdzie taki dzień

kiedy chyłkiem

śladami pierwszych modlitw

powrócę do Ciebie (…)

jak syn marnotrawny spuszczę głowę

stanę na progu

zacznę się jąkać

 

a Ty podejdziesz

i bez słowa

wyjmiesz mi z kieszeni procę

i siedem kamiennych grzechów głównych

którymi strzelałem w okna nieba

Piotr Bogdanowicz – Z niewysłanego listu

 

Oczekiwanie na wolność

 

Andrzej Szlachtowicz

 

Tak naprawdę dopiero teraz zrozumiałem, czym jest Adwent. To najpiękniejszy okres w życiu człowieka, okres oczekiwania na narodziny Boga Człowieka. Ale czy tylko? Może piękno tego okresu to także oczekiwanie na ponowne narodziny każdego z nas, na zmianę tego, co złe i nie takie, jak być powinno.

Praktycznie całe moje dorosłe życie (mam 46 lat) polegało na wojnie z Bogiem – ubliżałem Mu mową, uczynkiem i sposobem życia. Dlatego Adwent kojarzył mi się tylko z czasem wymyślonym przez jakiegoś „oszołoma”, pełnym bzdurnych zakazów. Po śmierci mojej córki ten szczególny okres oczekiwania wymazałem z kalendarza. Potrzeba było pięciu lat od chwili jej odejścia, by ziarenko wiary zasiane przez Bractwo Więzienne zaczęło powolutku kiełkować…

Dziś Adwent to dla mnie oczekiwanie na Chrystusa. Okres zmian wewnętrznych, jakie pojawiły się w moim życiu. Wraz z nimi przypomniał o sobie strach – obawa czy jestem godzien, czy jestem gotów, by Chrystus ponownie narodził się w moim życiu – w moim sercu. Od chwili przyjazdu na jedno ze spotkań „Arki” brata Tadeusza i przedstawieniu swojego świadectwa, coś zrozumiałem – zacząłem traktować karę pozbawienia wolności (do końca wyroku pozostały mi jeszcze trzy lata) jako okres Adwentu, zmiany stylu mojego życia.

Przestałem czekać z założonymi rękoma na przyjście dnia wolności, bo za każdym razem tak robiłem i za każdym razem wracałem do tego miejsca… Postanowiłem poświęcić ten czas na całkowite pojednanie się z Bogiem, abym choć w części był godny i należycie przeżył narodziny Chrystusa w moim sercu. Mam wrażenie, że otrzymałem od Pana Boga kolejną szansę, być może ostatnią, by fizycznie i duchowo przygotować się na kolejne Jego przyjście, to znaczy zmienić radykalnie dotychczasowe życie i zacząć postępować według dekalogu. Chciałbym powiedzieć, że jestem gotów na to, by każdego dnia, każdej nocy, każdej godziny i minuty powstawało w moim sercu takie Małe Betlejem, w którym rodzi się Jezus Chrystus! Gdyby każdemu z nas udało się stworzyć takie święte miejsce gdzieś tam, w głębi duszy, to w twarzy każdego człowieka – jak mawiała Matka Teresa z Kalkuty – ujrzymy twarz narodzonego Chrystusa. Nawet w twarzach tych największych grzeszników, bo skoro ja – Andrzej – potrafiłem się zmienić, to znaczy, że może to uczynić każdy. Skoro Bóg mi wybaczył całe niecne życie, to wybaczy każdemu, bo Miłosierdzie Boże jest nieskończenie wielkie. I dziś – dzięki temu, że zacząłem budować tę małą stajenkę w moim sercu – z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że nawet odbywając karę pozbawienia wolności – przebywając w więzieniu – jestem prawdziwie wolnym człowiekiem.

 

Tomasz Kowalski

 

Smutna to refleksja, ale nie zawsze w moim życiu Adwent był oczekiwaniem na Boży cud… Jestem człowiekiem, który takie słowa, jak miłość i rodzina znał tylko z definicji. To z pewnością przełożyło się na późniejsze wybory. Dom, w którym poznałem i doświadczyłem znaczenia słowa Adwent, to dom moich świętej pamięci dziadków – Marianny i Piotra Kowalskich. Jako kilkuletni chłopiec miałem dość bicia, głodu, upokarzania, lekceważenia, w związku z czym uciekłem do swych ukochanych dziadków. To był prawdziwy Adwent – i to wspólne oczekiwanie było wówczas dla mnie najwspanialszą chwilą. Pamiętam moje dziecięce pytania kierowane do babci i dziadka: „Kiedy przyjdzie Pan Jezus? Czy będę mógł Go zobaczyć?”. Jednak to właśnie w dzień Bożego Narodzenia milicja odebrała mnie dziadkom, umieszczając w pogotowiu opiekuńczym. Dzień radości stał się dniem przeraźliwego smutku, cierpienia, tęsknoty. Nie rozumiałem tego, co się wokół mnie dzieje.

Dziś, kiedy wracam pamięcią do tamtej chwili, w której rodził się Jezus Chrystus, Syn Boga Żywego, odnoszę wrażenie, że wówczas umarła część mnie samego. Umarła – jak później się okazało – na wiele, wiele lat. Decyzje, jakie podejmowałem w życiu, były na wskroś złe. Kto by zliczył domy dziecka, poprawczaki, więzienia – w jednym z nich przebywam do dziś. Nigdy już nie było miejsca na święta Bożego Narodzenia i Adwent. One przestały mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Tamtego dnia umarłem ja, ale również Bóg, który mieszkał w moim sercu. Życie, jakie wiodłem, było próżne, przepełnione ciemnością, niegodziwością. Imprezy, pożądanie, kolejne przestępstwa, niemające końca zło – to było wówczas moim Adwentem. Dziś nad tym ubolewam, ale tak było… Bóg jednak nie umarł. To ja swoimi wyborami próbowałem Go zabić – ukrzyżować po raz wtóry. Mijały lata, wraz z nimi kolejne Adwenty, kolejne święta – zapomniane, odrzucone… I tylko samotność słyszała mój wewnętrzny krzyk – krzyk, który coraz częściej dochodził do głosu.

Drugiego kwietnia 2005 r. świat się zatrzymał. Do domu Ojca odszedł Sługa Boży Jan Paweł II. Ale tego dnia – w tej samej chwili – narodził się człowiek. Człowiek, który przejrzał na oczy – dostrzegł swą nędzę i zapłakał zanurzony w Bożym Miłosierdziu. Ujrzałem światło. Tak! Odnalazłem dawno zagubioną drogę do domu.

Więzienie to specyficzne miejsce. Wokół wiele zła, ludzi zagubionych, ogarniętych przez ciemność, którzy tak jak ja sięgnęli dna. Dziś widzę wręcz namacalnie codzienną walkę dobra ze złem. Żyję więc nadzieją i modlitwą, by każdy z mych braci odnalazł prostą drogę do Boga.

Adwent to oczekiwanie na kolejne narodziny Bożych dzieci – więźniów, którzy dzięki modlitwie osób duchownych i świeckich mogą uczynić ze swych serc Betlejem. Adwent jest tak ważny, tak potrzebny – by móc się zatrzymać, pochylić nad tymi, o których tak często zapominamy – ubogimi, chorymi, samotnymi. To również rachunek sumienia – rozliczenie z codziennym życiem. Adwent pomaga zadawać pytania – jak każdy z nas jest przygotowany na przyjście Boga, czy zdążył się oczyścić z codziennego brudu, jakim jest grzech.

Jestem jednym z wielu nawróconych więźniów, który podczas Adwentu szczególnie oddaje się modlitwie. To ona zbliża nas do Boga. I choć świat mną gardzi, odrzuca, to ja trwam i czekam dnia przyjścia Bożej Dzieciny, dla której moje serce staje się ubogą Betlejemską stajenką. Ja ją wysprzątałem. A wy?

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 50/2010