Logo Przewdonik Katolicki

Chciałabym już o tym zapomnieć

Mateusz Wyrwich
Fot.

Jeszcze hitlerowcy nie wyszli z granic RP, a już od 1944 roku Sowieci zakładali w granicach obecnej Polski obozy dla przeciwników sowieckiego systemu. Znakomicie pomagali im w tym rodzimi komuniści. O fizycznym eliminowaniu przeciwników politycznych, jak i degradowaniu ich do rangi obywateli drugiej kategorii mówiono zupełnie jawnie podczas zamkniętych posiedzeń PPR, a później...

Jeszcze hitlerowcy nie wyszli z granic RP, a już od 1944 roku Sowieci zakładali w granicach obecnej Polski obozy dla przeciwników sowieckiego systemu. Znakomicie pomagali im w tym rodzimi komuniści.

O fizycznym eliminowaniu przeciwników politycznych, jak i degradowaniu ich do rangi obywateli „drugiej kategorii” mówiono zupełnie jawnie podczas zamkniętych posiedzeń PPR, a później PZPR. O tych zbrodniach, jak zapewne sądzili komuniści, nikt nigdy nie miał się dowiedzieć. Jednak zmiany w Polsce, które dokonały się zarówno w 1981 roku, jak i po 1989 roku przyczyniły się do odkrycia ich pieczołowicie ukrywanych dokumentów.

Można w nich zatem przeczytać, z jaką otwartością gen. Grzegorz Korczyński proponował, na jednym z posiedzeń KC Polskiej Partii Robotniczej w 1945 roku, wykorzystanie „dymiących jeszcze pieców krematorium w Stutthofie do likwidacji przeciwników politycznych”. Z kolei sekretarz PPR, Władysław Gomułka, bez wahania wyjaśniał rolę, jaką miały spełniać komunistyczne obozy w Polsce. Na jednym z posiedzeń KC PPR w 1946 r. stwierdził on wprost: „Hitler zrobił obozy pracy, uważacie, że to jest taka faszystowska idea. Hitler włożył w to taką faszystowską ideę, a my możemy włożyć w to ideę ludową”.

Nowy rodzaj obozów
Zapełnianiem blisko 300 obozów i podobozów zajęła się od 1945 roku Komisja Specjalna do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym. Jej funkcjonariusze mogli skazać każdego obywatela, bez procesu sądowego, na długoletni pobyt w obozie pracy.

Wśród tych obozów dwa stanowiły wyjątek: Jaworzno i Bojanowo. Pierwszy był na terenie Śląska, drugi – w Wielkopolsce. Obóz usytuowany w Jaworznie, filii Auschwitz, przeznaczony był dla młodzieży męskiej. Bojanowo z kolei dla dziewcząt. Funkcjonariuszom obu obozów, znajdujących się pod ścisłą kontrolą Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, postawiono za cel „indoktrynację osadzonej tam za działalność polityczną młodzieży”. Indoktrynację tak głęboką, by po wyjściu z odosobnienia, właśnie ta młodzież stała się zapleczem tajnych współpracowników. Niekiedy zaś wręcz zakładała organizacje „niepodległościowe”, wespół z urzędami bezpieczeństwa. Przyszłość pokazała, że cele te nie zostały osiągnięte.

W czarnej celi
Obóz dla młodzieży męskiej w Jaworznie utworzono w 1950 roku. Pierwsze transporty więźniów przysłano już rok później. Teren obozu zajmował obszar o powierzchni 36 hektarów otoczonych pięciometrowym murem. Dodatkowe zabezpieczenie stanowiło ogrodzenie z kolczastego drutu pod napięciem. Pas pomiędzy murem i ogrodzeniem był posypany piaskiem i każdy, kto tam wszedł, mógł zostać zastrzelony. Młodzi, skazani za działalność polityczną, którzy otrzymali wyroki krótsze niż 5 lat, pracowali w kopalniach. Skazani z wyższymi wyrokami pracowali tylko na terenie obozu. Funkcjonujące w obozie szkoły podstawowa i średnia miały przede wszystkim ułatwić indoktrynację młodych więźniów. W sumie na przestrzeni pięciu lat w Jaworznie osadzono ponad 10 tysięcy młodocianych „przestępców politycznych”.

Podobny obóz stworzono również dla dziewcząt. Znajdował się w Bojanowie, w dawnym klasztorze żeńskim. W latach 1941-1945 mieścił się tutaj niemiecki obóz dla sióstr zakonnych. Wywoływanie u więźniów skojarzeń z obozami niemieckimi było całkowicie świadome i w założeniu stanowiło formę dodatkowej represji. Do Bojanowa trafiały dziewczęta z całej Polski, skazane za działalność polityczną, jak również oskarżone o pospolite przestępstwa. Zamierzeniem władz było bowiem antagonizowanie tych dwóch środowisk. Jednak, jak wspominają dziś więźniarki polityczne, ten plan się nie powiódł.

W Bojanowie więziono dziewczęta od 16. do 21. roku życia, karane po raz pierwszy, na ogół z wyrokami do 12 lat. „Polityczne” były tu mniejszością, jednakże to one stanowiły rdzeń więzienia, gdyż „kryminalne” w Bojanowie odsiadywały zazwyczaj zdecydowanie krótsze wyroki. Tutaj, podobnie jak w Jaworznie, zorganizowano szkołę podstawową i średnią. Uczyły w niej zarówno więźniarki polityczne, jak i nauczyciele wolnościowi. Rygor panował jak w „normalnych” obozach czy więzieniach. Strażnicy byli wyposażeni w broń krótką i długą. Mieli obowiązek pilnować skazane z bronią odbezpieczoną. Strażnicy na wieżyczkach byli wyposażeni w karabiny maszynowe i każda próba ucieczki groziła więźniarce zastrzeleniem bez wcześniejszego ostrzeżenia.

Więzienne cele na ogół były niewielkie. Często wymalowane olejną farbą na czarno, z oknami pomalowanymi na ten sam kolor. W celach, dawnych pomieszczeniach klasztornych, stały piętrowe łóżka, na których spało kilkanaście więźniarek. Personel więzienny bardzo często w poniżający sposób traktował dziewczęta, zwłaszcza te skazane za działalność polityczną. Wulgarne wyzwiska były tu na porządku dziennym.

Polityczne więźniarki
W bojanowskim obozie polityczne więźniarki były zatrudnione do najcięższych prac. Jedna z nich, Bernadetta Schmidt-Golecka, skazana na siedem lat w 1953 roku za przynależność do tajnej organizacji, tak wspomina tamten czas: „Pracowałam wraz z innymi politycznymi przy najcięższych zajęciach. Wynosiłyśmy wiadrami nieczystości z szamba, rąbałyśmy drewno na opał, prałyśmy na tarkach, tarkach grubą barchanową i drelichową bieliznę [...] Nie wszystkie to wytrzymywały. Lądowały w szpitalu więziennym, który znajdował się na terenie więzienia. Mnie nikt o zdrowie nie pytał. Tylko jeden raz, gdy zawieziono mnie do szpitala w Rawiczu [...] lekarz zapytał mnie o zdrowie, kiedy chorowałam na płuca, a gdy dowiedział się, że mam 7 lat wyroku, a ważę zaledwie 48 kg ze smutkiem stwierdził: – umrzesz dziewczyno, tyle nie wytrzymasz” (miesięcznik „Jaworzniacy”, styczeń 2007).

W Bojanowie odbywała karę także Jadwiga Rek-Grudzińska, aresztowana jako siedemnastolatka za udział w niepodległościowej organizacji harcerskiej „Orlęta”. Sądzona w Warszawie przez Wojskowy Sąd Rejonowy w 1953 roku wraz z innymi kolegami otrzymała pierwotnie sześcioletni wyrok. Skrócono go na mocy amnestii. Jej przewinieniem była sama przynależność do organizacji, której założeniem było „przeciwstawianie się rusyfikacji Polski”. Obciążało ją również złożenie przysięgi na „[...] Krzyż Chrystusowy, na prochy poległych za świętą Sprawę braci”. Organizacja w swych „bojowych” osiągnięciach miała jednorazową akcję zrywania ze swojej szkoły flag przed 1 maja. Z komunistycznych flag „Orlęta” ogołociły wówczas także sąsiednie budynki. Drugą poważnie obciążającą ich akcją było wyprowadzenie młodzieży szkolnej na wagary 3 maja 1951 roku. W aktach oskarżenia młodzieży „Orląt”, skazywanej na długoletnie więzienia, zapisano to jako czynienie przygotowań „do zmiany przemocą ludowo-demokratycznego ustroju Państwa Polskiego, w ten sposób, że byli członkami nielegalnego związku typu harcerskiego pod nazwą „Orlęta”, mającego na celu wpajanie w młodzież polską ideologii wrogiej Polsce Ludowej, oraz przygotowanie tej młodzieży do walki o zmianę przemocą ustroju Państwa”.

Jadwiga Rek-Grudzińska, miesiącami przesłuchiwana w słynnej komunistycznej katowni, siedzibie UB w pałacu Mostowskich w Warszawie, mimo kilkunastogodzinnych nocnych i dziennych przesłuchań, nie załamała się. Nie wyraziła zgody na proponowaną jej współpracę. Nie wydała kolegów. Najpierw siedziała na warszawskiej „Gęsiówce”, później w Bojanowie. – „Przesłuchanie, jak na owe czasy, miałam raczej łagodne – wspomina dziś Jadwiga Rek-Grudzińska. – Nie bito mnie, choć ubliżano. Siedziałam wprawdzie z jakimiś wulgarnymi prostytutkami, ale i to dało się przeżyć. Myślę, że taka była Boża wola. Najtragiczniejszy moment z mojego więzienia to transport z Dworca Głównego w Warszawie do wagonów towarowych, którymi wieziono nas do Bojanowa. W eskorcie szczekających psów, z nienawistnymi okrzykami konwojentów. To było mocno przygnębiające. Nie widziałyśmy, gdzie jedziemy. Na skrawkach papierków pisałyśmy swoje adresy, rzucając przez szpary wagonów. Przez całą noc jechałyśmy z Warszawy. Byłam tak oszołomiona tą wywózką, pierwotnie myślałyśmy, że wiozą nas do Sowietów, że samego przemarszu ze stacji w Bojanowie do więzienia nie pamiętam. Jedyne, co mi utkwiło to panujący tam terror i codzienna indoktrynacja. Wyszydzanie naszych dążeń niepodległościowych, wolnościowych ideałów. Kpienie z religii i polskich tradycji, z chrześcijańskich wartości. Słowem: wykańczanie psychiczne – z czym później przez lata nie mogłam sobie poradzić, a dziś już nie chcę o tym pamiętać. To, co mnie ratowało w Bojanowie to pomoc starszych koleżanek skazanych za działalność w niepodległościowych organizacjach. To ciągłe podtrzymywanie na duchu i wiara w Boga. Za tym szło przeświadczenie, że ten koszmar niebawem się skończy”.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki