Logo Przewdonik Katolicki

Prymas wielkich przełomów

ks. Dariusz Madejczyk, Adam Suwart
Fot.

Z kardynałem Józefem Glempem, Prymasem Polski, rozmawiają ks. Dariusz Madejczyk i Adam Suwart W tym roku minęło 25 lat od rozpoczęcia przez Waszą Eminencję posługi prymasowskiej w Polsce. Jak Ksiądz Kardynał wspomina chwile sprzed ćwierćwiecza? Przyszedłem po kardynale Wyszyńskim i zastałem już inną sytuację niż ta, z którą przyszło się zmagać przez kilka dziesięcioleci...

Z kardynałem Józefem Glempem, Prymasem Polski, rozmawiają ks. Dariusz Madejczyk i Adam Suwart

W tym roku minęło 25 lat od rozpoczęcia przez Waszą Eminencję posługi prymasowskiej w Polsce. Jak Ksiądz Kardynał wspomina chwile sprzed ćwierćwiecza?
– Przyszedłem po kardynale Wyszyńskim i zastałem już inną sytuację niż ta, z którą przyszło się zmagać przez kilka dziesięcioleci Prymasowi Tysiąclecia. U progu mojej posługi prymasowskiej pojawiła się bowiem „Solidarność”, która od początku zakładała wyzwolenie Polski z Układu Warszawskiego i niewoli komunizmu. Trwało to przecież długo i rodziło się z wielkim bólem. Wprowadzono stan wojenny, który także naznaczył początki mojego prymasostwa i rządów metropolitalnych w Gnieźnie i Warszawie. Miałem wtedy bardzo silną wolę, by robić wszystko, żeby nie doszło w owych dramatycznych dniach do rozlewu krwi, co było wówczas bardzo prawdopodobne. Ludzie pozbawieni w stanie wojennym tak wielu praw obywatelskich i społecznych byli bardzo wzburzeni i słusznie rozgoryczeni. Ponadto wydarzenia w kopalni „Wujek”, tragiczne ofiary i rozruchy oraz wieść o nękaniu ludności bardzo podnosiły temperaturę relacji społecznych i groziły dramatyczną, krwawą konfrontacją. Wystarczyła iskra, żeby to napięcie przemieniło się w pożar, który rozgorzałby na polskich ulicach. Starałem się wtedy – zresztą nie sam, miałem bowiem oparcie w Radzie Głównej Episkopatu i bezpośrednią pomoc doradców świeckich skupionych w Prymasowskiej Radzie Społecznej – zapobiec masowemu rozlewowi krwi.

Przejęcie dziedzictwa po kardynale Wyszyńskim i tamten moment historyczny to zapewne trudne okoliczności i wyzwania. Czy bardzo trudno było na nie odpowiedzieć?
– Był to czas oczekiwania, ale każdy wiedział, że jest to cisza przed burzą. Znałem Warszawę, bo przecież przez kilkanaście lat pracowałem u boku samego Prymasa, znałem Kościół powszechny, studiowałem w Rzymie, ponadto wcześniej sprawowałem posługę pasterską jako biskup diecezji warmińskiej – w związku z tym nie miałem większych trudności z przejęciem posługiwania biskupiego w Gnieźnie i Warszawie.
Wkrótce nastał jednak trudny okres stanu wojennego, po którym sytuacja względnie się uspokoiła. Mogłem też po stanie wojennym więcej oddawać się duszpasterstwu Polonii zagranicznej. Odwiedziłem więc wszystkie kraje europejskie, obie Ameryki, Australię, Afrykę oraz Polaków rozsianych na Wschodzie. Nawiedzałem polskie wspólnoty wiernych. Niektóre z nich – zwłaszcza na Wschodzie – po raz pierwszy odwiedzał katolicki biskup. Siłą rzeczy wizyty te stawały się nie tylko wydarzeniami o znaczeniu religijnym czy historycznym, ale także ważnym przeżyciem osobistym.

W czasie stanu wojennego szczególnie cierpiał za Polskę Ojciec Święty Jan Paweł II. Jak Ksiądz Kardynał wspomina współpracę z Papieżem Polakiem z tamtego okresu?
– Byłem wtedy dość często w Rzymie. Zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego do Stolicy Świętej udał się arcybiskup Bronisław Dąbrowski, sekretarz generalny Konferencji Episkopatu. Szczególnie pierwszy okres stanu wojennego był dla Ojca Świętego trudny. Wiemy, że oddał się wtedy żarliwej modlitwie wstawienniczej w intencji Polski i całego narodu. Dopóki trwał stan wojenny, zwłaszcza w swoim ostrym stadium, Ojciec Święty niemal nie przestawał się za nas modlić. Modliliśmy się też wspólnie.

Pamiętam, że wybuchła później bardzo ostra polemika, czy Papież może przyjechać do Polski w 1982 roku, kiedy to przypadała sześćsetna rocznica przywiezienia Obrazu Jasnogórskiego. Osobiście nie byłem przekonany do pomysłu organizowania pielgrzymki Jana Pawła II w czasie, gdy trwał jeszcze stan wojenny. Nadto władze partyjne godziły się jedynie na przylot Papieża na Jasną Górę. Sądziłem więc, że lepiej przesunąć tę wielką wizytę o rok. Ostatecznie Ojciec Święty uznał, że przybędzie do Polski z drugą pielgrzymką właśnie w 1983 roku.

W jednym ze swych bardziej przejmujących wystąpień powiedział kiedyś Eminencja o bólu wywołanym faktem, że nie udało się uchronić księdza Jerzego Popiełuszki przed śmiercią.
– Ksiądz Popiełuszko był za swą pracę jedną z najbardziej prześladowanych postaci pośród szeregów „Solidarności”, ale nie tylko. Angażował się też w wielu innych kręgach społecznych. Musiała z pewnością istnieć jakaś wielka nienawiść do tego bohaterskiego kapłana, skoro z taką konsekwencją postanowiono go zgładzić. Dzisiaj wciąż nie do końca wiemy, jak dokładnie doszło do tej męczeńskiej śmierci.

Ksiądz Popiełuszko był człowiekiem, który nie zachęcał do buntu. Jego kazania były wyjątkowo wyważone, ale bezkompromisowo podkreślał w nich konieczność wolności, rzetelności i prawdy w życiu człowieka i społeczeństwa – wartości opartych o ducha chrześcijaństwa. Pamiętam, że ksiądz Jerzy uważał, iż „Solidarność” jest tą formą społeczną, w której najlepiej realizuje się Ewangelia.

Jednak zamordowano bohaterskiego kapłana…
– Wiemy, że w pewnych kręgach politycznych postanowiono, by księdza Jerzego usunąć. Owszem, były początkowo próby, by księdza Popiełuszkę oddalić od Warszawy. Sam ksiądz Jerzy przyszedł kiedyś do mnie w towarzystwie chyba czterech osób, które sugerowały, by wysłać go w inną część Polski albo na studia zagraniczne. Widać było, że ci panowie, którzy przyszli z księdzem Jerzym, bardzo serio traktowali ten temat. Jednak sam ksiądz tego nie chciał. Uznał wtedy, że wyjedzie na takie studia tylko wówczas, gdy dostanie wyraźny nakaz. Ja takiego nakazu z wielu powodów wydać nie mogłem. Między innymi dlatego, że byłbym wtedy posądzony o kolaborację ze Służbą Bezpieczeństwa, z komunistycznym rządem i naraziłbym się na zarzut, że usuwam człowieka, który jest niemiły władzy państwowej. Nie mogłem tego zrobić.

I w tym kryje się bolesny dramat. Gdybym polecił to księdzu Jerzemu, gdybym dał mu dekret nakazujący opuszczenie Warszawy, to by pojechał, ale wtedy obarczono by mnie winą za wysłanie kapłana. Ksiądz Jerzy mówił: „Co by ludzie powiedzieli, gdyby się dowiedzieli, że ja ze swej woli wyjechałem”. Czułem, że nie mogę tego zrobić. Dziś myślę, że może jednak trzeba było negocjować, ale z kim...? Jest to ciągle otwarty dramat. Nie sposób dzisiaj rozstrzygnąć, czy drogą legalną, negocjując, można było księdza Jerzego uratować.

Myślę, że to męczeństwo, na które ksiądz Popiełuszko świadomie się zgodził, było tak naprawdę wyjściem opatrznościowym z tego dramatu. Tak Pan Bóg chciał.

Ksiądz Prymas sam był nagabywany przez Służbę Bezpieczeństwa. Wiemy już po latach z różnych badań, także historyków IPN, że należy Eminencja do grona tych kapłanów, którzy nie dali się omotać Służbie Bezpieczeństwa. Czy było trudno nie dać się zmanipulować?
– Oczywiście, dla wielu księży mogło to być bardzo trudne. Dla mnie nie było. Wracając ze studiów w Rzymie, miałem już bowiem oparcie w Prymasie Wyszyńskim. Zawsze odpowiadałem w wątpliwych sytuacjach, że wszelkie rozmowy przeprowadzam oficjalnie jako ksiądz-pracownik Sekretariatu Prymasa Polski, a ubocznie żadnych rozmów nie będę prowadził. To było dla mnie zawsze ułatwienie i to najczęściej ucinało wszelkie próby „podchodzenia” mnie.

Pamiętam, jak starałem się o paszport, by pojechać na zjazd kanonistów do Neapolu. Wtedy robiono różne podchody, ale gdy SB widziała, że nie idę na współpracę, to paszport, owszem, dała mi, ale dopiero dzień po rozpoczęciu owego zjazdu, więc ja już tego paszportu nie wziąłem.

Mając takie doświadczenia, jak Ksiądz Prymas patrzy na tematy lustracyjne tak bardzo obecne w naszej współczesnej polskiej rzeczywistości?
– Trochę późno się do tego zabraliśmy i niestety metodycznie niepoprawnie. Trzeba było wpierw określić metody, jak wyłuskać prawdę z kłamstwa, a potem zabrać się do pracy. Wszak jest to zbiór śmieci i kłamstw, w których trudno odnaleźć czystą prawdę.

Nie jest to łatwa sprawa. Potrzeba dziś wiele cierpliwości, inteligencji, dobrej woli, by z tego ogólnego nakłamania wydobyć prawdę. Nowa ustawa, która ma niebawem wejść w życie, powinna ułatwić tę sprawę – by odróżnić ofiarę od kata. Kto dzisiaj zna nazwiska choćby tych, którzy prześladowali kardynała Wyszyńskiego. Oni mogą być nieco starsi ode mnie i zapewne jeszcze żyją, pewnie zresztą całkiem dobrze. Ale o nich się nie wspomina. Wytyka się zaś z pasją tych, którzy w wyniku słabości, szantażu ulegli presji, dali się złamać.

Pamiętajmy, że według badań ponad 85 proc. kapłanów w Polsce oparło się nagabywaniu i nie zgodziło się na żadną współpracę. Ja zresztą ciągle uważam, że jeżeli robić lustrację, to wszystkich w równym stopniu, a nie wybiórczo. Księża winni być lustrowani tak jak wszyscy, np. adwokaci, nauczyciele, dziennikarze. Ani lepiej, ani gorzej.

Czy Ksiądz Kardynał miał okazję zapoznać się w IPN-ie z dokumentami, które SB gromadziła na Jego temat?
– Nie, ja zupełnie się tym nie interesuję.

Mówiliśmy o ideałach „Solidarności”, które przypadły na pierwsze lata rządów prymasowskich Księdza Kardynała. Czy przetrwały do obecnych czasów?
– Pewnie gdzieś się zachowały – są w dokumentach, deklaracjach, „żyjąc” w niektórych osobach. Ideały „Solidarności” zaczęły w pewnym momencie topnieć. Przede wszystkim pod wpływem wrogów. „Solidarność” musiała mieć wrogów nie tylko takich, którzy walczyli poprzez ustawy, ale też takich, którzy rozmiękczali ludzi od strony psychicznej. I stąd też duża penetracja w szeregach „Solidarności” ludzi z innego obozu.

W ramach podziału władzy sama „Solidarność” również dzieliła się wewnątrz. Niektórym władza imponowała. Etos „Solidarności”, który tak bardzo chciał zaszczepić ksiądz Tischner, nie rozwinął się konsekwentnie do końca.

Czy dzisiejsza sytuacja moralna społeczeństwa, a szczególnie tzw. elit, nie wywołuje u Księdza Prymasa przygnębienia. Po tylu wzorach, jak Ojciec Święty czy wspomniani tu księża: Tischner, Popiełuszko, przyszło nam zmagać się ze swoistą degrengoladą.
– Sytuacja jest rzeczywiście bolesna. Jest to problem okresów przejściowych, gdyż formacja nowych, zdrowych pokoleń wymaga czasu i jest bardzo trudna. Kościół patrzy przede wszystkim na Boga, który jest źródłem ładu społecznego. Ład oparty na Bogu zanegowano w czasie komunizmu, który oficjalnie zwalczał to co związane z wiarą. Teraz jest presja obojętności, która każe zachowywać się tak, jakby Boga nie było. Człowiek sam sobie tworzy kryteria, które oparte są na doraźnej korzyści.
Stoimy więc dziś przed wielkim wyzwaniem, by przywrócić obecność zasad trwałych i niezmiennych, których gwarantem jest jedynie Pan Bóg. Człowiek bowiem często woli słuchać nie głosu z nieba, ale głosu mediów, które są nierzadko na służbie określonych ideologii albo po prostu mody.

Czy zatem idea Świątyni Opatrzności Bożej przychodzi nam w sukurs w tej sprawie?
– Tak, idea świątyni ma wyraźnie określony wzorzec i kierunek ideowy. Już w roku 1791, a więc w chwili uchwalenia razem z Konstytucją 3 maja wotum budowy Świątyni Opatrzności Bożej, Polacy podziękowali Opatrzności za odzyskaną wolność. Rozpoczęła się budowa, która już wkrótce – pod zaborami – była niemożliwa. Polacy szli ku tej wolności długimi drogami: oręża, kultury, pracy i modlitwy oraz cierpienia. Dzisiaj, ponieważ mamy już wolność formalną, chcemy, żeby Bóg – czuwająca Opatrzność – dalej był w naszych dziejach obecny. Dzisiaj budowanie świątyni jest nie tylko wypełnieniem wotum, ale i projekcją ku przyszłości, byśmy jako naród potrafili – także w Unii Europejskiej – znaleźć wolę Bożą i wypełnić zadania podnoszenia godności ludzkiej, które wiążą się z wolnością.

Wierzę, że Świątynia Opatrzności Bożej będzie gotowa w 2008 roku, a więc w trzydziestą rocznicę wyboru kardynała Wojtyły na papieża.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki