Logo Przewdonik Katolicki

Sztalugi jak armaty

Łukasz Kaźmierczak
Fot.

W słynnej przedwojennej książce "Ziemia gromadzi prochy" Józefa Kisielewskiego znalazła się ilustracja, przedstawiająca polskiego oficera na czele oddziału żołnierzy na tle panoramy Gdańska. Rysunek ten spowodował wściekłość hitlerowskich władz, a największe berlińskie gazety pokazywały go jako sztandarowy przykład polskiej bezczelności i naszych imperialistycznych ciągot....


W słynnej przedwojennej książce "Ziemia gromadzi prochy" Józefa Kisielewskiego znalazła się ilustracja, przedstawiająca polskiego oficera na czele oddziału żołnierzy na tle panoramy Gdańska. Rysunek ten spowodował wściekłość hitlerowskich władz, a największe berlińskie gazety pokazywały go jako sztandarowy przykład polskiej bezczelności i naszych imperialistycznych ciągot. Człowiekiem, który wywołał całe to zamieszanie, był Leon Prauziński - malarz, żołnierz oraz ówczesny ilustrator "Przewodnika Katolickiego".


Ta historia ma niestety swoje smutne zakończenie. Po wkroczeniu hitlerowców do Polski w 1939 roku za posiadanie książki Kisielewskiego groziła kara śmierci, a Leon Prauziński stał się jednym z najbardziej poszukiwanych przez gestapo Polaków. Wkrótce też aresztowano i osadzono go w Forcie VII - najgorszej hitlerowskiej katowni w całym Kraju Warty. Nie wyszedł stamtąd już nigdy…

Dobry rocznik


Urodził się w 1895 roku - w tym samym, w którym został założony nasz "Przewodnik Katolicki". Jeżeli dodamy do tego, że był rodzonym poznaniakiem i od dzieciństwa wykazywał niespotykany talent malarski, oczywiste było, że los w końcu zaprowadzi go na plac Wolności do redakcji katolickiego tygodnika.
Wcześniej jednak Leon Prauziński przeszedł burzliwą drogę żołnierską.
Jako "ochotnik jednoroczny" w kwietniu 1915 roku został wcielony do wojska niemieckiego. W szeregach armii znienawidzonego zaborcy walczył na froncie zachodnim, gdzie w Wielki Piątek 1916 roku trzykrotnie go zraniono.
Pobyt w armii pruskiej miał jednak i swoje dobre strony - zdobyte tam doświadczenie militarne miał wkrótce wykorzystać przeciwko niedawnym "nauczycielom".
Od pierwszych dni czynnie uczestniczył w powstaniu wielkopolskim w grupie Stanisława Nogaja. Walczył przy moście Chwaliszewskim, brał udział w szturmie na gmach prezydium policji, w końcu dostał się do niemieckiej niewoli. Skazany na śmierć, w noc poprzedzającą egzekucję został odbity i uwolniony przez oddział powstańców. Wtedy jeszcze udało mu się uniknąć śmierci z rąk niemieckich oprawców…
W 1920 r. zdał maturę w słynnym Gimnazjum Marii Magdaleny w Poznaniu, a w 1921 r. ukończył szkołę podchorążych, uzyskując stopień podporucznika.
W 1923 roku już jako cywil rozpoczął studia na Wydziale Rolniczym Uniwersytetu Poznańskiego. To jednak nie było jego przeznaczeniem. Podczas zajęć cały czas namiętnie rysował konie. Zauważył to w końcu jeden z wykładowców, prof. Zygmunt Moczarski, który po wnikliwym przyjrzeniu się rysunkom młodego studenta zawyrokował: "rzuć pan to rolnictwo, pana miejsce jest w Akademii Sztuk Pięknych".
Prauziński posłuchał. W 1927 r. ożenił się i wyjechał na studia do Monachium, gdzie rok później ukończył Wydział Malarstwa i Sztuk Pięknych na tamtejszej Akademii Sztuk Pięknych.

Tylko konie


- Ojciec rysował od zawsze. Rysował w szkole, w gimnazjum i na wszystkich frontach, gdzie walczył. Z wojny przywiózł wiele szkiców i notatek rysunkowych. Trzy wojny, w których brał udział, pozostawiły w jego psychice trwały ślad. Większość jego dzieł to sceny batalistyczne, w których zawsze znalazło się miejsce dla konia. Bo konie darzył miłością szczególną. W swoich rysunkach nie przedstawiał wojska malowanego, nie tolerował upiększeń i sztucznej ckliwości. Jego żołnierze są szorstcy, strudzeni, brudni, w olbrzymich buciorach, a przy tym dumni. Znał to wojsko bardzo dobrze. Potrafił w swoich rysunkach bardzo oszczędną, lapidarną plamą czy kreską wywołać emocje i nastrój - opisuje twórczość ojca Wojciech Prauziński.
Przez cały okres międzywojenny Leon Prauziński pozostawał niesłychanie aktywny twórczo.
W latach 1921-1923 na podstawie wykonanych w czasie powstania wielkopolskiego rysunków i szkiców namalował dwanaście obrazów olejnych przedstawiających sceny walk powstańczych.
Wspólnie zaś z frontowym kolegą Adamem Ulrichem napisał i opatrzył rysunkami książkę "W marszu i w bitwie", a także wykonał ilustracje do wspomnianej już książki Kisielewskiego.
Oprócz "Przewodnika Katolickiego" ilustrował także "Kuriera Poznańskiego", "Ilustrację Polską" i "Orędownika".
Cały czas też jeździł po kraju, malując ukochane konie, a także sceny batalistyczne. Stąd jego częste pobyty w stadninach, na torach wyścigowych, poligonach i na manewrach wojskowych.
Przez kilka lat, poprzedzających wybuch wojny, Prauziński wykonywał zamówienia dla Ministerstwa Spraw Wojskowych, m.in. malował z natury portret marszałka Rydza Śmigłego na koniu w czasie manewrów na poligonie, pracował także nad cyklem grafik obrazujących wszystkie rodzaje broni oraz cyklem przedstawiającym działania poszczególnych jednostek w akcjach bojowych. Wybuch wojny nie pozwolił na dokończenie tych projektów, a wojenna zawierucha zniszczyła prawie wszystko, co zostało po pracach artysty.

Krwawa pamiątka


Po hitlerowskiej agresji na Polskę Prauziński znalazł się w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Już w 1938 roku Niemcy straszyli go obozem koncentracyjnym, wiadomo też było, że przygotowywane są listy z nazwiskami polskich patriotów przeznaczonych do likwidacji.
Ze szczególną zajadłością polowano na byłych powstańców wielkopolskich.
- Ojciec był znany. Miał rozległe znajomości. Proponowano mu fałszywe dokumenty i natychmiastowy wyjazd z Poznania. Z opowiadań matki wiemy, że odrzucił wszystko.
Bał się strasznie, że całą wściekłość w wypadku jego nieobecności Niemcy wyładują na nas - wspomina syn Wojciech.
Leona Prauzińskiego aresztowano 1 listopada 1939 roku.
- Gestapowcy powiedzieli nam, ze ojciec zostaje wzięty na 2-3-dniowe przesłuchanie, po czym wróci do domu. Ale my wiedzieliśmy, że to nieprawda - mówi Wojciech Prauziński.
Rzeczywiście, po jakimś czasie okazało się, że artystę osadzono w Forcie VII na poznańskiej Ławicy. Tam też po raz ostatni widziała go żona Irena, gdy wspólnie z dyrektorem Muzeum Wielkopolskiego Nikodemem Pajzderskim ciągnął wózek z kamieniami.
- Zwrócono wtedy matce brudną bieliznę ojca. Pamiętam, że na koszuli, na plecach, w okolicy ramion była zakrzepła krew. Podłużne poprzeczne pręgi - wspomina Wojciech Prauziński.
Według oficjalnych obozowych dokumentów Leon Prauziński został "zastrzelony przy próbie ucieczki" 6 stycznia 1940 roku. Jednak prawda o jego śmierci jest inna. Tamtego tragicznego dnia w godzinach porannych trzej esesmani urządzili sobie strzelnicę w celi, gdzie stłoczono polskich inteligentów. Zginęło kilkunastu więźniów. Wśród nich był także Leon Prauziński.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki