Trzeba dążyć do ideału

Największy wpływ na moją sportową drogę miał mój tata, który zabierał mnie ze sobą i pokazywał świat sportu mówi Szymon Kołecki, sztangista, zdobywca medali olimpijskich, mąż i ojciec
Czyta się kilka minut

 

Największy wpływ na moją sportową drogę miał mój tata, który zabierał mnie ze sobą i pokazywał świat sportu – mówi Szymon Kołecki, sztangista, zdobywca medali olimpijskich, mąż i ojciec

Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem?

- W naszej „popegeerowskiej” wiosce sekcja sportowa była jedynym oknem na świat. Nic się tam nie działo poza sportem. W czasach przemian politycznych po 1989 r. sekcja się niestety rozpadała. Przyjechał do nas w tamtym czasie Zbyszek Podgruszecki, zawodnik klubu Tarnowskie Góry i Odopola, który zaczął sam ćwiczyć i raczej nie myślał o zakładaniu sekcji. Miałem wtedy 10 lat. Razem z innymi moimi rówieśnikami poprosiliśmy go o możliwość ćwiczenia w jego siłowni. Zaskoczeniem dla Zbyszka było to, że pokazałem mu, w tak młodym wieku, swoje umiejętności rwania sztangi.

Największy wpływ na moją sportową drogę miał mój tata, który zwyczajnie zabierał mnie ze sobą i pokazywał świat sportu. Potem pojawili się ci, którzy pokazali mi drogę do sukcesu, a wśród nich przede wszystkim mój trener. Właściwie to mój tato, a potem trener, stali się moimi najważniejszymi autorytetami, zresztą nie tylko w sporcie.

Czy podobnym przewodnikiem jest Pan teraz dla swoich własnych dzieci?

- Mam syna, który ma 8 lat, jednak nie mogę mu dać tego, co bym naprawdę chciał, ponieważ wciąż jestem na zgrupowaniach i wyjazdach. Chciałbym dzieci wychować w sporcie. Ale nie o sport tylko tutaj chodzi, ale w ogóle o wychowanie przez sport. Uważam, że wychowanie powinno iść w kierunku wartości. Sport jest świetną okazją do tego, żeby kształtować wartości w człowieku. Najbardziej cieszy mnie fakt, że mój syn przybiega do mnie i budzi mnie, abyśmy poszli razem na trening.

Na pewno wielu młodych ludzi Pana podziwia, ale niewielu chce wprost naśladować, ponieważ wymagania takiego życia są ogromne. Jak opisałby Pan uczucie, które skłania do tego, by tak się zmagać?

- Wielokrotnie słyszałem już to pytanie i sprawia mi zawsze pewną trudność odpowiedzieć na nie w sposób precyzyjny. Nie mam jednak problemu z motywacją, która mi towarzyszy. Zawsze byłem przekonany o tym, że będę sportowcem. Kiedy miałem 14 lat, mój trener powiedział, że mogę przygotowywać się do igrzysk w Sydney. Nie miałem wątpliwości, że decyzja pozostawienia domu na czas treningów musi być uzgodniona z rodzicami, ale zaraz potem bardzo szybko pożegnałem się z moimi znajomymi w szkole. Byłem pewny, że to jest moja droga.

Czy w codziennym zmaganiu o lepsze wyniki jest jakieś piękno? Czy to piękno odczuwa Pan dopiero, gdy medal jest już na piersi?

- Nie tylko o medale tu chodzi. To nie miałoby sensu. To tak jak z dietą. Ona musi przynosić efekty, żeby było zadowolenie, ale ważne jest też to, że sama dieta jest jakąś przyjemnością. Nie można cieszyć się samymi wynikami. Tak samo jest ze sportem. Mnie cieszy każdy trening. Pewnie podobnie jest też z wiarą. Samo usilne dążenie do celu jest też drogą piękna. Zawody to jedynie wisienka na torcie, swego rodzaju święto treningu. Piękno jest w każdym treningu. To tak, jakby wkraczać w zupełnie inny świat.

Powtarza Pan często, że sport to wychowanie do wartości.

- Sport uczy uczciwości, ciężkiej pracy. Nie ma drogi na skróty. Daje zadowolenie z owoców ciężkiej pracy. Wyrabia charakter i postawę fair play. Może pomijam teraz niektóre wartości, które są ważne, ale sport wpływa w istotny sposób na ich kształtowanie, na wolę przekraczania siebie.

Jesteśmy przyzwyczajeni do mówienia raczej o związkach sportu z biznesem niż z wartościami.

- Wartości sportowe same w sobie nie maja związku z biznesem. Ale faktycznie świat sportu jest bardzo uzależniony od pieniędzy. Uważam, że dziecko nie rozpoznaje na początku tych zależności, nie widzi zła, które przychodzi jakoś później, kiedy wkracza się w świat zależności finansowych. Dzieci mogą się więc rozwijać niezależnie od tego, mają chłonny umysł. Nie wolno jednak na siłę robić z każdego dziecka zawodnika. Nie jest ważne, aby moje dzieci były kiedyś zawodnikami sportowymi, ale aby wzrastały w sporcie i wartościach, które on kształtuje.

Niektórzy twierdza, że nie ma wielkich ideałów, są tylko ludzie, dla których chcemy coś czynić. Czy sport jest dla Pana dążeniem do jakiegoś ideału czy raczej radością, że konkretni ludzie wokół Pana są z Pana dumni?

- Jestem raczej idealistą. Ludzie pytają mnie często o moich idoli, a ja takich nie mam. Trzeba dążyć do ideału, a nie do jakiegoś wzorca ukształtowanego przez konkretna osobę. Cieszy mnie trening i ciężka praca, ponieważ w ten sposób przekraczam bariery, które często stawiają sobie tylko ludzie.

A medale?

- Medal jest dla mnie symbolem nic nieznaczącym. Porażki i zwycięstwa są we mnie, w mojej głowie.

Czy pasuje więc tutaj słowo „poświęcenie”? Czy całkowicie poświęcił się Pan ideałom sportowym?

- Nie, tu nie ma poświęcenia. Może bardziej jest to poświęcenie związane z życiem rodzinnym. Lubię cały proces treningów, odpoczynek i rehabilitację. Jednak tęsknię za najbliższymi. Codziennie do nich dzwonię, zabieram też dzieci na zgrupowania, jak tylko jest to możliwe. Trzeba by o to też zapytać moją rodzinę. Jestem ojcem kochającym, ale również wymagającym.

W trwającym właśnie Wielkim Poście często wracamy do słów Jezusa: „Kto się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż”. Czy przekraczanie siebie to także sprawa wiary? Czy porażki rodzą wątpliwości w wierze?

- Nie wiem, czy jest to sprawa wiary czy wychowania, ale nigdy nie winiłem Boga za to, co mnie spotykało w życiu. Nic, żadna porażka nie jest w stanie mnie podłamać. Nie wiem, jak zachowałbym się, gdyby coś złego przytrafiło się mojej rodzinie. Sport jest ważny, ale gdyby coś złego wydarzyło się w sporcie, na pewno nie byłoby to najważniejsze w moim życiu. Nie wylewałbym łez.

Czy są sytuacje, w których ktoś śmieje się z Pańskich wyborów, decyzji, które odzwierciedlają przekonania religijne?

- Nikt się ze mnie nie śmieje. Staram się dawać dobry przykład. Kiedy czasem rozmawiamy o trudnych sprawach, często okazuje się, że miałem rację trwając przy swoim. Ale też nie było chyba sytuacji, w których musiałem wybierać inaczej niż inni. Doping, na przykład, to bardziej sprawa uczciwości niż wiary.

Właśnie, słowo „uczciwość” należy chyba dziś do bardzo ważnych w sporcie?

- W sporcie jest wielu ludzi porządnych. Ja uczyłem się szczególnie od mojego trenera, który był moim trzecim rodzicem. Był uczciwym człowiekiem i oprócz treningów po prostu ze mną rozmawiał. Wszystko tłumaczył wiarą. Był moim nauczycielem i obrazem wszystkiego, co dobre. Był wymagający, ale też wyrozumiały. Zauważyłem, że wielu ludzi w sporcie postępują podobnie.

Ja też lubię rozmawiać z młodymi ludźmi. Wiem, że mam łatwość mówienia o tym, co osiągam, ale nie uważam się za autorytet, ponieważ nie musiałem zmagać się z wieloma problemami. Nie wiem jak uczyć innych takiego życia, ale wydaje mi się, że wielu ludzi wyolbrzymia swoje problemy. Czasem to, co uważają za problem, nie jest żadnym problemem. Ale to też znaczy, że pewnie nie mają większych zmartwień.

Bóg to Ktoś wymagający czy raczej wyrozumiały? Jakiego Boga chciałby Pan widzieć np. na katechezie czy w kazaniach?

- Nie umiem powiedzieć jednoznacznie. Trzeba rozumieć, że ludzie są słabi. Należy też pokazywać, jak te trudności pokonywać. Bóg rozumie człowieka, ale też chce człowiekowi pokazać sposób, jak trudności pokonywać. Księża powinni pomagać innym, rozumieć ich, ale też pokazywać, jak rozwiązać problemy.

A więc w Kościele odnajduje Pan drogę środka, drogę dobrego wychowania?

- Tu muszę się chyba odwołać do bardzo osobistych odczuć zwianych z Kościołem. Nie jestem zwolennikiem Kościoła w formie, w jakiej go znamy. Może zbyt łatwo przychodzi mi się mądrować, może powinienem bardziej rozumieć realia. Nie zgłębiłem spraw Kościoła tak bardzo, aby móc wydawać ostateczne sądy. Mam jednak wrażenie, że Kościół za bardzo skupia się na sprawach finansowych, a nie zawsze pieniądze są dobrze wykorzystywane. W niektórych parafiach istnieją stawki finansowe i to czasem nawet wygórowane. W kwestii politycznej: z jednej strony wiem, że między innymi dzięki Janowi Pawłowi II stanęliśmy po dobrej stronie w sprawach politycznych; z drugiej strony nie podoba mi się zaangażowanie niektórych księży, szczególnie przed wyborami politycznymi. Nie zmienia to jednak faktu, że rozumiem, iż Kościół powinien pokazywać jasne kryteria, którymi człowiek ma się kierować w dokonywaniu wyborów.

Wiem na pewno, że jest też wielu naprawdę wspaniałych księży. Jednym z nich jest proboszcz z mojej parafii.

Czy to znaczy, że bez Kościoła byłoby łatwiej wierzyć?

- Bez Kościoła, wiary, Dekalogu świat by się zgubił. Jeżeli mówię o niedoskonałościach to dlatego, że każdy człowiek jest słaby, także ksiądz czy biskup. Wydaje mi się, że podobnie jak w wojsku i sporcie, na wyższych szczeblach pojawia się „polityka”. Może tu trochę narzekam, ale staram się zwyczajnie opowiadać o swoich wrażeniach. Mam zresztą przyjaciela-księdza, z którym często rozmawiam o Kościele i o wierze, więc temat nie jest mi obcy.

Czego wiec najbardziej brakuje Panu w Kościele?

- Bezinteresowności.

Czy to sprawa poczucia podmiotowości w Kościele?

- Znowu musimy rozgraniczyć. Ludzie różnie nas traktują; jedni jak przedmiot, inni jak podmiot. Ja sam bywam różnie traktowany. Przedmiotem jestem wtedy, gdy – pozostając na kościelnym gruncie – księża potrzebują mnie np. do jakichś własnych celów. Innym razem takie odczucie przedmiotowego traktowania miałem, gdy zdarzało się, że moje nazwisko było wyczytane publicznie, ponieważ dziecko nie spełniło jakiegoś obowiązku. Wszystko dlatego, że razem z rodziną musieliśmy przebywać czasowo poza parafią. Takie arbitralne działania rodzą negatywne odczucia. Prawdę mówiąc to także w Związku Sportowym jestem czasem postrzegany jak przedmiot, narzędzie do zdobywania pieniędzy i sławy dla klubu. Zastrzegam jednak, że nie przemawiam tu jako ekspert od Kościoła, to są jedynie moje wrażenia. Wciąż podkreślam, że znam wielu wspaniałych księży, którzy traktują mnie tak, jak chciałbym być traktowany - podmiotowo.

 

Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem?

- W naszej ?popegeerowskiej? wiosce sekcja sportowa była jedynym oknem na świat. Nic się tam nie działo poza sportem. W czasach przemian politycznych po 1989 r. sekcja się niestety rozpadała. Przyjechał do nas w tamtym czasie Zbyszek Podgruszecki, zawodnik klubu Tarnowskie Góry i Odopola, który zaczął sam ćwiczyć i raczej nie myślał o zakładaniu sekcji. Miałem wtedy 10 lat. Razem z innymi moimi rówieśnikami poprosiliśmy go o możliwość ćwiczenia w jego siłowni. Zaskoczeniem dla Zbyszka było to, że pokazałem mu, w tak młodym wieku, swoje umiejętności rwania sztangi.

Największy wpływ na moją sportową drogę miał mój tata, który zwyczajnie zabierał mnie ze sobą i pokazywał świat sportu. Potem pojawili się ci, którzy pokazali mi drogę do sukcesu, a wśród nich przede wszystkim mój trener. Właściwie to mój tato, a potem trener, stali się moimi najważniejszymi autorytetami, zresztą nie tylko w sporcie.

 

Największy wpływ na moją sportową drogę miał mój tata, który zabierał mnie ze sobą i pokazywał świat sportu ? mówi Szymon Kołecki, sztangista, zdobywca medali olimpijskich, mąż i ojciec
 

Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem?

- W naszej ?popegeerowskiej? wiosce sekcja sportowa była jedynym oknem na świat. Nic się tam nie działo poza sportem. W czasach przemian politycznych po 1989 r. sekcja się niestety rozpadała. Przyjechał do nas w tamtym czasie Zbyszek Podgruszecki, zawodnik klubu Tarnowskie Góry i Odopola, który zaczął sam ćwiczyć i raczej nie myślał o zakładaniu sekcji. Miałem wtedy 10 lat. Razem z innymi moimi rówieśnikami poprosiliśmy go o możliwość ćwiczenia w jego siłowni. Zaskoczeniem dla Zbyszka było to, że pokazałem mu, w tak młodym wieku, swoje umiejętności rwania sztangi.

Największy wpływ na moją sportową drogę miał mój tata, który zwyczajnie zabierał mnie ze sobą i pokazywał świat sportu. Potem pojawili się ci, którzy pokazali mi drogę do sukcesu, a wśród nich przede wszystkim mój trener. Właściwie to mój tato, a potem trener, stali się moimi najważniejszymi autorytetami, zresztą nie tylko w sporcie.

 

Czy podobnym przewodnikiem jest Pan teraz dla swoich własnych dzieci?

- Mam syna, który ma 8 lat, jednak nie mogę mu dać tego, co bym naprawdę chciał, ponieważ wciąż jestem na zgrupowaniach i wyjazdach. Chciałbym dzieci wychować w sporcie. Ale nie o sport tylko tutaj chodzi, ale w ogóle o wychowanie przez sport. Uważam, że wychowanie powinno iść w kierunku wartości. Sport jest świetną okazją do tego, żeby kształtować wartości w człowieku. Najbardziej cieszy mnie fakt, że mój syn przybiega do mnie i budzi mnie, abyśmy poszli razem na trening.

 

Na pewno wielu młodych ludzi Pana podziwia, ale niewielu chce wprost naśladować, ponieważ wymagania takiego życia są ogromne. Jak opisałby Pan uczucie, które skłania do tego, by tak się zmagać?

- Wielokrotnie słyszałem już to pytanie i sprawia mi zawsze pewną trudność odpowiedzieć na nie w sposób precyzyjny. Nie mam jednak problemu z motywacją, która mi towarzyszy. Zawsze byłem przekonany o tym, że będę sportowcem. Kiedy miałem 14 lat, mój trener powiedział, że mogę przygotowywać się do igrzysk w Sydney. Nie miałem wątpliwości, że decyzja pozostawienia domu na czas treningów musi być uzgodniona z rodzicami, ale zaraz potem bardzo szybko pożegnałem się z moimi znajomymi w szkole. Byłem pewny, że to jest moja droga.

 

Czy w codziennym zmaganiu o lepsze wyniki jest jakieś piękno? Czy to piękno odczuwa Pan dopiero, gdy medal jest już na piersi?

- Nie tylko o medale tu chodzi. To nie miałoby sensu. To tak jak z dietą. Ona musi przynosić efekty, żeby było zadowolenie, ale ważne jest też to, że sama dieta jest jakąś przyjemnością. Nie można cieszyć się samymi wynikami. Tak samo jest ze sportem. Mnie cieszy każdy trening. Pewnie podobnie jest też z wiarą. Samo usilne dążenie do celu jest też drogą piękna. Zawody to jedynie wisienka na torcie, swego rodzaju święto treningu. Piękno jest w każdym treningu. To tak, jakby wkraczać w zupełnie inny świat.

 

Powtarza Pan często, że sport to wychowanie do wartości.

- Sport uczy uczciwości, ciężkiej pracy. Nie ma drogi na skróty. Daje zadowolenie z owoców ciężkiej pracy. Wyrabia charakter i postawę fair play. Może pomijam teraz niektóre wartości, które są ważne, ale sport wpływa w istotny sposób na ich kształtowanie, na wolę przekraczania siebie.

 

Jesteśmy przyzwyczajeni do mówienia raczej o związkach sportu z biznesem niż z wartościami.

- Wartości sportowe same w sobie nie maja związku z biznesem. Ale faktycznie świat sportu jest bardzo uzależniony od pieniędzy. Uważam, że dziecko nie rozpoznaje na początku tych zależności, nie widzi zła, które przychodzi jakoś później, kiedy wkracza się w świat zależności finansowych. Dzieci mogą się więc rozwijać niezależnie od tego, mają chłonny umysł. Nie wolno jednak na siłę robić z każdego dziecka zawodnika. Nie jest ważne, aby moje dzieci były kiedyś zawodnikami sportowymi, ale aby wzrastały w sporcie i wartościach, które on kształtuje.

 

Niektórzy twierdza, że nie ma wielkich ideałów, są tylko ludzie, dla których chcemy coś czynić. Czy sport jest dla Pana dążeniem do jakiegoś ideału czy raczej radością, że konkretni ludzie wokół Pana są z Pana dumni?

- Jestem raczej idealistą. Ludzie pytają mnie często o moich idoli, a ja takich nie mam. Trzeba dążyć do ideału, a nie do jakiegoś wzorca ukształtowanego przez konkretna osobę. Cieszy mnie trening i ciężka praca, ponieważ w ten sposób przekraczam bariery, które często stawiają sobie tylko ludzie.

 

A medale?

- Medal jest dla mnie symbolem nic nieznaczącym. Porażki i zwycięstwa są we mnie, w mojej głowie.

 

Czy pasuje więc tutaj słowo ?poświęcenie?? Czy całkowicie poświęcił się Pan ideałom sportowym?

- Nie, tu nie ma poświęcenia. Może bardziej jest to poświęcenie związane z życiem rodzinnym. Lubię cały proces treningów, odpoczynek i rehabilitację. Jednak tęsknię za najbliższymi. Codziennie do nich dzwonię, zabieram też dzieci na zgrupowania, jak tylko jest to możliwe. Trzeba by o to też zapytać moją rodzinę. Jestem ojcem kochającym, ale również wymagającym.

 

W trwającym właśnie Wielkim Poście często wracamy do słów Jezusa: ?Kto się zaprze samego siebie, niech weźmie swój krzyż?. Czy przekraczanie siebie to także sprawa wiary? Czy porażki rodzą wątpliwości w wierze?

- Nie wiem, czy jest to sprawa wiary czy wychowania, ale nigdy nie winiłem Boga za to, co mnie spotykało w życiu. Nic, żadna porażka nie jest w stanie mnie podłamać. Nie wiem, jak zachowałbym się, gdyby coś złego przytrafiło się mojej rodzinie. Sport jest ważny, ale gdyby coś złego wydarzyło się w sporcie, na pewno nie byłoby to najważniejsze w moim życiu. Nie wylewałbym łez.

 

Czy są sytuacje, w których ktoś śmieje się z Pańskich wyborów, decyzji, które odzwierciedlają przekonania religijne?

- Nikt się ze mnie nie śmieje. Staram się dawać dobry przykład. Kiedy czasem rozmawiamy o trudnych sprawach, często okazuje się, że miałem rację trwając przy swoim. Ale też nie było chyba sytuacji, w których musiałem wybierać inaczej niż inni. Doping, na przykład, to bardziej sprawa uczciwości niż wiary.

 

Właśnie, słowo ?uczciwość? należy chyba dziś do bardzo ważnych w sporcie?

- W sporcie jest wielu ludzi porządnych. Ja uczyłem się szczególnie od mojego trenera, który był moim trzecim rodzicem. Był uczciwym człowiekiem i oprócz treningów po prostu ze mną rozmawiał. Wszystko tłumaczył wiarą. Był moim nauczycielem i obrazem wszystkiego, co dobre. Był wymagający, ale też wyrozumiały. Zauważyłem, że wielu ludzi w sporcie postępują podobnie.

Ja też lubię rozmawiać z młodymi ludźmi. Wiem, że mam łatwość mówienia o tym, co osiągam, ale nie uważam się za autorytet, ponieważ nie musiałem zmagać się z wieloma problemami. Nie wiem jak uczyć innych takiego życia, ale wydaje mi się, że wielu ludzi wyolbrzymia swoje problemy. Czasem to, co uważają za problem, nie jest żadnym problemem. Ale to też znaczy, że pewnie nie mają większych zmartwień.

 

Bóg to Ktoś wymagający czy raczej wyrozumiały? Jakiego Boga chciałby Pan widzieć np. na katechezie czy w kazaniach?

- Nie umiem powiedzieć jednoznacznie. Trzeba rozumieć, że ludzie są słabi. Należy też pokazywać, jak te trudności pokonywać. Bóg rozumie człowieka, ale też chce człowiekowi pokazać sposób, jak trudności pokonywać. Księża powinni pomagać innym, rozumieć ich, ale też pokazywać, jak rozwiązać problemy.

 

A więc w Kościele odnajduje Pan drogę środka, drogę dobrego wychowania?

- Tu muszę się chyba odwołać do bardzo osobistych odczuć zwianych z Kościołem. Nie jestem zwolennikiem Kościoła w formie, w jakiej go znamy. Może  zbyt łatwo przychodzi mi się mądrować, może powinienem bardziej rozumieć realia. Nie zgłębiłem spraw Kościoła tak bardzo, aby móc wydawać ostateczne sądy. Mam jednak wrażenie, że Kościół za bardzo skupia się na sprawach finansowych, a nie zawsze pieniądze są dobrze wykorzystywane. W niektórych parafiach istnieją stawki finansowe i to czasem nawet wygórowane. W kwestii politycznej: z jednej strony wiem, że między innymi dzięki Janowi Pawłowi II stanęliśmy po dobrej stronie w sprawach politycznych; z drugiej strony nie podoba mi się zaangażowanie niektórych księży, szczególnie przed wyborami politycznymi. Nie zmienia to jednak faktu, że rozumiem, iż Kościół powinien pokazywać jasne kryteria, którymi człowiek ma się kierować w dokonywaniu wyborów.

Wiem na pewno, że jest też wielu naprawdę wspaniałych księży. Jednym z nich jest proboszcz z mojej parafii.

 

Czy to znaczy, że bez Kościoła byłoby łatwiej wierzyć?

- Bez Kościoła, wiary, Dekalogu świat by się zgubił. Jeżeli mówię o niedoskonałościach to dlatego, że każdy człowiek jest słaby, także ksiądz czy biskup. Wydaje mi się, że podobnie jak w wojsku i sporcie, na wyższych szczeblach pojawia się ?polityka?. Może tu trochę narzekam, ale staram się zwyczajnie opowiadać o swoich wrażeniach. Mam zresztą przyjaciela-księdza, z którym często rozmawiam o Kościele i o wierze, więc temat nie jest mi obcy.

 

Czego wiec najbardziej brakuje Panu w Kościele?

- Bezinteresowności.

 

Czy to sprawa poczucia podmiotowości w Kościele?

- Znowu musimy rozgraniczyć. Ludzie różnie nas traktują; jedni jak przedmiot, inni jak podmiot. Ja sam bywam różnie traktowany. Przedmiotem jestem wtedy, gdy ? pozostając na kościelnym gruncie ? księża potrzebują mnie np. do jakichś własnych celów. Innym razem takie odczucie przedmiotowego traktowania miałem, gdy zdarzało się, że moje nazwisko było wyczytane publicznie, ponieważ dziecko nie spełniło jakiegoś obowiązku. Wszystko dlatego, że razem z rodziną musieliśmy przebywać czasowo poza parafią. Takie arbitralne działania rodzą negatywne odczucia. Prawdę mówiąc to także w Związku Sportowym jestem czasem postrzegany jak przedmiot, narzędzie do zdobywania pieniędzy i sławy dla klubu. Zastrzegam jednak, że nie przemawiam tu jako ekspert od Kościoła, to są jedynie moje wrażenia. Wciąż podkreślam, że znam wielu wspaniałych księży, którzy traktują mnie tak, jak chciałbym być traktowany - podmiotowo.

 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 11/2010