Logo Przewdonik Katolicki

Polskie kino - w kolejce po sukces

Weronika Stachura
Fot.

Wielkie nadzieje, jakie wiązaliśmy z nominowanym do Oscara krótkometrażowym filmem dokumentalnym Królik po berlińsku w reżyserii Bartka Konopki, spełzły na niczym. Wyszło jak zawsze.

 

Wielkie nadzieje, jakie wiązaliśmy z nominowanym do Oscara krótkometrażowym filmem dokumentalnym „Królik po berlińsku” w reżyserii Bartka Konopki, spełzły na niczym. Wyszło jak zawsze.

 

 

Jak zwykle musieliśmy się więc obejść smakiem, a szkoda, bo dawno nie mieliśmy tak dobrego roku w naszej rodzimej kinematografii. Bez wątpienia już od dłuższego czasu nie ma powodów do narzekania. W polskim kinie dzieje się ostatnio nad wyraz dobrze. Pozytywnej passie przysłużyły się ostatnie, wysoko cenione przez krytykę, entuzjastycznie przyjęte przez publiczność filmy takie, jak: „Dom zły” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, „Królik po berlińsku” Bartosza Konopki czy „Rewers” Borysa Lankosza. Wydaje się zatem, że po chudych latach, podczas których w historię oscarowej gali wpisało się zaledwie kilku twórców znad Wisły, wreszcie bez balastu zbędnych kompleksów możemy konkurować zarówno na europejskiej, jak i międzynarodowej arenie. Zakończone niedawno festiwale filmowe: Berlinale, Złote Orły czy budzące największe emocje Oscary nie obwieściły jednak triumfu polskiego kina. Co sprawia, że dobre polskie produkcje wciąż czekają w kolejce na podój światowej kinematografii?

 

Oscar za…

Zanim udzieli się odpowiedzi na to pytanie, może warto najpierw przyjrzeć się kondycji polskiej kinematografii. Zwykło się uważać, że to rozdane niedawno Oscary, będące najważniejszą nagrodą filmową, precyzyjnie wskazują, co w kinematografii faktycznie piszczy. Tegoroczna, 82. gala oscarowa wywołała nie lada sensację i to w kilku kategoriach. Dość wspomnieć, że faworyzowany „Avatar” Jamesa Camerona zdobył zaledwie trzy statuetki, w tym za efekty specjalne, przegrywając z  historią o amerykańskich saperach walczących w Iraku – „The Hurt Cocker” – „W pułapce wojny” w reżyserii Kathryn Biegelow nagrodzonej aż sześcioma Oscarami. Na marginesie dodajmy, że film ten w Polsce można obejrzeć jedynie na DVD. O tym, jak gusta widowni różnią się od wyborów dokonanych przez członków amerykańskiej akademii, można przekonać się, czytając wypowiedzi na forach internetowych, wśród których znalazło się dobitne podsumowanie tegorocznej gali: „to przykład, że Oscar już przestał być wyznacznikiem tego, co topowe”. Lamentów nad przegranym „Avatarem” nie podzielało grono krytyków, uznając jego porażkę za właściwą decyzję akademii i argumentując, że i w przeszłości nie nagradzano filmów tylko i wyłącznie za osiągnięcia techniczne. Pominięcie „Avatara” przy nagrodzie za najlepszy film dowodzi, że wciąż w cenie jest temat opowiadanej historii, a nie sama technika. Inaczej jednak już było w przypadku nagrodzonego w kategorii obraz nieanglojęzyczny. Statuetka, ku zdumieniu wielu, przypadła nieznanej szerszej widowni, argentyńskiej produkcji „El secreto de sus ojos”, a nie jak przewidywano - austriackiej „Białej wstążce” Michaela Hanekego, wyróżnionej wcześniej Złotym Globem i Złotą Palmą w Cannes. Być może to mało pocieszające, ale ostatni obraz reżysera „Pianistki” czy „Ukryte” został niedoceniony na oscarowej gali z tych samych powodów, co nasza rodzima produkcja „Królik po berlińsku”.

 

Mocne czy słabe strony?

Atutów dokumentu o królikach żyjących pomiędzy dwiema liniami muru berlińskiego można wymieniać bez końca. Opowieść ta, nagrodzona już wcześniej m.in. na festiwalu Hotdoc w Toronto, tylko na pierwszy rzut oka jest jedynie filmem przyrodniczym. Niczym w palimpseście, dzięki prowadzonej zza kadru niezwykle głębokiej w swoim przesłaniu, a zarazem nie wolnej od ironicznego humoru narracji autorstwa Michała Ogórka, śledzimy codzienne życie nie tyle samych zwierząt, ile ludzi - mieszkańców Berlina Wschodniego i całej NRD, uwikłanych w dramatyczną historię Europy, nieobcej przecież, wydawać by się mogło, Amerykanom, o czym przypomniał 26 czerwca 1963 r. John F. Kennedy, wypowiadając sławne dziś słowa: „Jestem Berlińczykiem”. Metaforyczna narracja „Królika po berlińsku” obróciła się jednak przeciwko niemu samemu. Oto ta refleksyjna opowieść zdaje się wykraczać poza krąg zainteresowań amerykańskiej akademii. Prawidłowe odczytanie dokumentu Bartosza Konopki wymaga głębszej wiedzy, zaś losy tej części Europy okresu przemian zdają się być obojętne Amerykanom. Podobny los podzieliły pozostałe wyśmienite obrazy: „Rewers” Borysa Lankosza czy „Dom zły” Wojciecha Smarzowskiego. Obsadzone na zasadzie kontrastu: aktorów starszego i młodego pokolenia, jak np. w „Rewersie” Anna Polony i Agata Buzek, stanowią dodatkową wyśmienitą ucztę dla oczu i ucha za sprawą ścieżki dźwiękowej, zgromadziły niemalże 400-tys. widownię. Bez obawy mogą więc konkurować z hollywoodzkimi produkcjami. Sukces ich zamyka się jednak w granicach Polski. Jednym z najczęściej powtarzanych zarzutów, np. wobec „Domu…” jest, pomimo wspaniałej reżyserii i scenariusza kwestia zbyt głębokiego osadzenia w rodzimych realiach. Nagromadzone informacje, zwłaszcza w dialogach,  zrozumiałe są tylko dla polskiej widowni. Międzynarodowa publiczność nie ma bowiem tak dokładnej wiedzy na temat naszego kraju i jego historii. Mimo wszystko trzeba podkreślić, że mamy bogate zaplecze w postaci wyśmienitych obrazów mogących podbić kina w całej Europie. Nie musimy więc już chować się za wyimaginowanymi kompleksami, przynajmniej jeśli chodzi o kino...

 

Bez promocji

Filmy wyróżnione przez kapituły polskich festiwali filmowych, o zgrozo, w ogóle nie znalazły się w żadnej z sekcji festiwalu Berlinale. Odpowiedzialność za taki obrót rzeczy ponosi brak nie tyle wyraźniej, ile jakiejkolwiek polityki promocyjnej. A szkoda, bo ubolewają nad tym nawet sami organizatorzy. W tym roku mieliśmy ku temu doskonałą okazję na festiwalu w Berlinie, jako shooting star – wschodząca gwiazda obecna była Agata Buzek, co przy odrobinie chęci z polskiej strony doskonale korespondowałoby z wyświetlonym podczas imprezy „Rewersem”, w którym gra przecież główną rolę. Tak się jednak nie stało. Zdajemy się godzić na nieustanne czekanie w kolejce po światowy sukces, zamiast sami wziąć sprawy w swoje ręce, jak zrobiły to pozostałe kraje europejskie. O to, by dana produkcja pojawiła się podczas festiwali, dbają instytuty filmowe. Kolejnym kardynalnym błędem ze strony polskiej kinematografii jest brak zainteresowania międzynarodową współpracą, która, jak pokazuje przykład kina pozostałych wschodnioeuropejskich krajów, stanowi furtkę dla widowni zachodniej Europy, a tym samym gwarantuje sukces. Nie tylko lokalny.

 

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki