Logo Przewdonik Katolicki

O wolności bez "Solidarności"

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

To nie jest ta «Solidarność», która była patriotyczna ibudująca. To jest «Solidarność» oligarchów, którzy nie zastanawiają się nad krajem, tylko nad swoimi kieszeniami powiedział niedawno Lech Wałęsa. Szkopuł wtym, że były prezydent sam walnie przyczynił się do podkopania wizerunku Związku, którego...

„To nie jest ta «Solidarność», która była patriotyczna i budująca. To jest «Solidarność» oligarchów, którzy nie zastanawiają się nad krajem, tylko nad swoimi kieszeniami” – powiedział niedawno Lech Wałęsa. Szkopuł w tym, że były prezydent sam walnie przyczynił się do podkopania wizerunku Związku, którego był kiedyś akuszerem i wieloletnim przewodniczącym.



O „Solidarności” zwykło się najczęściej pisać przy okazji świętowania kolejnych niepodległościowych rocznic. Obecny Związek jest zaś coraz częściej postrzegany jako historyczna skamielina, której należałoby już raczej szukać odpowiednio godnego miejsca w panteonie naszych narodowych imponderabiliów.

Tymczasem od niedawna „Solidarność” znów gości na czołówkach medialnych doniesień. I to bynajmniej wcale nie ze względu na „akademie ku czci”, a z racji wydarzeń związanych z aktualną sytuacją społeczną w naszym kraju. Dość nieoczekiwanie bowiem Związek stał się mimowolną – lub jak uważają niektórzy świadomą – częścią  brutalnej wojny na wyniszczenie, jaką od dłuższego czasu toczą między sobą dwa najważniejsze ugrupowania polityczne w naszym kraju. Ale to akurat w jego przypadku nie pierwszyzna.



Wojna na górze


Gen niezgody wpisany jest w „Solidarność” właściwie od początku jej istnienia. I choć na takie zdanie oburzać się będą przeciwnicy szargania narodowych świętości, to jednak dalsze losy Związku zdają się potwierdzać tę diagnozę. Bo ów niezwykły, spontaniczny wielomilionowy ruch obywatelski, właśnie ze względu na swoją  masowość musiał siłą rzeczy składać się z ludzi o różnych życiorysach, poglądach i charakterach. Te podziały z całą mocą ujawniły się podczas pierwszego zjazdu „Solidarności” w gdańskiej Hali Oliwii w 1981 roku. To właśnie wtedy grupa działaczy skupionych wokół Lecha Wałęsy „wycięła w pień” podczas głosowań Andrzeja Gwiazdę i jego zwolenników,  niezadowolonych z rosnącej pozycji w Związku tzw. społecznych doradców na czele z Bronisławem Geremkiem i Tadeuszem Mazowieckim. To była pierwsza tak poważna „kłótnia w rodzinie”.

Mimo to dla przytłaczającej większości polskiego społeczeństwa „Solidarność” była w latach 80. jedyną siłą, której gotowe było ono niemal bezgranicznie zaufać. I ta fala powszechnego społecznego entuzjazmu wyniosła „Solidarność” do władzy w 1989 roku.

Ale ów miodowy okres trwał bardzo krótko – do czasu, gdy za bary wzięli się przewodniczący Związku Lech Wałęsa i solidarnościowy premier Tadeusz Mazowiecki. Do bezpardonowego starcia obu kandydatów doszło podczas kampanii prezydenckiej w 1990 roku, która została nazwana później „wojną na górze”. Zderzenie z brutalną kampanią w amerykańskim stylu – na „haki”, pomówienia i obelgi – było szokiem dla polskiego społeczeństwa, przyzwyczajonego raczej do zgodnej ułudy w stylu Frontu Jedności Narodowej. Owoce owej wojenki poszły zaś na konto całej „Solidarności”.

Na to wszystko nałożyło się jeszcze dodatkowo rozczarowanie pierwszymi miesiącami solidarnościowych rządów. I już wtedy część społeczeństwa powiedziała „solidaruchom – nie”,   wybierając do drugiej tury wyborów prezydenckich „człowieka znikąd” w osobie Stanisława Tymińskiego, miast „siły spokoju” oferowanej przez premiera Mazowieckiego.

Potem było już tylko coraz gorzej. W 1993 roku wyborcy znudzeni nieustannymi podziałami przez pączkowanie w obozie solidarnościowym pokazali dawnym opozycjonistom czerwoną kartkę. Do władzy wrócili postkomuniści.



AWS, czyli spółdzielni czar


Upokorzony podwójną wyborczą porażką (w 1995 roku Lech Wałęsa przegrał wyścig o prezydenturę z Aleksandrem Kwaśniewskim), podzielony i rozpolitykowany ponad miarę obóz postsolidarnościowy zmuszony został jednak w końcu do zwarcia szeregów. Po to, żeby przetrwać. Powstała więc Akcja Wyborcza Solidarność, efemeryczny twór, skupiający niemal wszystkie ugrupowania polityczne wywodzące się z dawnej „Solidarności”. Nad jednością owego konglomeratu czuwać miał w roli gwaranta Niezależny Samorządny Związek Zawodowy „Solidarność”. W ten sposób legenda „Solidarności” i jej sierpniowy etos zostały po raz pierwszy w tak jawny sposób wciągnięte na polityczne barykady.

Zaczęło się obiecująco, bo od przekonującego wyborczego zwycięstwa w wyborach parlamentarnych w 1997 roku. Ale dalej była już tylko równia pochyła. Rządy AWS-u okazały się bowiem jednym wielkim pasmem afer, politycznych kłótni oraz nieudolności i arogancji rządzących. A to wszystko firmowane było znaczkiem Pani „S”.

Zawiedli zaś przede wszystkim ci, którzy mieli strzec czystości idei, dla których powstawała AWS, czyli sami związkowcy. Błyskawiczne polityczne kariery, rządowe posady, limuzyny i gabinety sprawiły, że dawni bohaterowie opozycji szybko przeistoczyli się z ludowych trybunów w rasowych politykierów. Symbolem tamtych czasów stała się osławiona „spółdzielnia”, czyli poselska grupa „samopomocy”, funkcjonująca wokół osoby ówczesnego wicepremiera  i prominentnego związkowego działacza Janusza Tomaszewskiego.

Przed całkowitą kompromitacją uratowało zaś solidarnościowy obóz jedynie wcześniejsze wyprowadzenie sztandarów bocznymi drzwiami przez część prawicowych polityków, którzy w porę odcięli się od AWS-u, dając początek dwóm dzisiejszym hegemonom naszej sceny politycznej: PO i PiS.  



Wojna na górze 2


Po przykrych doświadczeniach z AWS-em Związek skupił się na roli strażnika pilnującego praw i interesów pracowniczych w poszczególnych gałęziach gospodarki, upodabniając się tym samym do związkowych organizacji działających w innych kapitalistycznych krajach. Stał się kolejną zbiurokratyzowaną strukturą, która tamtą wielką „Solidarność” przypomina głównie z nazwy i znaku.

Ale wbrew pozorom dawny solidarnościowy etos nie zginął. On tylko przybrał nieco inną formę. Bo to właśnie dzięki odwołaniu się do idei „solidarnego” państwa udało się PiS-owi wygrać wybory parlamentarne w 2005 roku. Do podobnej retoryki sięgnęli też w ubiegłym roku z dobrym skutkiem sztabowcy PO, formułując wyborcze hasło: „By żyło się lepiej. Wszystkim”. Najwyraźniej więc tęsknota za ideami Sierpnia jest w polskim społeczeństwie cały czas żywa. Dlatego od kilku lat PiS i PO toczą ze sobą wojnę sukcesyjną, która stopniowo przybiera coraz bardziej formę otwartej kontestacji opozycyjnego dorobku przeciwnika. Wystarczy przywołać choćby pamiętne słowa wypowiedziane pod adresem polityków PO przez Jarosława Kaczyńskiego podczas ubiegłorocznego wiecu na terenie Stoczni Gdańskiej: „My jesteśmy tu, gdzie wtedy, oni tam, gdzie stało ZOMO”.

W ostatnich dniach zaś przyczynkiem do nowej solidarnościowej „wojny na górze” stały się masowe protesty w sprawie podwyżek płac. Dopóki strajkowały jedynie poszczególne grupy zawodowe, dopóty rząd zachowywał się dosyć spokojnie. Kiedy jednak obecny szef „Solidarności” Janusz Śniadek zapowiedział, że Związek będzie domagał się podwyżek wynagrodzeń dla wszystkich grup zawodowych z tzw. budżetówki, wówczas zawrzało. Lech Wałęsa, dawny szef Związku, dziś publicznie deklarujący swoje poparcie dla rządu PO-PSL, stwierdził, że w żadnym przypadku nie stanąłby na czele takiego protestu, a obecna „Solidarność” w niczym nie przypomina Związku, któremu on przewodził. Politycy Platformy zaczęli też oskarżać Związek o sprzyjanie opozycji, twierdząc, że w czasach rządów PiS „Solidarność” nie organizowała antyrządowych protestów. A stąd już tylko krok do uczynienia z niej kozła ofiarnego, na którego można przerzucić odpowiedzialność za obecne społeczne niepokoje i ich ewentualne konsekwencje.

Z kolei działacze PiS, choć z chęcią przygarnęliby Związek pod swoje opiekuńcze skrzydła, to oczywiście nie za darmo. Im marzy się „Solidarność” w roli chłopca do wynajęcia, który na skinienie palcem będzie wkładał kij w szprychy rządowego roweru, na którym jedzie ekipa Tuska.

Obie strony zamierzają więc najwyraźniej nadal piec swoją polityczną pieczeń przy użyciu resztek etosu „Solidarności”. Na przemian głaszcząc i tłukąc Związek po głowie. Tylko czy po takich „kulinarno-pałkarskich” zabiegach cokolwiek jeszcze zostanie z tamtej dawnej Wielkiej „Solidarności”? 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki