Logo Przewdonik Katolicki

Tożsamość kapłanów

Paweł Milcarek
Fot.

Dzisiaj, po śmierci Jana Pawła II, przypomina się, że moralna przejrzystość jego pontyfikatu pozwoliła nam bardziej zrozumieć, dlaczego mówiono dawniej o "czystej bieli papiestwa". Czasem zdarzy się, że gdy po śmierci kogoś bliskiego przeglądamy to, co po nim zostało na ziemi, wpadnie w ręce paczka listów, wieloletnia korespondencja, z której istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy....

Dzisiaj, po śmierci Jana Pawła II, przypomina się, że moralna przejrzystość jego pontyfikatu pozwoliła nam bardziej zrozumieć, dlaczego mówiono dawniej o "czystej bieli papiestwa".



Czasem zdarzy się, że gdy po śmierci kogoś bliskiego przeglądamy to, co po nim zostało na ziemi, wpadnie w ręce paczka listów, wieloletnia korespondencja, z której istnienia nie zdawaliśmy sobie sprawy. Mnie się coś takiego właśnie zdarzyło: po śmierci Ojca Świętego "odkryłem" jego listy do kapłanów. Papież pisał je co roku i ogłaszał w Wielki Czwartek, który traktował jako swoiste "urodziny" wszystkich księży. Nigdy wcześniej tych listów nie czytałem (może z wyjątkiem kilku fragmentów) - nie były do mnie adresowane. Teraz przeczytałem je wszystkie, jeden po drugim - wszystkie listy Jana Pawła II do kapłanów z dwudziestu sześciu lat pontyfikatu.

Istota powołania


To chyba nie jest wielka niedyskrecja, gdy człowiek świecki wchodzi w taką lekturę, zaadresowaną do was, drodzy bracia kapłani? Nad tymi listami papieskimi unosi się do dziś jakby zapach wielkoczwartkowej liturgii Mszy Krzyżma, gdzie biskup otoczony jest przez ogół swoich prezbiterów. Biskup Rzymu otwiera tu serce księżom całego świata i powtarza za św. Augustynem: dla was jestem biskupem, razem z wami jestem kapłanem… W każdym razie, otwierając te listy czułem się, mimo wszystko, jak przyjaciel domu będący świadkiem wzruszających poufałości rodzinnych - albo jak przyjaciel oblubieńca słyszący jego rozmowę z oblubienicą. Pyszna okazja, by nie opuszczając swojego własnego powołania, zbudować się powagą powołania innego. Tym bardziej, że jest to powołanie - kapłaństwo - od którego tak bardzo zależy zdrowie i dobro powołania naszego, ludzi świeckich. Tak więc, czytając te listy sprzed lat wielu i z lat zupełnie ostatnich, łapałem się co chwila na myśli, "właśnie o to chodzi!"
W tych listach jest bogactwo myśli - a tematów też jest bardzo wiele. W niektórych swoich orędziach Papież zajmował się doprecyzowaniem pewnych szczególnych kwestii - pisał o duszpasterstwie młodzieży, rodzin, o stosunku do kobiet, o znaczeniu Katechizmu w pracy kapłańskiej, o opiece nad ministrantami ("którzy stanowią niejako "kolebkę" powołań kapłańskich"). Ale chyba najbardziej przejmujące pozostają do dziś te, w których mowa wprost o samej istocie powołania kapłańskiego i o duchowych fundamentach stylu duszpasterskiego. Wbrew pozorom, to właśnie te listy mogą stanowić również dla człowieka świeckiego nie tylko interesującą lekturę, ale wprost "miód na serce". Albowiem wyłaniający się z nauczania papieskiego "kapłan według Serca Bożego" to przecież właśnie ten kapłan, w którego świętości i posłudze my, świeccy, znajdujemy ukojenie.

Bądźcie drogowskazem


Nie wiem, czy nasi księża zdają sobie sprawę, jak bardzo nam, świeckim, zależy na ich świętości. Jak bardzo chcielibyśmy, żeby oni byli dla nas umocnieniem, znakiem, podporą i przewodnikami - stojącymi z nami razem po tej samej stronie chrześcijańskiego powołania i wezwanymi do tej samej świętości, lecz przychodzącymi jednak spoza atmosfery zwykłej krzątaniny światowej. Jak bardzo więc, choćby odruchowo, zwracamy uwagę na wasze kapłańskie gesty i zachowania, które nas budują lub gorszą. Papież to dobrze wiedział: "Ludzie, spośród których jesteśmy wzięci i dla których jesteśmy ustanowieni, chcą nade wszystko znajdować w nas taki znak i taki drogowskaz. - pisał w pierwszym liście w roku 1979. - I mają do tego prawo. Może nam się czasem wydawać, że tego nie chcą. Że chcą, abyśmy byli we wszystkim "tacy sami". Czasem wręcz zdaje się, że tego od nas się domagają. Tutaj wszakże potrzebny jest głęboki "zmysł wiary" oraz "dar rozeznania". Bardzo łatwo bowiem ulec pozorom i paść ofiarą zasadniczego złudzenia".
List z roku 1991, wydany z kolei po Synodzie dotyczącym kapłanów, wskazuje na to, że właściwe rozumienie tożsamości kapłańskiej wiązał Ojciec Święty z tradycyjną formułą: Sacerdos - alter Christus (kapłan - "drugi Chrystus"). Za jej dobrą, jakby wzorcową ilustrację uważał Papież postać św. Jana Marii Vianneya, której przedstawieniu poświęcił cały list z 1986 roku. To tam właśnie - zwracając uwagę, że "zasadniczą sprawą dla Kościoła jest zachowanie tożsamości kapłana w wymiarze wertykalnym", czyli w jego ukierunkowaniu na samego Boga - zaproponował swoisty rachunek sumienia, oparty na przykładzie proboszcza z Ars: "jakie miejsce zajmuje w naszym codziennym życiu Msza św.? Czy jest ona, jak w dniu naszych święceń - a był to nasz pierwszy akt kapłański! - podstawą naszej posługi apostolskiej i osobistego uświęcenia? Ile wysiłku wkładamy w przygotowanie się do niej? W odprawienie jej? W modlitwę przed Najświętszym Sakramentem? W doprowadzenie do niej wiernych? W uczynienie z naszych świątyń Domu Bożego, aby obecność Boga pociągała ludzi współczesnych, którzy tak często mają wrażenie, że świat jest pozbawiony Boga?"

Kapłańska głębia


W listach wraca wyraźnie bliskie Ojcu Świętemu określenie kapłana jako "przyjaciela" Chrystusa, czyli "szczególnie bliskiego świadka tej miłości, która wyraża się w Odkupieniu". Zdaniem Papieża, to właśnie określa "głębię kapłańskiego "ja"". "Chociaż nas to przejmuje świętym lękiem, to przecież musimy wyznać, że wraz z Eucharystią, tajemnica owej odkupieńczej miłości znajduje się w jakiś sposób w naszych rękach; że powraca ona codziennie na nasze usta; że wypisana jest w sposób trwały w naszym powołaniu i posłudze" (1983). W liście z 1984 roku Ojciec Święty dał jedno ze swych treściwych określeń pól właściwych temu szczególnemu powiązaniu każdego kapłana z misją Odkupienia: sprawowanie Eucharystii, czyli Ofiary samego Chrystusa; odpuszczanie grzechów i jednanie z Bogiem nieskończenie Świętym; działanie in persona Christi, w imieniu Chrystusa: działanie Jego mocą; uczestnictwo w tajemnicy Kościoła. Prawdę mówiąc, brzmi to jak zawsze aktualne punkty kapłańskich rekolekcji.

Kapłan - zastępca Chrystusa


Oczywiście za samo sedno tożsamości kapłańskiej uważał Papież niepowtarzalny związek kapłana z Chrystusem widoczny szczególnie w sprawowaniu Eucharystii. Temu został w całości poświęcony list z 1980 roku. Z rozpoznania, kim każdy kapłan jest jako swoisty "zastępca Chrystusa" wynika to, jak powinien działać - i jak winien się zachowywać, celebrując Najświętszy Sakrament. "Niech Bóg broni - pisał Papież - ażeby nasze postępowanie miało nosić na sobie cechy jakiegokolwiek braku poszanowania, niepotrzebnego zaśpieszenia, gorszącej niecierpliwości". Bardzo ważne - i dla samego celebransa, i dla innych uczestników celebracji - jest to, iż uczestniczą w pewnym akcie obiektywnym, opartym na wiecznym kapłaństwie Chrystusa i odnoszącym się do złożonej przezeń Ofiary. Z tego też wynikają konkretne konsekwencje: Kapłan "nie może uważać siebie za "właściciela", który dowolnie dysponuje tekstem liturgicznym i całym Najświętszym Obrzędem jako swoją własnością i nadaje mu kształt osobisty i dowolny. Może to się czasem wydawać bardziej efektowne, może nawet bardziej odpowiadać subiektywnej pobożności, jednakże obiektywnie jest zawsze zdradą tej jedności, która się w tym Sakramencie jedności nade wszystko winna wyrażać". Za właściwy wyraz "podporządkowania szafarza-liturga względem "Misterium", które zostało mu powierzone przez Kościół dla dobra całego Ludu Bożego", uważa Ojciec Święty także "zachowanie całokształtu wymagań liturgicznych", w tym tych dotyczących "ubioru, a w szczególności szat, które przybiera celebrans". Nieliczenie się z tymi przepisami "musi być odbierane jako brak poszanowania dla Eucharystii". Za bardzo istotne uznał Papież natomiast rozbudzanie przez kapłana "wszelkich zdrowych przejawów czci wobec Chrystusa". "Niech Bóg broni, abyśmy postępowali inaczej, abyśmy osłabiali tę cześć, "odzwyczajając" od różnych przejawów i form kultu eucharystycznego, w których wyraża się może "tradycyjna", ale zdrowa pobożność, a nade wszystko ów "zmysł wiary", będący udziałem całego Ludu Bożego".
Do tego samego wątku wrócił Papież w obecnym Roku Eucharystycznym. W swoim ostatnim liście do kapłanów, który brzmi dziś jak swoisty testament i jako świadectwo jego własnego życia napisał: "My kapłani jesteśmy celebransami, ale także stróżami tej Najświętszej Tajemnicy. Z naszego odniesienia do Eucharystii wynika bardzo wymagający charakter "sakralny" naszego życia. Świętość powinna być widoczna w całym stylu bycia, ale przede wszystkim w sposobie celebrowania. Uczmy się tego w szkole świętych".
Za swoistą klamrę dopełniającą powyższe rozważania można uznać to, co już na progu XXI wieku pisał Papież o znaczeniu posługi kapłańskiej w sakramencie spowiedzi: "Trzeba sprawować ten sakrament jak najlepiej, w przepisanych formach liturgicznych, aby zachowywał on w pełni swą fizjonomię celebracji Bożego Miłosierdzia" (2001).
Wskazując na to, co w powołaniu każdego księdza jest sakramentalnie obiektywne, niezbywalne - Papież kładzie cały czas nacisk na konieczność osobistego odkrywania tych treści, swoistego moralnego dorastania do tego, kim się już jest z racji święceń.

Zachwiana tożsamość


Jednym ze smutniejszych wątków wielkoczwartkowych listów Jana Pawła II jest wracające często wspomnienie, że świadomość tożsamości kapłańskiej "została w niektórych środowiskach zachwiana w okresie posoborowym" (1991r.). Papież nie tylko stwierdza tę tendencję - od zawsze przeciwstawiał się związanemu z nią dążeniu do deformacji ideału kapłańskiego. Szczególnie widać to w przejmującej modlitwie, która została kapłanom całego świata przekazana zamiast dorocznego listu w roku 1982. Czytamy tam między innymi: "Czyż wolno nam, o Panie, zwątpić w miłość Twoją? …Czy wolno nam zwątpić w to, że Ty możesz i pragniesz dać swemu Kościołowi prawdziwych "szafarzy tajemnic Bożych", a nade wszystko prawdziwych szafarzy Eucharystii? - że Ty możesz i pragniesz obudzić w duszach ludzi, zwłaszcza młodych, charyzmat służby kapłańskiej - tak, jak został on przyjęty i ukształtowany w tradycji Kościoła? - że Ty możesz i pragniesz w tych duszach obudzić, wraz z pragnieniem kapłaństwa, gotowość przyjęcia daru bezżenności dla Królestwa Niebieskiego, jak tego dowiodło i dowodzi dzisiaj tyle pokoleń kapłanów w Kościele katolickim? Czy wypada - wbrew głosom ostatniego Soboru i Synodu Biskupów - nadal głosić, że Kościół powinien wyrzec się tej tradycji i tego dziedzictwa?"
To były pytania retoryczne. We wszystkich listach Papież okazuje się obrońcą powiązania kapłaństwa i celibatu - uznając to za sprawę wielkiej doniosłości i podkreślając jej związek z "wymową samej Ewangelii". "Możemy tylko starać się coraz głębiej ją rozumieć i coraz dojrzalej wprowadzać w życie, uwalniając się zarówno od różnych pomówień, pod obstrzałem których znajdował się zawsze i dzisiaj również się znajduje celibat kapłański, jak też od różnych interpretacji, które odwołują się do kryteriów obcych Ewangelii, Tradycji i Nauczaniu Kościoła. Dodajmy, że ścisłość i adekwatność "antropologiczna" owych kryteriów też bywa bardzo wątpliwa i względna" (1979).
Dzisiaj, po śmierci Jana Pawła II, przypomina się, że moralna przejrzystość Jego pontyfikatu pozwoliła nam bardziej zrozumieć, dlaczego mówiono dawniej o "czystej bieli papiestwa" (jedną z "trzech bieli" katolicyzmu, obok bieli Hostii eucharystycznej i bieli Niepokalanej). Dobrze byłoby zatem pamiętać, że Jan Paweł II był zawsze niezmordowanym obrońcą jeszcze jednej katolickiej bieli: bieli celibatu kapłańskiego.

Po prostu bądźcie księżmi


Podnoszę już wzrok znad wielkoczwartkowych listów papieża Jana Pawła II Wielkiego. Rozpoznałem w nich wielu księży, których poznałem od czasu swego dzieciństwa (wielu z nich właśnie ten Papież pobudził do gorliwości lub wręcz swoim nauczaniem swoiście zrodził do kapłaństwa) - i wciąż rozpoznawałem tych księży, których chciałoby się spotykać człowiekowi świeckiemu. W domu Ojca jest mieszkań wiele - tak właśnie jest już w Kościele, gdzie obok siebie potrzebne są różne powołania. Więc chyba najlepiej będzie, jeśli wy księża będziecie robili swoje, a my świeccy - swoje, każdy jak najlepiej to, w czym jest niezastąpiony, w jednym wspólnym zdążaniu do świętości. I chyba nie potrzeba, żebyście się z nami dzielili a to tą, a to inną funkcją czy posługą, byście sobie wzięli na ambit zrobić z nas choć trochę mniej świeckich. W każdym razie my raczej nie chcielibyśmy, żebyście Wy byli choć trochę mniej księżmi. Odwrotnie, to właśnie Wasz księżowski maksymalizm doda i nam skrzydeł.

Wiem, że On tak myślał. Czytałem przecież Jego listy do Was.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki