Logo Przewdonik Katolicki

Dlaczego duża rodzina jest dobra?

Bogna Białecka
Fot.

Dominika z czwórką synów idzie poznańskim deptakiem. Nieznajoma pani zaczepia ich i z troską w głosie pyta: Te wszystkie dzieci to Pani?

Dominika z czwórką synów idzie poznańskim deptakiem. Nieznajoma pani zaczepia ich i z troską w głosie pyta: „Te wszystkie dzieci to Pani”?

 

 

Nie pierwszy raz postronne osoby wypytują Dominikę o szczegóły jej życia osobistego. Zawsze z  uśmiechem na twarzy odpowiada: „Nie, reszta na koloniach". Mina nieznajomej – bezcenna.

Wiele osób uważa, że dzieci w wielkich rodzinach mają gorzej lub wręcz są zaniedbywane. Rzeczywiście, dzieciom w rodzinach wielodzietnych nie pobłaża się tak bardzo jak w małych. Nie dostają najmodniejszych butów, gadżetów, a ich zachcianki nie są zaspokajane. W wielu rodzinach dzieci noszą ubrania po starszym rodzeństwie czy kupowane w lumpeksach, nie uczęszczają codziennie na płatne zajęcia dodatkowe, a mimo to posiadanie wielu braci i sióstr ma wiele zalet.

 

Często mówi się o tym, że liczne rodzeństwo rozwija empatię, umiejętność dzielenia się, negocjacji itp. Jak jednak konkretnie się to odbywa?

 

10 najważniejszych zalet posiadania rodzeństwa

  1. W przeciwieństwie do typowej rodziny dwa plus jeden plus pies, dzieci z dużych rodzin są realnie potrzebne w domu. Dzięki wykonywaniu obowiązków domowych przyczyniają się do dobrobytu rodziny. Poza tym każdego dnia ćwiczą umiejętność mierzenia się z problemami współżycia z grupą ludzi, ćwiczą zdolność działania na rzecz wspólnego dobra grupy. W rezultacie wzrastają w świadomości swych mocnych i słabych stron, z realistycznym poczuciem wiary w swe możliwości. Dzięki temu dorastając są  coraz bardziej odpowiedzialne. Syndrom "Piotrusia Pana" (a więc dorosłego dziecka mieszkającego z rodzicami i niepotrafiącego wziąć odpowiedzialności za własne życie), co warto zauważyć, dotyczy z reguły jedynaków.
  2. Z powyższym związane jest lepsze zrozumienie, czym jest naprawdę "odpowiedzialność". Odpowiedzialność oznacza to, że jeśli ja czegoś nie zrobię, ktoś inny na tym ucierpi. W takiej sytuacji trudno by wykształciła się u dziecka postawa roszczeniowa: „Należy mi się".
  3. W rodzinie wielodzietnej zawsze znajdzie się ktoś, z kim można porozmawiać, pobawić się, podowcipkować. Dostarcza to nieustannej stymulacji intelektualnej. Ba, nawet kłótnie i będące ich skutkiem negocjacje wzmacniają i "ostrzą" zdolność oceny.
  4. W rodzinach wielodzietnych jest też wiele radości. Mimo  kłopotów czy gorszych chwil wielkie rodziny potrafią trzymać się razem, wspierać i razem śmiać. Większa jest radość z osiągnięć. Żarty i zabawne opowiastki dzielone z całą grupą ludzi wydają się zabawniejsze i pobudzają do śmiechu.
  5. Nawet zwyczajne kłótnie i przepychanki pod wpływem rodziców zmieniają się w lekcje sprawiedliwości, dzielenia się, uznawania różnic, tolerancji, przebaczania. To wzmacnia kręgosłup moralny dzieci, rozwija ich sumienie. Tarcia, choć nieprzyjemne, są przydatne – wygładzają zadry, kształtując osobowość. Są jak szlifowanie szlachetnego kamienia.
  6. Ponieważ rodzice dbają o potrzeby dzieci, ale nie mogą zaspokoić wszelkich ich zachcianek (przez brak pieniędzy i czasu), dzieci uczą się ważnego rozróżnienia między potrzebami a zachciankami. Uczą się czekać na to, czego pragną, lub pracować i zarabiać na to. Mogą też próbować osiągnąć pożądany rezultat w niestandardowy sposób. Np. zamiast kupowania markowego (lecz kiepskiej jakości) piórnika ze znaną postacią z kreskówki – przerobić tańszy, dobrej jakości piórnik, ozdabiając go trwałymi markerami do materiału. Rozwija to kreatywność i umiejętność radzenia sobie z nietypowych sytuacjach. Chroni to także  dzieci przed korupcyjnym wpływem nieustającej gratyfikacji. Uczą się cnót cierpliwości i zdrowej ambicji. Wyrastają na osoby samodzielne, przedsiębiorcze, kreatywne.
  7. Dzięki przebywaniu z braćmi i siostrami poznają ważne różnice między płciami. Chłopcy zaczynają rozumieć i doceniać kobiecość w siostrach, dziewczynki poznają cechy charakterystyczne dla męskich zachowań. Dzięki temu dzieci z rodzin wielodzietnych są lepiej niż np. jedynacy przygotowani do małżeństwa. Nie zapewnia tego szkoła ani grupy zainteresowań, gdzie chłopcy i dziewczęta z reguły trzymają się oddzielnie aż do wieku "tworzenia par", a w wieku "chodzenia ze sobą" trudno mówić o autentycznym poznawaniu się nawzajem – raczej o sztuce tworzenia jak najlepszego wrażenia.
  8. Jedną z tajemnic dużych rodzin jest uderzające zróżnicowanie temperamentów, talentów i zainteresowań dzieci. Radząc sobie z tym zróżnicowaniem dzieci doskonalą umiejętność dogadywania się z ludźmi. Dzielenie się sypialnią, łazienką, miejscem przy stole doskonale przygotowuje je do przyszłego małżeństwa.
  9. Starsze dzieci bawią się z młodszymi, w ten sposób nawiązując silne więzy emocjonalne. Młodsze rodzeństwo z kolei otrzymuje miłość i uczy się od wielu starszych od siebie ludzi – nie tylko rodziców. W ten sposób starsze dzieci wzrastają w dumie opiekuna, młodsze są otoczone potężną dawką miłości.
  10. Każde z dzieci idzie przez życie doświadczając wsparcia swych starszych braci i sióstr. Niezależnie od tego, co im się w życiu przydarzy, nigdy nie będą sami. Tak naprawdę największym darem, jaki mogą dzieciom dać rodzice, jest trwający całe życie dar w postaci braci i sióstr.

 

Opr. na podstawie wykładu Jamesa Stensona, autora książki „Compass, a Handbook on Parent leadership".

 

 

 


Rodzina na wagę złota – z perspektywy 50-latki

 

Gdy widzę dużą rodzinę idącą ulicą, czuję wzruszenie i smutek. I ukłucie zazdrości. Miałam jednego syna, który zginął w wypadku. Miałam jednego brata, który zerwał kontakty z całą rodziną. Jestem za stara, by urodzić kolejne dziecko (próbowałam zajść w ciążę, ale nic z tego), a ponieważ mam pierwszą grupę inwalidzką, nie dostanę dziecka do adopcji. Pracuję na półtora etatu, wieczorami wychodzimy z mężem – to do restauracji, to do kina, to do teatru. Gdy musi dokądś wyjechać, oglądam telewizję. To okropne życie. Ludzie nam zazdroszczą – pieniędzy, domu, samochodów, a jednak oddałabym to wszystko za prawdziwą rodzinę.

Ela

 

Gdy byłam młodsza, często słyszałam docinki. Ludzie kpili z kolejnej ciąży, koleżanki współczuły, że marnuję sobie życie wciąż siedząc w domu z dziećmi. Chyba najwięcej cięgów zgarniał jednak mój mąż, spotykając się z całą gamą docinków – od nazywania bykiem rozpłodowym do podejrzeń o zmuszanie mnie do seksu... Najwięcej niepokoju budziły jednak całkiem wydawałoby się rozsądne głosy przestrzegające mnie, że gdy dzieci dorosną i odejdą z domu, stracę poczucie sensu życia. Skoro całe lata żyłam tylko dla nich, pustka domu mnie wykończy – syndrom opuszczonego gniazda nazywa się to. A tu niespodzianka. Najmłodsze dziecko chodzi jeszcze do podstawówki, a już doczekaliśmy się wnuków! Nasz dom znów napełnia dziecięcy szczebiot. Opuszczone gniazdo? To chyba dla jedynaków. Dzisiaj mamy siedmioro dzieci i troje wnucząt.

Basia

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki