Logo Przewdonik Katolicki

To, co najważniejsze...

Bernadeta Kruszyk
Fot.

Niewielkie mieszkanie na jednym z gnieźnieńskich osiedli. Staromodna trzydrzwiowa szafa, na ścianie obraz Matki Bożej z dzieciątkiem, niżej fotografie dzieci i wnucząt. - To Julia, a to Martynka - uśmiecha się pan Stefan. - Obie są jak żywe srebro... A to Tomek i Agnieszka. Tomek uczy się w liceum, a Agnieszka studiuje kulturoznawstwo - dodaje z dumą. A to moja żona... Pobraliśmy się...

Niewielkie mieszkanie na jednym z gnieźnieńskich osiedli. Staromodna trzydrzwiowa szafa, na ścianie obraz Matki Bożej z dzieciątkiem, niżej fotografie dzieci i wnucząt. - To Julia, a to Martynka - uśmiecha się pan Stefan. - Obie są jak żywe srebro... A to Tomek i Agnieszka. Tomek uczy się w liceum, a Agnieszka studiuje kulturoznawstwo - dodaje z dumą. A to moja żona... Pobraliśmy się czterdzieści dziewięć lat temu... Minęło, jak z bicza trzasnął...



Czas tak szybko płynie... Za rok Złote Gody, jeśli Pan Bóg pozwoli dożyć... Pani Krystyna uśmiecha się do męża. - Zaprosimy dzieci, wnuki. Będzie jak zawsze - mówi. - Aż trudno uwierzyć, że od dnia naszego ślubu minęło prawie pół wieku...

,,Tak" po pięciu latach



Krystyna i Stefan Żok poznali się w 1950 roku. Oboje skończyli szkołę fryzjerską i zaczęli pracę, w której często się spotykali. Ona była uśmiechniętą i pełną radości dziewczyną, a on spokojnym młodym człowiekiem, udzielającym się w Katolickim Stowarzyszeniu Młodzieży oraz chórze przy parafii pw. Świętej Trójcy w Gnieźnie. Po pięciu latach znajomości stanęli na ślubnym kobiercu i powiedzieli sobie sakramentalne ,,tak". Był październik 1955 roku. - Nie mieliśmy prawie nic, a mimo to byliśmy szczęśliwi - wspomina pani Krystyna. - Cieszyła nas każda wspólnie spędzona chwila i każda rzecz, którą udało nam się kupić lub zdobyć. Ja cieszyłam się podwójnie, bo zyskałam nie tylko kochającego męża, ale i rodziców... Moi zginęli na początku wojny, rozumiem więc, co znaczy osamotnienie. Obiecałam sobie, że w moim domu nikt nigdy go nie doświadczy.
Lata pięćdziesiąte były dla większości Polaków bardzo trudne. Kolejne trzydzieści parę też nienajlepsze. Pani Krystyna doskonale pamięta puste półki, kilometrowe kolejki i przepychanki przed sklepowymi ladami. - By coś kupić, trzeba było stać wiele godzin - wspomina. - Kawa, czekolada, szynka, cytryny należały do towarów luksusowych. Przed świętami człowiek dwoił się i troił, by cokolwiek dostać. Czasami nawet karpie były nieosiągalne... W niejedną wigilię mąż musiał pracować do późnego wieczora. Dzieci stały w oknie i czekały. Dopiero, gdy wrócił siadaliśmy do wieczerzy. To były naprawdę ciężkie czasy, ale mieliśmy w sobie wiele radości. Byliśmy rodziną.

Miłość zamiast złości



Tej radości nie brakuje pani Krystynie i panu Stefanowi i dziś. Po czterdziestu dziewięciu latach małżeństwa nadal się do siebie uśmiechają i trzymają za ręce. W ich mieszkaniu nadal stoją meble, które kupili tuż po ślubie. Nie chcą się z nimi rozstawać, bo wszystko ma być, jak kiedyś. - Może trudno w to uwierzyć, ale nigdy się nie pokłóciliśmy - śmieje się pani Krystyna. - Nie mieliśmy nawet tak zwanych cichych dni... zdarzały się najwyżej ciche godziny. Gdy zaczynałam się denerwować, mąż z niezmiennym spokojem powtarzał, że krzykiem i złością niczego nie osiągnę. Lepiej spróbować dobrym słowem. Miał rację. Jest niezwykle wyrozumiały i cierpliwy. Zawsze taki był. Prawdziwy mąż, ojciec, a teraz także i dziadek.
Pan Stefan nigdy nie należał do partii, nie chadzał na wiece i nie udzielał się politycznie. Pracował na utrzymanie rodziny i jej poświęcał cały swój czas, bo jak twierdzi, ojcem się jest na co dzień, a nie tylko od święta. - Z dziećmi trzeba być. Trzeba z nimi rozmawiać, modlić się, bawić i uczyć. Wskazówki i upomnienia nie wystarczą. Trzeba im dawać dobry przykład, bo kiedyś, gdy opuszczą dom rodzinny w ten sam sposób będą postępować ze swoim potomstwem.
Państwo Żok wychowali dwójkę dzieci - syna Krzysztofa i córkę Annę. Doczekali się też czworga wnucząt: Agnieszki, Tomka, Julii i Martynki. Rodzina jest bardzo zżyta i wzajemnie się wspiera. - Staraliśmy się wychować nasze dzieci tak, jak niegdyś nas wychowano - przyznaje pan Stefan. - Pragnęliśmy nauczyć je szacunku, miłości i odpowiedzialności. Dziś one uczą tego swoje pociechy.
Dziadkowie nie ukrywają, że ich oczkiem w głowie są dwie najmłodsze wnuczki - Julia i Martynka. - Obie to żywe srebro - śmieje się pan Stefan. - A jak ładnie śpiewają. Kiedyś nauczyłem je pieśni ,,Święty Wojciechu patronie nasz". Śpiewały ją wszędzie: na huśtawkach, spacerze, nawet w autobusie. Niedługą znów sobie wspólnie pośpiewamy - kolędy.

Trzy pokolenia przy stole



Zgodnie z niepisaną tradycją wigilię Bożego Narodzenia cała rodzina spędzi u rodziców, czyli w domu pani Krystyny i pana Stefana. Będzie wspólne ubieranie choinki, dzielenie się opłatkiem i śpiewnie kolęd. Będą także prezenty, ale dopiero po modlitwie, wieczerzy i wspomnianym kolędowaniu. - To taki nasz rodzinny zwyczaj. Najpierw śpiewamy, a dopiero później rozpakowujemy podarki - śmieje się pan Stefan, a pani Krystyna dodaje - W wigilię zawsze byliśmy razem. Tylko raz syn nie mógł przyjechać, bo nie dostał przepustki z wojska. Stacjonował wtedy w Giżycku. Mąż wsiadł w pociąg i pojechał do niego. Nie chciał, by w ten szczególny dzień Krzysiu był sam.
Pani Krystyna przyznaje, że nie wyobraża sobie Bożego Narodzenia bez dzieci. Dawniej wieczerzę przygotowywała sama, dziś pomaga jej córka, synowa i wnuczka. Do stołu siadają trzy pokolenia. Jest biały obrus, sianko i dodatkowe nakrycie dla kogoś, kto być może zapuka do drzwi. Jest także dużo ciepła, życzliwości i radości. - Rodzina musi się kochać i wzajemnie wspierać. Musi być bezpieczną przystanią, do której zawsze można wrócić. Starałam się, by moje dzieci to zrozumiały i kiedyś stworzyły podobny dom. Dom, w którym zamiast złorzeczeń i gniewu panuje zgoda i miłość.

Nie trzeba wielkich słów



Państwo Krystyna i Stefan Żok nie mają gotowej recepty na szczęście rodzinne. Trzeba je po prostu budować każdego dnia. Nawet o tym szczęściu nie mówią. Zdaniem filozofa Leszeka Kołakowskiego to właśnie tacy ludzie są naprawdę szczęśliwi. Bo czyż szczęście można wyrazić słowami? I czy trzeba romantycznych strof, wysublimowanych metafor i patosu, by opisać miłość? Nie... To uczucie kryje się w gestach najdrobniejszych... W pełnym wdzięczności spojrzeniu, kubku herbaty z cytryną, promiennym uśmiechu dzieci... Bo miłość to uczucie ciche i pełne prostoty... Cierpliwa jest, łaskawa jest, nie zazdrości, nie szuka poklasku, nie unosi się gniewem, nie pamięta złego, wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję i wszystko przetrzyma (por. 1 Kor 13, 4-7).

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki