Wyruszyli po raz dwudziesty piąty po drugiej wojnie światowej. W dziewięćdziesiąt jeden lat od czasu wymarszu I Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów w 1914 roku, kiedy to szli po wyzwolenie Polski. Dziś...
Są grupą zapaleńców, zawodowych historyków i amatorów. Trochę skautów. Cel, jaki sobie stawiają, to upowszechnianie wiedzy o legionach Piłsudskiego i marszu I Kompanii Kadrowej.
Wyruszyli po raz dwudziesty piąty po drugiej wojnie światowej. W dziewięćdziesiąt jeden lat od czasu wymarszu I Kompanii Kadrowej z krakowskich Oleandrów w 1914 roku, kiedy to szli po wyzwolenie Polski. Dziś pięciusetosobowa grupa przemierza ten sam szlak, jak wówczas - przez tydzień - od szóstego do dwunastego sierpnia, od Krakowa po Kielce. Podobnie jak wówczas - przez Michałowice, Słomniki, Miechów, Wodzisław, Jędrzejów, Chojny, Chęciny, Szewce. Dziś idą grupy młodzieży gimnazjalnej, licealnej, studenckiej, wojskowi, harcerze, skauci. Wśród nich również ponad setka piechurów w średnim wieku. Także grupka wojskowych z czynnej służby i grupa wojskowych emerytów. Tych, którzy w czasie drugiej wojny i po niej walczyli z kolejnym najeźdźcą. Jeszcze kilka lat temu na trasie maszerujących witali legioniści. W zeszłym roku odszedł ostatni z nich, ponadstuletni kapitan Franciszek Karwowski. Piechurów poprzedzają konni umundurowani w pełnym rynsztunku. Na trasie składają wieńce na grobach legionistów. Modlą się za ich dusze podczas Mszy św. wraz ze swoim duszpasterzem, a zarazem kapelanem straży granicznej w Przemyślu, ojcem Mirosławem Ziębą, karmelitą bosym.
Pierwszy wymarsz
Szóstego sierpnia 1914 roku sto sześćdziesiąt osób o 3.30 rano wyruszyło I Kompanią Kadrową. W tę samą godzinę, o której pół wieku wcześniej stracono przywódcę powstania styczniowego Romualda Traugutta. Mimo że mieli jeszcze pod swoją wodzą kilkanaście tysięcy wyszkolonego przez lata młodego wojska, nie było wówczas wiadomo, jak potoczą się ich losy. Wprawdzie Piłsudski był przekonany, że wymarsz wiedzie bezpośrednio ku wolnej Polsce, jednak nie tak wielu żołnierzy podzielało jego pogląd. A już na pewno tylko niektórzy Polacy - obywatele zaborów.
Na żołnierzy Piłsudskiego patrzono wręcz czasem z niechęcią. Chociaż tego samego dnia w Michałowicach, kwadrans przed dziesiątą rano, legioniści przewrócili graniczne słupy zaborców, chociaż po krótkich walkach, dwunastego sierpnia, Czesław Bankiewicz "Skaut" składał raport Józefowi Piłsudskiemu o zajęciu Kielc. Po latach ten historyczny moment Wacław Sieroszewski wspominał wręcz z nieskrywaną goryczą: "I tak ze śpiewem na ustach, na którego dnie kryło się łkanie, weszliśmy w milczące ulice... Tuż za rogatką po obu stronach stały nieme tłumy… Nic, żadnego dźwięku, ruchu lub wyrazu!... Z wolna pieśń nasza zaczęła zamierać, rwać się, ginąć, pokonana tą straszą cichością... Umilkła wreszcie i tylko miarowe uderzenia paruset żołnierskich nóg rozległy się w dusznym, parnym powietrzu… nagle przejmujące, stłumione łkanie kobiece rozdarło niemotę tłumów… Coś tam drgnęło i poruszyło się… Wyciągnęły się ku nam jakieś ręce i parę bladych kwiatów upadło pod nogi idącej kolumny. Westchnienie ulgi wybiegło z naszych piersi: "Żałują nas"" ("Wspomnienia z wejścia I Kadrowej do Kielc").
Obiad dla esbeka
W trzy lata od odzyskania niepodległości, w drugiej Rzeczpospolitej, postanowiono uczcić wymarsz I Kadrowej. Pierwszy - symboliczny, bo z Krakowa do Michałowic, miał miejsce podczas I Zjazdu Legionistów w 1922 roku. Przemarsz na całej trasie odbył się w dziesiątą rocznicę wymarszu "Kadrówki". Brali w nim udział tylko wojskowi. Do drugiej wojny odbyło się tych rocznicowych marszy piętnaście. Wyjątkiem był rok 1934, kiedy to drużyny marszowe zamiast wędrować, pomagały okolicznej ludności w usuwaniu tragicznych skutków powodzi.
W komunistycznej Polsce legioniści podczas prób zorganizowania marszu byli zatrzymywani przez milicję. Nieoficjalnie, w rocznicę wymarszu, spotykali się więc w swoich miejscach zamieszkania: Kielcach, Krakowie, Radomiu, Warszawie, Wrocławiu, Zakopanem. W rocznicę śmierci Marszałka odwiedzali jego grób na Wawelu. Wreszcie, w 1980 r., powstał przy Zarządzie Regionu Ziemi Świętokrzyskiej pierwszy legalny komitet organizacyjny marszu. Jego głównym inicjatorem był działacz polityczny śp. Wojciech Ziembiński. Spośród siebie wybrano komendanta marszu. I poszli. - Gdyby nie on, to marszu by wówczas nie było - wspomina po latach Przemysław Witek, historyk i również współorganizator wskrzeszenia marszów. - Bardzo nas mobilizował i przy współpracy ZR Ziemi Świętokrzyskiej oraz "Solidarności" Małopolska w 1981 roku ruszyliśmy po raz pierwszy po wojnie szlakiem "Kadrówki". Mieliśmy też błogosławieństwo ordynariuszy - kieleckiego i krakowskiego.
- Napisaliśmy wówczas statut, który w największym skrócie sprowadzał się do wierności zasadom "Bóg-Honor-Ojczyzna" i ruszyliśmy w nieznane. Było nas w porywach do osiemdziesięciu osób. Postoje i noclegi mieliśmy w tych miejscowościach, gdzie zatrzymywała się "Kadrówka". Przede wszystkim na plebaniach. Dzień rozpoczynaliśmy i kończyliśmy Mszą Świętą. Niezwykle wzruszający był moment, kiedy wchodziliśmy do kościoła czwórkami. Niejednej osobie łza pociekła - wspomina Roman Strzębała. - Na trasie w 1981 roku witano nas podobnie jak legionistów w 1914 r. Raz to z lękiem, innym razem serdecznie. Śpiewaliśmy pieśni patriotyczne, których nie słyszano od dziesiątek lat. Widzieliśmy strach w oczach niektórych ludzi. Nie wiedzieli, czy to prowokacja, czy jakieś powstanie. Mieliśmy pistolet sportowy i w jednej z odwiedzanych miejscowości, w ruinach starego domu, strzelaliśmy do portretu Breżniewa. Ludzie byli przerażeni. Innym razem, kiedy wchodziliśmy do Miechowa, a szliśmy z orłem w koronie na sztandarze, zobaczyła nas starsza biedna kobieta. Przeżegnała się, spojrzała na nas z pewnym niedowierzaniem i poczęstowała chlebem i mlekiem. W miarę pokonywania trasy ludzie oswajali się z nami. Gościli w domach.
W stanie wojennym znów poplecznicy Moskala zabronili marszu "Kadrówce". Ale mimo to grupa ruszyła, choć niezupełnie w tym samym składzie. Niektórzy z "kadrowiczów" zostali internowani. - Czuliśmy, że jest to marsz do niepodległości - wspomina czasy stanu wojennego Janusz Koza, wówczas uczeń szkoły średniej, a w III Rzeczypospolitej poseł dwóch kadencji z Konfederacji Polski Niepodległej. - Byłem świadom, w jakiej rzeczywistości idziemy. I wiedziałem też, że nie będzie ona wieczna. Wiedziałem na pewno, że gdyby na naszej drodze, jak na drodze I Kadrowej, trzeba było obalić szlabany graniczne, to zrobilibyśmy to.
W 1982 roku, już na pierwszym postoju w Michałowicach, uczestnicy marszu zostali zaaresztowani przez Służbę bezpieczeństwa. Ale w następnych latach stanu wojennego, aż po 1989 rok, kilkunastoosobowej, kilkudziesięcioosobowej "Kadrówce" udawało się - choć bocznymi drogami i mimo dokuczliwych kar finansowych zasądzanych przed kolegium - przejść całą trasę. Często udawali turystów. Ludzie jednak wiedzieli, że to "legioniści". Mimo grożących im represji, mieszkańcy przyjmowali ich serdecznie. Do dziś uczestnicy marszu wspominają obiad w Łączynie. - Wchodzimy, udajemy turystów - opowiada Przemysław Witek. - Podają nam wszystkim fasolkę po bretońsku. Po obiedzie chcemy zapłacić, a właściciele zajazdu mówią: "Proszę nie płacić, przecież wiemy, że jesteście "Kadrówką"". Do dziś utrzymujemy z nimi kontakty. Inne zdarzenie z tego miejsca. W 1984 roku podano nam obiad, ale nie zdążyliśmy zjeść, bo aresztowała nas SB. A obiad zjedli bezczelni esbecy.
Patriotyzm nie musi być smutny
Od lat przedwojennych tradycją marszu stało się zdobywanie wojskowych sprawności przez jego uczestników. Tym razem wygrała grupa z Litwy. Ale wszyscy podkreślają, że marsz jest dla nich przede wszystkim jedną z form zdobywania wiedzy o Piłsudskim i początkach budowania niepodległości państwa w czasie zaborów, jak również oddaniem hołdu współtwórcom Rzeczypospolitej.
W tym roku już po raz trzynasty w marszu idzie Jan Józef Kasprzyk. Po raz siódmy - jako komendant marszu - student historii, od lat zbierający materiały do pracy poświęconej Związkowi Strzeleckiemu "Strzelec" w okresie międzywojennym. Kasprzyk jest zdania, że dziś trzeba w sposób szczególnie atrakcyjny, a zarazem godny, przekazywać młodym ludziom historię, by w natłoku różnorodnych propozycji mogła wybrać to, co warte naśladowania. Bo "Kadrówka", jak zapewniają jej współorganizatorzy, to nie tylko coroczny przemarsz. To również całoroczna praca z młodymi ludźmi nad ich patriotyczną formacją. - Jestem przeciwnikiem patriotyzmu na smutno. Patriotyzm nie może być cierpieniem, jak zwykło się uważać. To przygoda z ojczyzną - podkreśla Kasprzyk. - Uważam, że w tak aktywny sposób najlepiej uczy się historii.
Dziś w marszu biorą więc udział niekiedy całe rodziny. Od dziadka po wnuczka. Jedenastoletni syn Janusza Kozy, współorganizatora marszów, już ma obiecane, że w przyszłym roku z całą pewnością przejdzie z ojcem pieszo całą trasę.
Wykorzystano: "Kalendarium Kielc i Kadrówki", Grażyna i Przemysław Witekowie; "Wymarsz ku wolności", oprac. Jan Józef Kasprzyk.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!











