Logo Przewdonik Katolicki

Ciężar dziedzictwa i współczesności

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

Kiedy młody i nieznany szerzej biskup Józef Glemp obejmował w lipcu 1981 roku urząd prymasowski, wiadomo było, że przyjdzie mu zmierzyć się z legendą jego wielkiego poprzednika kard. Stefana Wyszyńskiego. To był jednak zaledwie przedsmak wielkich wyzwań, jakie czekać go miały w ciągu następnych 25 lat. Nowy prymas niemal z marszu wszedł w sam środek trwającego już na dobre konfliktu...

Kiedy młody i nieznany szerzej biskup Józef Glemp obejmował w lipcu 1981 roku urząd prymasowski, wiadomo było, że przyjdzie mu zmierzyć się z legendą jego wielkiego poprzednika kard. Stefana Wyszyńskiego. To był jednak zaledwie przedsmak wielkich wyzwań, jakie czekać go miały w ciągu następnych 25 lat.

Nowy prymas niemal z marszu wszedł w sam środek trwającego już na dobre konfliktu między „Solidarnością” a komunistyczną władzą. Swoją posługę musiał więc od razu rozpocząć od wysokiego „C”: od spotkań z przedstawicielami obydwu zwaśnionych stron i prób mediacji. Jego dyplomatyczne zabiegi nie mogły już jednak przynieść wielkich rezultatów. Kilka miesięcy później gen. Jaruzelski wprowadził w Polsce stan wojenny.

Długa grudniowa noc
„Zamiarem i dążeniem Prymasa Polski jest spowodowanie wśród najszerszej opinii publicznej pogodzenia się z zahamowaniem dążeń programowanych przez radykalną część „Solidarności” i podjęcie odnowy w zmienionej sytuacji. Prymas Polski rozumie dążenia generała Jaruzelskiego i pragnie, aby akcja Wojska Polskiego osiągnęła cel bez przelewu krwi” – te słowa, wypowiedziane przez prymasa Glempa krótko po wprowadzeniu stanu wojennego, wywołały oburzenie znacznej części ówczesnej opozycji. Także komunistyczna władza próbowała wykorzystać wypowiedź Glempa do wmawiania społeczeństwu, że prymas nawołuje do uległości wobec władz.

Tymczasem z dzisiejszej perspektywy wydaje się, że prymas postąpił wówczas w jedyny właściwy sposób. I pewnie dzięki temu obyło się wszystko bez następnych „Wujków”.

Zresztą, jak przypomniał niedawno metropolita gdański abp Tadeusz Gocłowski, sam Jan Paweł II wyraźnie bronił ówczesnej postawy prymasa, który „odczuwał odpowiedzialność za Naród i czuł obowiązek w sumieniu, by nie dopuścić do dramatu”.

O tym zaś, że prymas Glemp potępiał wprowadzenie stanu wojennego, najlepiej świadczy fakt, że już 17 grudnia 1981 roku powołał Komitet Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i Ich Rodzinom. Przedstawiciele Komitetu Prymasowskiego pojawiali się wszędzie tam, gdzie przetrzymywano internowanych, po to, by dokumentować represje i przypadki łamania prawa przy karaniu opozycjonistów. Pomagali też materialnie, pocieszali, otaczali opieką rodziny internowanych.

„Prymas przyjmował nas nawet mimo późnej pory, prosił o dokładne relacje, sam też jeździł do więzień. To nie był tylko sam tytuł – to było mocne bycie w środku komitetu” – wspominała aktorka Maja Komorowska podczas niedawnych obchodów 25. rocznicy powstania Komitetu Prymasowskiego.

W wolnym kraju
Potem nastąpił ciąg błyskawicznie następujących po sobie wydarzeń. Najpierw Okrągły Stół, potem upadek komunizmu, aż w końcu pełna demokracja – wyjście z Polski wojsk radzieckich, uchwalenie konstytucji i podpisanie konkordatu.

Paradoksalnie jednak to właśnie pierwsze lata wolności okazały się niezwykle ciężkim czasem dla polskiego Kościoła. Polacy zachłysnęli się wówczas nagle otrzymaną wolnością, co w naturalny sposób musiało prowadzić do rozluźnienia obyczajów i do spadku religijności. Modne stały się też oskarżenia o „klerykalizację” państwa i potępianie Kościoła za „wtrącanie się” do polityki. Prymas zaś nie zawsze umiał sprostać wyzwaniom nowych czasów. Złośliwi zarzucali mu nawet, że tak naprawdę nie musi robić nic, bo spoiwem utrzymującym Polaków przy katolicyzmie jest Jan Paweł II.

Po śmierci Papieża z całą mocą ujawniły się widoczne od dawna podziały w łonie polskiego Kościoła. Z dnia na dzień wierni usłyszeli więc o „liberałach i konserwatystach” i o „Kościele łagiewnickim i Kościele toruńskim”. Kryzys pogłębił się jeszcze wraz z pojawieniem się problemu lustracji duchowieństwa. To właśnie wtedy w ferworze lustracyjnej dyskusji kard. Glemp w jednej ze swoich publicznych wypowiedzi nazwał ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego – człowieka, który rozpoczął publiczną dyskusję na temat lustracji księży – „nadubowcem”. Ta niefortunna wypowiedź dolała tylko oliwy do ognia. Wówczas jednak, nie po raz pierwszy w czasie sprawowania swojego urzędu, prymas zabłysnął wielkim gestem, zdobywając się na przeprosiny krakowskiego duchownego.

„Cenię sobie to, że ksiądz prymas jako książę Kościoła w Polsce potrafi do bądź co bądź szeregowego księdza napisać i przeprosić. To jest też pokazanie drogi chyba dla wszystkich w Kościele, że można różnić się w pewnych sprawach, ale ludzką rzeczą jest popełniać błędy” – ocenił zachowanie prymasa ks. Isakowicz-Zaleski. I te słowa stanowią chyba najlepszy komplement dla człowieka, któremu przyszło sprawować trudną posługę w cieniu dwóch wielkich postaci: kard. Stefana Wyszyńskiego i Ojca Świętego Jana Pawła II.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki