Logo Przewdonik Katolicki

Zapełniona przestrzeń

ks. Andrzej Ziółkowski
Fot.

Było to w roku 1985. Dwadzieścia lat minęło jak z bicza trzasł! Prowadziłem rekolekcje na obrzeżach dość dużego miasta. Rozpocząłem w Niedzielę Palmową, a zakończyć miałem w Wielki Czwartek. Nauki głosiłem dla wszystkich. Pamiętam, że jedynie dzieci podzielono na dwie grupy, bo nie mieściły się wszystkie w kościele. Młodzież "wrzucono" do grupy dorosłych. Już podczas pierwszej...

Było to w roku 1985. Dwadzieścia lat minęło jak z bicza trzasł! Prowadziłem rekolekcje na obrzeżach dość dużego miasta. Rozpocząłem w Niedzielę Palmową, a zakończyć miałem w Wielki Czwartek. Nauki głosiłem dla wszystkich. Pamiętam, że jedynie dzieci podzielono na dwie grupy, bo nie mieściły się wszystkie w kościele. Młodzież "wrzucono" do grupy dorosłych. Już podczas pierwszej Mszy Świętej, sprawowanej przeze mnie, zwróciłem uwagę, że wierni mnie po prostu nie słuchają. Jakiś dziwny mur nas oddzielał. Mur niezrozumienia, niechęci, apatii, braku zainteresowania. Dzieci były jakby w lekkim letargu. Nawet nikt z nich się do mnie nie uśmiechnął. W końcu przedstawiłem się, kim jestem, skąd przyjechałem i co tutaj robię. Nic. Mur. Zimno. Bez uczuć. Jak do nich trafić?

Zgasło światło


Byłem zły na siebie, że przyjąłem te rekolekcje. "Mogłem siedzieć w domu, a nie włóczyć się po Polsce. Tyle roboty w parafii", myślałem sobie. Pozostałe Msze były podobne. No cóż, trudno. Jakoś wytrzymam do czwartku. Zacząłem współczuć proboszczowi, że musi pracować z takimi parafianami... A może jest głębsza przyczyna? Kiedyś już "rozbijałem" taki mur w jednej z łódzkich parafii. Udało się dopiero na przedostatniej Eucharystii.
Pech chciał, że już na samym początku, w niedzielę po południu, gdy rozpoczęliśmy Gorzkie żale, zgasło światło. Ponieważ stałem przy ambonce, nikt mnie nie słyszał. Nawet ktoś z tyłu głośno powiedział: "Nic nie słychać!". Zrobiłem wtedy coś niesamowitego. Stanąłem na środku kościoła i wytężając głos, powiedziałem: "Macie tutaj taką ładną ambonę. Pozwólcie, że z niej skorzystam". I poszedłem na ambonę. Po drodze pokonałem "tor przeszkód" - jakieś szmaty, butelki, szczotki, wstążki, wiadro nawet stało. Kiedy otworzyłem małe drzwi i wszedłem na górę, spojrzałem dokoła. "Morze głów pode mną, a deskowe niebo nade mną". Jedynie ci na chórku byli na równi ze mną. Spojrzałem na ludzi. Oni też na mnie spojrzeli. Wszyscy. Zrobiło mi się jakoś nieswojo. "Patrzą na mnie jak na dziwaka", pomyślałem. Ale przecież większość z nich już mnie znała. Już słyszeli moje kazanie na Mszy Świętej. Teraz przyszli po raz drugi do kościoła, specjalnie na Gorzkie żale! Z zakrystii wyszedł ksiądz proboszcz, zaniepokojony ciszą. Gdy spojrzał na mnie - oniemiał. No tak, jeszcze i on dołączył do grupy zdziwionych.

Dialogi na ambonie


Minęły dwie, trzy, cztery sekundy. Od czegoś musiałem zacząć.
- Słuchajcie, moi drodzy. Kiedy ostatni raz z tej ambony ktoś przemawiał?
Cisza trwała chwilę, ale tylko chwilę. Jakiś mężczyzna z tłumu pod chórem odpowiedział niskim głosem:
- Nie pamiętamy.
- Mam nadzieję, że ta ambona nie zarwie się pode mną. Ale gdyby co, to mnie łapcie!
I w tym momencie większość się zaśmiała. Szczerze, naturalnie, zwyczajnie. Coś wówczas pękło. Jakaś przedziwna nić się zawiązała między mną a nimi. To trwało zaledwie kilka sekund. Niecodzienna sytuacja: Niedziela Palmowa, Gorzkie żale, światła nie ma w kościele (szaro już było), a z ambony głos misjonarza rozchodził się naturalnie po świątyni, docierał w zakamarki, wciskał się w szczeliny, wchodził między ławki, rozpłaszczył się na posadzce, skakał aż pod sklepienie, lądując wygodnie na chórze i bawił się niemymi piszczałkami, przyglądając się niewyraźnym od lat witrażom, do przedsionka schodził, zaglądał przez okna, wspinał się na pokryte grubą warstwą kurzu figury świętych, szepcząc im do uszu i tłumacząc z polskiego na nasze, aby słowa znaczyły słowa, przymilał się do słuchających, targał za włosy, poprawiał okulary, potem wracał na ambonę i zachęcony znów szalał po kościele...

Z tej i z tamtej strony


Problem komunikacji między głoszącym słowo Boże a słuchającym jest niezwykle istotny. Ów mur, który zastałem na początku rekolekcji, nie wyrósł wszak w tym dniu, lecz był efektem wielu złożonych przyczyn.
Rzeczą naturalną jest to, że kaznodzieja naucza, poucza, daje wskazówki, a słuchacz jest odbiorcą. Trudno jest przyjąć tezę, że homilia, kazanie, nauka ma mieć formalne elementy dialogu, czyli podczas nauczania trzeba rozmawiać. Owszem, są homilie dialogowane, ale są one przygotowywane. Natomiast rozmowa podczas homilii, gdy jest wiele osób w kościele, jest wręcz niemożliwa. Z tego też powodu wciąż istnieje podział na "głoszących i słuchających", "pouczających i pouczanych". Stąd zaś niedaleko do podziału w liturgii na "aktywnych" i "pasywnych" .
Wszelkie trudne sytuacje wymagają wyjaśnienia, problemy zaś rozwiązania. Nie przeszkadza to jednak w niczym, aby Słowo Pańskie rozszerzało się i rosło. Naszym polskim problemem jest to, że często jeszcze słuchamy Słowa Bożego, stojąc lub siedząc tłumnie w kościele. Kaznodzieja widząc tłum, nie zwraca szczególnej uwagi na poszczególnego słuchacza - jego minę, grymas, wyraz twarzy. On po prostu go nie widzi, ponieważ ma przed sobą tłum.

Postscriptum


To rozważanie pisałem w Iwacewiczach na Białorusi, gdzie przebywałem, głosząc rekolekcje "młodemu" Kościołowi. Miałem niesamowite szczęście w życiu, że mogłem głosić nauki rekolekcyjne na ziemi pełnej znaków Boga. Dopiero wtedy doceniłem, co to znaczy mieć przed sobą małą grupę (średnio od 15 do 50) uczestniczących w Eucharystii, z którymi dzieliłem się swoim życiem z wiary.
Wierni z Iwacewicz, którzy przychodzili na nauki rekolekcyjne (rekolekcje trwały od początku do końca Wielkiego Postu), wytężali słuch, aby nie uronić słów i znaleźć sens wypowiedzi (mój rosyjski nie jest najlepszy). W trakcie głoszenia słowa prosiłem, aby mi pomogli wyrazić jasno jakąś myśl - tym samym wprowadzałem ich w głębię moich rozważań, a przez to role się zamieniają i ja sam stawałem się słuchaczem. Wtedy również i ja natężałem słuch i uruchamiałem myślenie, ponieważ Bóg przemawiał przez ich posługę. Homilia jest nie tylko dialogiem, lecz jest jakby taką silną nicią wiążącą całą wspólnotę. Przestrzeń między ołtarzem a wiernymi jest zapełniona. Nie ma miejsca (osób), do którego słowo by nie dotarło. Ono wciąż żyje w nas, niezależnie od wieku, doświadczenia, wykształcenia.
Takie doświadczenie rodzi niesamowitą potrzebę dzielenia się na co dzień tym, czym się żyje. Myślę, że nie trzeba jechać aż na Białoruś, aby doświadczyć tej łaski.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki