Logo Przewdonik Katolicki

A może by tak do Gruzji?

Judyta Szwarc
Fot.

OGruzji nie wiedziałam wiele. Wstyd przyznać, zwiększych miast kojarzyłam wyłącznie stolicę Tbilisi. Gdzieś za Morzem Czarnym, blisko Rosji, zwątpliwą sytuacją polityczną izagmatwaną historią. To tyle. Teraz wiem znacznie więcej: dlaczego ta polityka taka wątpliwa, ahistoria zagmatwana, wiem też, że jest tak blisko Rosji, aż słychać...

 


O Gruzji nie wiedziałam wiele. Wstyd przyznać, z większych miast kojarzyłam wyłącznie stolicę – Tbilisi. Gdzieś za Morzem Czarnym, blisko Rosji, z wątpliwą sytuacją polityczną i zagmatwaną historią. To tyle. 


Teraz wiem znacznie więcej: dlaczego ta polityka taka wątpliwa, a historia zagmatwana, wiem też, że jest tak blisko Rosji, aż słychać wybuchy bomb niesione echem zza gór liczących ponad pięć tysięcy metrów. Ale to nic w porównaniu z uczuciami, jakie przywiozłam ze sobą.  


Wyjeżdżamy

Pomysł wyjazdu, zresztą jak każdy dobry pomysł, pojawił się nie wiedzieć skąd. Moich kompanów podróży, członków Akademickiego Klubu Górskiego – Agnieszkę i Piotra – zainspirował fakt czysto matematyczny, który w efekcie okazał się czysto humanistyczny. Otóż 73 proc. powierzchni Gruzji zajmują góry, i to góry niezwykłe.


W mojej głowie wyraz „Euroazja” wybrzmiał wraz z gruzińską muzyką, której wówczas trochę słuchałam, chociaż byłam przekonana, że jest grana na grecką nutę. Później to już był Kapuściński i jego „Imperium”, czytane wraz z Piotrem na tatrzańskim szlaku.


To gdzie dziś śpimy?

Zza okien pociągów zobaczyliśmy Ukrainę, Rumunię, Bułgarię i Turcję, aby w końcu stanąć na gruzińskiej ziemi. Pamiętam, że pierwszego dnia padał deszcz. Błyskało się przeraźliwie, a stłumiony huk zatrzymywał się na powierzchni Morza Czarnego, w którym wcześniej zdążyliśmy zamoczyć nogi. Pod wieczór, opuszczając nadmorskie Batumi, spotkaliśmy chłopczyka, którego zapytaliśmy o możliwość rozbicia namiotów na jakiejś łące, ale malec zaprowadził nas do ogromnego, starego domu.


Zanim zdążyliśmy cokolwiek zrobić, dookoła nas zebrała się spora gromadka dzieci, a z okien „strasznego” domu wychyliły się kolejne twarzyczki. Szybko zorientowaliśmy się, że to dom dziecka. Jedna z dziewczynek znała język angielski i wytłumaczyła swoim opiekunom, czego szukamy. Ci przywitali nas z uśmiechem i zaprowadzili do pokojów. Nie chcieliśmy zajmować łóżek, ale nauczyciele nie pozwolili nam spać pod namiotami, zwłaszcza że miała nadejść kolejna burza.


Byliśmy pod takim wrażeniem naszego pierwszego noclegu w Gruzji, że żadne insekty nie były nam straszne, a na wieść o braku wody w toalecie jedynie wzruszyliśmy ramionami. Miejsce to uznaliśmy za cudowne. Rano obudził nas motyw muzyczny z „Ojca chrzestnego”, rozlegający się po całym terytorium ośrodka. Przed domem panowała wakacyjna atmosfera, maluchy wciąż gdzieś biegały, młodzież przechadzała się w małych grupkach, wszyscy jednak uważnie nas obserwowali. Nie obyło się bez rozmów, nieśmiałych pytań i śmiechu. Nasza obecność była wielką atrakcją. Niewątpliwie zburzyliśmy codzienną monotonię, a możliwość wypowiedzenia przez śmiałków słów: „Hello, how are you?”, była jakby okazją zasmakowania tego „lepszego świata” ludzi z zagranicy, bogatych Europejczyków z wielkimi plecakami. Kupiliśmy dzieciom cukierki, spakowaliśmy się i ruszyliśmy dalej.


Gruzińskie dobra


Kolejne dni przynosiły nowe niezwykłe doświadczenia, a wszystkie różniły się od siebie niczym lodowce Kaukazu od pustynnych stepów Kachetii. Jednak cały pobyt w Gruzji minął nam pod trzema wspólnymi znakami – gruzińskiego wina, gruzińskiej gościnności i gruzińskiej przyrody, w którą wpisują się najstarsze na świecie cerkwie. I tak...


Gruzini nie piją wina do posiłku, ale podczas posiłku, różnica niewielka, ale – zapewniam – znacząca. Nietaktem jest jeść i popijać, bo albo się je, albo się pije. Ponadto każdy wypity kieliszek wina poprzedza toast, i to nie taki „Na zdrowie!” czy „No to zdrowie, panowie!” albo „Żebyśmy zdrowi byli!”, ale taki prawdziwy, często mówiony na stojąco, z powagą w głosie, czasem ze łzami w oczach, wypowiedziany od serca i za każdego z osobna. Piliśmy za nasze rodziny, za przyjaciół, za Gruzję i Polskę, za wolność (swobodę). Takich toastów słucha się z rozżaleniem, że w Polsce nie ma podobnego zwyczaju. I przyznam szczerze, że tak jak przy gruzińskim stole kobieta może poczuć się kobietą, tak chyba przy żadnym innym nie jest to możliwe. Mimo iż to ona głównie przynosi posiłki, a siada przy nim dopiero wtedy, gdy goście już się poczęstują, to szacunek dla jej pracy i roli, jaką pełni w społeczności rodzinnej, jest naprawdę wielki. Tak też toasty za żenszcziny mężczyźni wznoszą na stojąco i na krześle, wykrzykując na koniec po trzykroć – Gałamardzios!


Na wspomnianym już stole gościła oryginalna zastawa – miski do prania pełne baraniny, gliniane dzbany pełne cierpkiego wina, a do niego kieliszki, rogi, kamionki i nieraz zwykłe dachówki, z których pili tylko odważni. Na tym wszystkim kładziono okrągłe duże chleby, które kształtem przypominały grube naleśniki. Nie brakowało nigdy pomidorów posypanych świeżą bazylią i sosów ze śliwek przyprawianych na słodko-kwaśno. Jako przystawkę do dań głównych, czyli do wina i chleba, podano nam sery z owczego mleka, bakłażany i oczywiście niezastąpione arbuzy.


Nie potrzeba niczego więcej, aby ucztowanie, ze śpiewami i tańcami, z rozmowami o historii narodów i korzeniach ich języków, z opowieściami o waśniach rodowych, no i z toastami, trwało do późnej nocy.


Kaukaz i kałasznikow


Przeżyliśmy jednak i takie dni, podczas których za kolejny ciepły sweter oddałoby się ostatnią czekoladę, a za kolejną czekoladę nawet ciepły sweter. Był to czas spędzony w wysokich, groźnych i dzikich górach. Nie mieliśmy ze sobą map Kaukazu, bo takowych nie ma. Wiadomo tylko, że wyłącznie rosyjscy żołnierze mogą pochwalić się ich posiadaniem. Chodziliśmy „przed siebie”, często zbaczając ze ścieżek, które w myśli europejskiej można by nazwać szlakami. Gruzińska przyroda, widoki lodowców, mieniące się jesiennymi kolorami pagórki, zapach chmur, muzyka wiatru, dotyk śniegu przenosiły nas do świata, w którym kontemplacja piękna staje się codziennością i nie sposób nie dać się jej porwać. Poza tym cóż zastąpi rozmowę przy ognisku, do którego dosiadają się wracający z pól górale, albo nocleg pod lodowcem na wysokości 3500 m? Ale to nie jedyne powody, dla których Kaukaz wspominamy z rumieńcami na twarzy. Otóż wszystkie góry są piękne, ale nie we wszystkich ukrywają się przestępcy.


 To był zwyczajny zbieg okoliczności, że akurat wtedy, kiedy beztrosko biegaliśmy po pagórkach i przeskakiwaliśmy przez strumyczki, w okolicach grasował gruziński bandzior. W nocy, kiedy już zasypiałam, nagle usłyszałam, jak ktoś gwałtownie trzęsie namiotem. Rozpięłam zamek namiotu, a moim oczom ukazała się twarz w kominiarce i kałasznikow skierowany w moją stronę. „Ad kuda wy?!” – usłyszałam. „My turisty, my z Polszy!” – odkrzyknął Piotr. Dwudziestu komandosów okrążyło nasze legowisko, kazali nam wyjść, spakować namioty, a potem przesłuchiwali nas dobre 40 minut. Okazało się, że szukali jakiegoś przestępcy, zauważyli ognisko, więc postanowili sprawdzić teren. A zrobili to w taki sposób, że następnego dnia w góry już nie poszliśmy. Zresztą nie pozwolili nam. Sprowadzili nas tej nocy do miasta, dowieźli na posterunek policji, zamknęli w celi (rano okazało się, że jest to biuro komendanta) i tak zakończyła się nasza wielka przygoda, z której zaczęliśmy się śmiać, gdy przyszło nam spać na pryczy.


Enjoy yourself!


Nocowaliśmy również w „normalnych” warunkach, nie tylko w domu dziecka, pod lodowcem i na posterunku policji. Mimo że Gruzini w przeważającej większości żyją w biedzie, a czasem i w nędzy, to każdego obcokrajowca (zwłaszcza Polaków), chcą gościć pod własnym dachem niczym monarchę z wielkiego króle stwa. Wystarczyło zapukać do drzwi domu, by jego mieszkańcy zapraszali nas do siebie z taką serdecznością, jakbyśmy byli oczekiwani od wielu lat. Niezależnie od tego, czy był to stary wiejski dom, czy z ogromnymi winiarniami w piwnicy i winoroślami na tarasie. We wszystkich czuliśmy się jak u najlepszych przyjaciół.


Dla gruzińskiego gospodarza honorem jest móc przyjąć gości, a dla turystów to niewątpliwie wielki zaszczyt móc być gościem. Trzeba jednak pamiętać, że zapłata pieniężna za taką gościnę byłaby wielkim nietaktem, tak też odwdzięczyć należy się w inny sposób – pamięcią i ciepłym wspomnieniem, kiedy już przekroczy się próg własnego domu.


To zaledwie początek opowieści o wielkim sercu Gruzinów, o ich miłości i szacunku do drugiego człowieka, bo tam naprawdę czymś normalnym jest to, że kierowca marszrutki zatrzymuje się, aby zerwać jabłka z przydrożnego drzewa, kupić ciepły chleb i dać to wszystko swoim klientom, którzy za kilkadziesiąt metrów zapłacą mu za przejazd sumą mniejszą niż wartość tego chleba. Takich sytuacji było wiele i nie mogliśmy się im nadziwić. Na wsiach nie można kupić mleka od krowy, można je jedynie dostać, w sklepie nie sprzedadzą główki czosnku, tylko wręczą ją z uśmiechem, nie przyjmując zapłaty, bo kto to widział płacić za tak niewiele.


Gruzja to inny świat, w którym ludzie, choć mają świadomość własnej biedy i jakże odmiennego stylu życia europejskich sąsiadów, pozostają sobą. Tam mężczyźni witają się pocałunkiem w policzek, niemal wszyscy noszą drewniane krzyżyki na piersi, a mimo picia sporej ilości wina, nie ma społecznego przyzwolenia na pijaństwo. To kraina tak barwna, wyraźna w swych tradycjach i promieniująca jasnością, że każdy, kto raz w niej zagościł, na pewno do niej powróci.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki