Logo Przewdonik Katolicki

Radny: Człowiek od małych skarg

Adam Gajewski
Fot.

Piotr X., Kandydat do Rady Miasta


 

Radny: Człowiek od małych skarg

 

Piotr X.

 

Kandydat do Rady Miasta

 

Startuje Pan w wyborach po raz pierwszy. Trudno było podjąć decyzję? 

 

- Zastanawiałem się długo, pytałem sam siebie: „Czy ja się do tego nadaję, czy ma to jakikolwiek sens - cały wysiłek związany z kampanią na radnego?” Bo prawda jest taka, że nie jestem związany z żadnym środowiskiem politycznym czy innym lobby. Wybory samorządowe traktuję jako wyzwanie społeczne, obywatelskie. Od „wielkiej” polityki się dystansuję, co podkreślam w swoich ulotkach oraz w spocie, który umieściłem w internecie.

 

Ulotki, spot… Jakie inne pomysły zrodziły się przy okazji kampanii? Jak powstał program wyborczy? 

 

- Wszystko zaczęło się pewnej niedzieli. Wsiadłem w samochód, zabrałem z sobą aparat, pojeździłem po osiedlach i fotografowałem zakamarki – nie wszędzie jest bowiem pięknie. Trzeba też patrzeć krytycznie, zauważać niedostatki - szarość, smutek… Teraz już wiem, że mieszkańcom „mojego” osiedla zależy, aby powstał kryty basen. Tę kwestię na pewno będę podnosić. Ulotki drukuję oczywiście we własnym zakresie, będę je rozdawał sam, osobiście. Przygotowałem 5000 sztuk. Chciałbym odwiedzać hale targowe, ale  i szkoły, z których rodzice odbierają swoje pociechy. Rozmawiając z nimi, dowiem się, gdzie jeszcze brakuje placów zabaw, miejsc rozrywki, która ulica jest niebezpieczna…

 

Bezpośredni kontakt z potencjalnym radnym to pomysł na czas kampanii. Jak widzi Pan kwestię kontaktów „radny–społeczeństwo” po wyborach?

 

- Na osiedlach powinny pojawić się stałe informacje, kto jest radnym, jak można się z nim skontaktować, gdzie przebywa. Tego ciągle brakuje. Podam przykład: moja żona wracała z pracy nieoświetlonym chodnikiem, bo nie świeciła  latarnia. Zadzwoniłem do energetyki – przyjechali, ale jej nie naprawili. Wtedy pomyślałem, że można by interweniować u radnych, ale tych ludzi po prostu nie znałem. Nie ma e-mailowych skrzynek kontaktowych, żadnej szansy na przekazanie prośby. Wspomniana latarnia psuje się już od… trzech lat! Nikt nie liczy się z uwagami jednego człowieka, trzeba mieć za sobą tłumy lub podjąć się misji radnego, który mam mandat do załatwiania takich spraw w imieniu mieszkańców swego osiedla. Ja piszę teksty piosenek, jestem autorem płyty zatytułowanej „Mała skarga”. W głębi duszy ten tytuł chodzi za mną jak motto; jako potencjalny radny chciałbym być „człowiekiem od małych skarg”.

 


           

 


 

 


 

„By moje miasto bardziej się liczyło…”

 

Bronisław Y.

 

Kandydat do sejmiku wojewódzkiego

 

Trudne zadanie: zostać radnym wojewódzkim…

 

- Mam już parę siwych włosów, doświadczenie... Stwierdziłem, że sejmik wojewódzki ma większe wpływy na rozdzielanie dotacji, wsparcia finansowego dla miast i wiosek, a bardzo mi zależy, aby moje miasto nie było już pomijane w tym systemie. Chciałbym wpływać na   wzrost znaczenia swojego miasta, bo je po prostu kocham.

 

To nie pierwsza Pana kampania. Czasem się udawało, czasem zaznał Pan goryczy porażki… 

 

- Wybory samorządowe odbywają się według ordynacji mieszanej i w zasadzie to nie ludzi wybieramy, a partie. W praktyce wyborczej jest taka zasada, że głosuje się na osoby znane albo po prostu wysoko uplasowane na liście wyborczej. Słabiej zorientowani wyborcy zazwyczaj typują przysłowiową „jedynkę”, „dwójkę”. To jest chyba duży mankament. Gdy kandydujesz z dalekiego miejsca na liście – zwykle odpadasz. Ten system trwa, bo partie patrzą centralnie, chcą mieć swoich ludzi w województwach, gminach, powiatach. Ja również muszę korzystać z listy „zaprzyjaźnionej” partii, choć nie jestem jej członkiem. Nie zatracam jednak osobowości – do „wyścigu demokracji” wciąż chcę stawać jako wyrazisty „ja”.

 

W owym wyścigu bierze Pan udział od wielu lat, przyglądając się zapewne transformacji naszego ustroju na poziomie lokalnym, samorządowym...     

 

- „Komuna” to dziś już frazes, ale trzeba wyjść z tego punktu: wtedy uczestniczyłem w wyborach tylko raz. Zdawałem sobie sprawę, że to szopka – ze sztucznie wyznaczaną wysoką frekwencją, „sprawdzonymi” ludźmi. Jak przyszła wielka zmiana, zorganizowano pierwsze wolne wybory bez żadnych parytetów partyjnych. Wtedy był entuzjazm. Z „Solidarności” nakierowałem się na samorządowość. Cieszyliśmy się w pierwszej Radzie Miasta z obecności wielu postaw, środowisk, poglądów. Dawało to efekt, choć z czasem coraz trudniej było dojść kilku ludziom do porozumienia. Niektóre decyzje wręcz się opóźniały. Trzecie wybory samorządowe to już czas nowej ustawy, nakazującej bezpośredni wybór prezydentów, burmistrzów oraz ograniczającej rolę rad. Uważam to jednak za krok wstecz naszej demokracji. Prezydent, burmistrz, wójt stał się trochę władcą autorytarnym. To niebezpieczny trend – mam inne poglądy.

 

Rozmawiał AG

Foto: AG

 

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki